Dom, którego nie dało się zaklasyfikować
Ojciec przyszedł na świat jako Mordechaj Mozes, w ubogiej żydowskiej rodzinie z Mińska Mazowieckiego, gdzie dziadek dzierżawił piekarnię. Walczył we wrześniu 1939 roku, po klęsce uciekł na wschód, licząc, że jako Żyd i komunista znajdzie tam bezpieczeństwo. Pracował w kopalni, trafił do armii generała Andersa, a po powrocie do Polski zatrudnił się w archiwum resortu bezpieczeństwa i tam, już jako dorosły mężczyzna, zdał maturę. Rzucił tę posadę w 1956 roku, tuż po wydarzeniach w Poznaniu, i następne dwanaście lat przepracował jako magazynier w wytwórni elektroniki wojskowej. Matka uczyła polskiego w liceum i była — jak z ironią opisywał ją syn — ideową komunistką wywodzącą się z rodziny o tradycjach endeckich.
W jednym mieszkaniu zmieściły się zatem przedwojenna bieda małego miasteczka, armia Andersa, aparat bezpieczeństwa, endecja i partia. Andrzej Morozowski urodził się tam w czerwcu 1957 roku i z Warszawą związał całe życie.
Konsekwencje kampanii antysemickiej z 1968 roku przyszły szybko i bardzo konkretnie. Matka z powodu męża straciła etat w liceum i trafiła do świetlicy szkoły podstawowej, ojciec również musiał zmienić pracę. Jedenastolatek dowiedział się wtedy przy rodzinnym stole, kim był jego ojciec, i po latach nazywał to wstrząsem. W domu toczyły się kłótnie o emigrację. Ostatecznie nie wyjechali.
Pochodzenia nigdy nie ukrywał, choć nie robił z niego sztandaru. Tłumaczył to zresztą praktycznie: miał dosyć sytuacji, w których w jego obecności opowiadano antysemickie dowcipy, i postanowił raz na zawsze je uciąć.
Z takiego domu trudno wynieść przekonanie, że człowieka da się opisać jednym przymiotnikiem. Dla kogoś, kto trzy dekady później będzie zawodowo rozmawiał z politykami, była to lekcja użyteczna.
Teatrolog, który najpierw był uczestnikiem
Nie studiował ani dziennikarstwa, ani politologii. W 1981 roku skończył Wydział Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Kierunek w tym zawodzie mniej egzotyczny, niż się wydaje: polityka ma obsadę, scenografię, kulisy, wejścia i zejścia oraz kwestie napisane wcześniej, a także aktorów tak przywiązanych do swoich ról, że zaczynają w nie wierzyć. Jego interesowało głównie zaplecze sceny.
Do polityki wszedł najpierw jako jej uczestnik. W czerwcu 1989 roku pilnował wyborów jako mąż zaufania strony solidarnościowej, potem trafił do Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Poznał tam ludzi, zanim zbudowali polską scenę partyjną i zanim zaczęli odpowiadać mu na pytania przed kamerą.
Od 1990 roku przez dziesięć lat pracował w Radiu Zet, którego był współzałożycielem, a równolegle chodził po sejmowych korytarzach dla telewizji. Warsztat wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż dziś. Nie istniały bazy danych w telefonie ani archiwa dostępne w kilka sekund. Podstawą była własna siatka źródeł, budowana latami i utrzymywana fizyczną obecnością na miejscu, dzień po dniu, od rana.
Znał polityków osobiście. Z tej znajomości nie wynikała jednak pobłażliwość i właśnie to rozróżnienie stało się później osią jego stylu.
Rok 2006 i pytanie o granicę
Do zespołu budującego TVN24 przeszedł, gdy pomysł całodobowego kanału informacyjnego wielu ludziom w branży wydawał się kosztowną fanaberią. Miał czterdzieści kilka lat, dekadę pracy w mocnym newsroomie radiowym i pozycję, której nie musiał ryzykować. Zaryzykował, bo uważał, że w kraju tak rozpolitykowanym telewizja skupiona na wiadomościach i publicystyce znajdzie swojego widza.
Jesienią 2005 roku razem z Tomaszem Sekielskim przeszedł na główną antenę TVN z programem „Teraz my!”. Rok później to właśnie tam pokazano nagrania, które wywołały kryzys polityczny. Rozpadająca się koalicja szukała większości; posłanka Samoobrony Renata Beger rozmawiała z ludźmi rządu o warunkach przejścia na jego stronę. Kamery ustawione w jej sejmowym pokoju należały do stacji.
Skutki prawne okazały się żadne — prokuratura umorzyła śledztwo. Skutki polityczne i zawodowe były trwalsze. Wybuchł spór o granice prowokacji dziennikarskiej, a środowisko podzieliło się w ocenach. Kiedy Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich skrytykowało autorów, Morozowski oddał legitymację organizacji. Bronił się bez patosu: kontrolowanie władzy nie jest w jego przekonaniu złamaniem zasad zawodu.
Warto pamiętać, jak wtedy wyglądała widownia. Dwie dekady przed powszechnością kamer w telefonach i przeciekami z komunikatorów widz zobaczył negocjacje polityczne wprost, bez relacji świadka i bez dziennikarskiej rekonstrukcji. Trudno dziś odtworzyć siłę tamtego wrażenia.
Szesnaście lat o osiemnastej
Od 2010 roku prowadził „Tak jest” — program bez efektownej formuły. Temat dnia, politycy, eksperci, około dwudziestu minut na wątek, pięć razy w tygodniu o osiemnastej. Cały ciężar brał na siebie prowadzący.
Przez szesnaście lat zmieniały się rządy, sejmowe większości i lokatorzy Pałacu Prezydenckiego. Zmieniał się także status samej stacji, która z relacjonującej spór stała się jego stroną, czego kulminacją była przewlekła procedura koncesyjna w 2021 roku. Fałszem byłby więc obraz bezstronnego arbitra ponad podziałami. Poglądy miał wyraziste i widzowie nie mieli co do nich wątpliwości.
Ciekawsze jest jednak coś innego. Do jego stołu siadali ludzie z bardzo różnych obozów, także tacy, którzy z góry wiedzieli, że nie usłyszą łatwych pytań. Politycy kilku partii zapamiętali po jego śmierci to samo: trudne pytanie zadawane bez podnoszenia głosu i przygotowanie, które nie zostawiało miejsca na improwizację.
W tym gatunku bardzo łatwo pomylić napastliwość z dociekliwością. Ktoś wchodzi w zdanie, ktoś inny zaczyna mówić głośniej, trzeci nie ustępuje, a wycięty fragment żyje potem w sieci własnym życiem. On należał do innej szkoły. Nie znaczy to, że w studiu panował nastrój seminaryjny — spięcia bywały ostre, tyle że nie były celem.
Wspomnienie
Zaczynał w zawodzie, który wymagał dźwigania sprzętu i cierpliwego stania na korytarzu. Kończył w czasach, gdy politycy docierają do milionów odbiorców bez pośrednictwa jakiejkolwiek redakcji, a materiał wideo powstaje w telefonie. Z technicznego punktu widzenia dzieli te dwa światy niemal wszystko.
Zmarł we wtorek 4 sierpnia 2026 roku, w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat, po chorobie nowotworowej. Powiedział o niej publicznie dopiero wtedy, gdy uznał, że widzom należy się wyjaśnienie długiej nieobecności. Wrócił na antenę na początku marca, wyraźnie szczuplejszy, zapowiedział, że będzie pracował w mniejszym wymiarze, i poprowadził program jeszcze kilka razy. Ostatni w połowie kwietnia.
Wcześniej, przez ponad pół roku, „Tak jest” szło bez niego, z zastępstwami. Widzowie regularnie pytali, kiedy wróci. Rzadko pyta się tak o prowadzącego program publicystyczny.
W redakcji zwykle nie używano jego nazwiska, znacznie częściej mówiono „Morozo”.