Kto siada nad pustą kartką

Mistrz ceremonii przyjeżdża do rodziny z pytaniami, bo nie ma jeszcze niczego napisanego. Musi się dowiedzieć, kim był zmarły, co lubił, kto powinien zabrać głos i czego bliscy nie chcą usłyszeć. Dopiero z tych odpowiedzi powstanie tekst, który za kilka dni zabrzmi nad trumną.

Duchowny otwiera księgę, w której wszystko już stoi. Ma do wyboru czytania, modlitwy i formę obrzędu, ale rdzeń tego wyboru zapisano, zanim zmarły przyszedł na świat.

Tędy przebiega granica, której potoczna rozmowa szuka gdzie indziej. Nie rozstrzyga o niej trumna, urna ani wybór cmentarza, tylko moment powstania tekstu uroczystości. Jeden istniał wcześniej i będzie istniał dalej. Drugi zaczyna istnieć wtedy, gdy już wiadomo, kogo dotyczy.

Jedno zastrzeżenie trzeba postawić od razu. W polskich rozmowach słowo „religijny" znaczy w praktyce „katolicki", choć obrzędy żydowskie, muzułmańskie i hinduistyczne układają się zupełnie inaczej. Porównanie poniżej dotyczy więc rytu, który ukształtował tutejsze wyobrażenie o właściwym pożegnaniu, a nie religii w ogóle.

Gotowy scenariusz też ma swoją datę

Przekonanie, że katolicki obrzęd trwa nietknięty od dwóch tysięcy lat, nie wytrzymuje kontaktu ze źródłami. Pierwsze wspólnoty chrześcijańskie korzystały z cmentarzy, sarkofagów i gestów żałobnych, które zastały wokół siebie. Zmieniało się znaczenie, nie technika. Średniowiecze dołożyło własną warstwę: modlitwa za zmarłych awansowała do rangi realnego działania, a bliskość ołtarza i relikwii stała się dobrem, o które się zabiegało i za które płacono.

Obrzędy, z których dziś korzystają polskie parafie, mają natomiast metrykę całkiem współczesną. Wprowadzono je w ramach reformy soborowej w 1969 roku, a wersję dopasowaną do zwyczajów polskich diecezji wydano osiem lat później. Scenariusz zastany nie znaczy więc scenariusz odwieczny. Znaczy tyle, że napisał go ktoś inny i wcześniej.

Zmienność form widać jeszcze wyraźniej, gdy cofnąć się dalej. W republikańskim Rzymie zmarłych palono; od II wieku naszej ery rozpowszechniły się w imperium sarkofagi, a przewagę zyskał pochówek ciała niespalonego. Ta sama cywilizacja, ta sama religia, kilka pokoleń różnicy.

Sama konstrukcja katolickiego pogrzebu bywa przy tym opisana precyzyjniej, niż podpowiada intuicja. Katechizm zaznacza, że pogrzeb nie ma charakteru sakramentu ani sakramentaliów, bo zmarłego nie obejmuje już porządek sakramentalny; pozostaje obrzędem liturgicznym Kościoła. W tym samym miejscu pada uwaga, która wiele tłumaczy: homilia pogrzebowa nie powinna przybierać formy pochwalnej mowy o zmarłym.

Pusta kartka ma rodowód polityczny

Ceremonia świecka też nie wzięła się znikąd i długo nie była prywatną sprawą rodzin. Ukształtowały ją dziewiętnastowieczna laicyzacja, ruchy wolnomyślicielskie i spór o kremację. Pierwsze nowoczesne krematoria, mediolańskie z 1876 roku i to uruchomione dwa lata później w Gotha, powstawały przy wsparciu władz miejskich i były elementem publicznej awantury o religię, higienę i kształt nowoczesnego miasta.

Polski wątek zaczyna się przed 1914 rokiem, od pogrzebów socjalistów urządzanych programowo bez duchownego i bez krzyża. Ma jednak epizod szczególnie pouczający przy tej właśnie osi. W PRL obrzędowość świecka stała się przedsięwzięciem państwowym: powołane wtedy organizacje opracowywały scenariusze uroczystości, a nawet gotowe treści przemówień dla urzędników i wyznaczonych mistrzów ceremonii. Efekt bywał sztuczny aż do granic groteski.

Wniosek narzuca się sam. Państwo próbowało wówczas zrobić dokładnie to, co robi liturgia, czyli dostarczyć gotowy tekst na każdą okoliczność, i właśnie dlatego wyszło źle. Świeckie pożegnanie działa wtedy, kiedy nie jest napisane wcześniej. Dzisiejszy celebrant pracuje inaczej: dopasowuje przebieg do biografii zmarłego i do światopoglądu rodziny. Socjologia odnotowuje przy okazji rozróżnienie, które w publicystyce zwykle ginie. Ateistyczna manifestacja to jedno, a pożegnanie po prostu niewyznaniowe to drugie.

Gdzie ta różnica zaczyna boleć

Spory rodzinne prawie nigdy nie dotyczą teologii. Dotyczą wyboru utworu.

Instrukcja Episkopatu o muzyce kościelnej wyklucza w liturgii utwory o świeckim charakterze. Ulubiona piosenka zmarłego bywa dla rodziny bardzo ważna i mimo wszystko nie mieści się w porządku mszy. Rozstrzygające jest jednak coś, o czym wiele rodzin nie wie: ograniczenie obejmuje liturgię, a nie cały dzień pożegnania. Kaplica cmentarna, krematorium, grób i spotkanie po pochówku rządzą się osobnymi regułami.

Drugi punkt zapalny to wspomnienie o zmarłym. W scenariuszu humanistycznym opowieść o jego życiu bywa dramaturgicznym szkieletem całości. Ryt katolicki nie przewiduje dla niej odrębnego punktu, bo stawia zmarłego w roli tego, za którego wspólnota się modli. Rodziny, którym zależy na opowiedzeniu tego jednego życiorysu, szukają dla niego miejsca poza mszą.

Warto przy tej okazji rozbroić dwa mity. Ani kremacja, ani cmentarz niczego nie deklarują. Kościół nie zabrania spopielenia ciała od 1963 roku, a polskie prawo nakazuje cmentarzom wyznaniowym przyjmować zmarłych innych wyznań oraz osoby niewierzące na równych zasadach tam, gdzie nie ma cmentarza komunalnego. Miejsce i technika stanowią infrastrukturę ceremonii, nie jej treść.

Co zostaje rodzinie

Z tej perspektywy inaczej wygląda koszt obu rozwiązań. Obrzęd zastany działa bez oglądania się na to, jaki przebieg miało konkretne życie. Jedna formuła wystarcza tak samo dla kogoś, komu wszystko się udało, jak dla kogoś, kto przegrał; dla otoczonego wnukami i dla umierającego w pojedynkę. Rodzina wchodzi w strukturę, której nie musi wymyślać, i bywa to realna ulga w tygodniu, w którym trudno o cokolwiek innego.

Pusta kartka daje wolność, tyle że przychodzi w najgorszym możliwym momencie. Ktoś musi zdecydować o kolejności, o tym, kto zabierze głos i co zabrzmi na końcu. Zwykle jest to osoba, która właśnie kogoś straciła.

Badania nad żałobą tego sporu nie rozstrzygają, bo przecinają go w poprzek. Ważyło w nich nie to, czy obrzęd był religijny, tylko to, czy żałobnicy mieli wpływ na jego kształt i czy pożegnanie wydało im się sensowne. Warunek ten spełnia i przemyślana msza, i starannie zbudowana ceremonia świecka.

Zostaje więc pytanie praktyczniejsze, niż wygląda na pierwszy rzut oka. Nie „w co wierzył zmarły", tylko: czy ktoś zdąży napisać ten tekst na czas i czy będzie miał z czego.