Niemiecka polityka działa od lat według reguły, której nie ma w żadnej ustawie: z AfD się nie współrządzi. Nazywa się ją Brandmauer, murem przeciwpożarowym, i przez większą część ostatniej dekady kosztowała niewiele. Partię z kilkunastoma procentami poparcia da się wyminąć przy układaniu koalicji. W Saksonii-Anhalt, 6 września 2026 roku, reguła przestała być tania.
Żeby zrozumieć, dlaczego akurat teraz, trzeba cofnąć się do czasów, gdy AfD zajmowała się czymś zupełnie innym.
Od euro do migracji
Partia powstała w lutym 2013 roku ze sprzeciwu wobec sposobu, w jaki ratowano strefę euro. Jej twarzą był ekonomista Bernd Lucke, a pierwsze programy łączyły krytykę wspólnej waluty z gospodarczym liberalizmem i konserwatyzmem obyczajowym. Frank Decker, politolog opisujący dzieje ugrupowania dla federalnej centrali edukacji obywatelskiej bpb, umieszcza tę pierwszą fazę po stronie liberalnego konserwatyzmu i krytyki euro, a nie prawicowego populizmu. Pierwsze wybory federalne AfD przegrała o włos, nie wprowadzając do Bundestagu nikogo.
Zwrot przyszedł w dwóch krokach. Latem 2015 roku na zjeździe w Essen Frauke Petry pokonała Luckego, a wraz z nim partię opuściła większość rozpoznawalnych postaci liberalnego skrzydła; do końca sierpnia ubyła mniej więcej jedna piąta członków. Kilka tygodni później kryzys migracyjny w Europie osiągnął punkt szczytowy. Nowy temat działał zupełnie inaczej niż euro: nie wymagał od wyborcy cierpliwości do zawiłości polityki pieniężnej, dotyczył granic, bezpieczeństwa, szkół i świadczeń.
Reszta jest ciągiem wyników. W 2017 roku AfD weszła do Bundestagu z poparciem 12,6 procent i stała się największą siłą opozycyjną. Cztery lata później lekko się cofnęła, tracąc głównie na zachodzie kraju. W lutym 2025 roku dostała 20,8 procent i 152 z 630 mandatów, czyli drugie miejsce w państwie. Ugrupowanie izolowane początkowo jako marginalny protest przeciw polityce pieniężnej zdobyło głos co piątego wyborcy, i to z powodów, które z jego własnym początkiem nie mają już wiele wspólnego.
Nie tylko Wschód
Najczęstszy skrót opisuje AfD jako partię dawnej NRD. W procentach to prawda: w 2025 roku wygrała we wszystkich pięciu wschodnich landach, od Meklemburgii-Pomorza Przedniego przez Turyngię, Saksonię i Saksonię-Anhalt po Brandenburgię, z poparciem mieszczącym się między 32,5 a 38,6 procent. Wschodnia średnia była mniej więcej dwa razy wyższa od zachodniej.
Liczby bezwzględne mówią co innego. Około 70 procent wszystkich oddanych na nią głosów pochodziło ze starych landów zachodnich. Drugie miejsce zajęła w Bawarii, Badenii-Wirtembergii, Saarze i Nadrenii-Palatynacie, a w czterech następnych landach trzecie, za SPD. Nie broni się też obraz jej wyborcy jako bezrobotnego mieszkańca upadającego regionu. Robotnicy i osoby bez pracy są w tym elektoracie nadreprezentowane, ale większość stanowią pracownicy umysłowi, urzędnicy i samozatrudnieni, a dane nie potwierdzają prób wyjaśniania jej sukcesu wysokością bezrobocia czy liczbą cudzoziemców w okolicy. Więcej mówi obawa o własny status i ocena tego, jak działa polityka.
Dla reguły izolacji ma to konsekwencję praktyczną. Nie da się jej traktować jak kwarantanny nałożonej na jeden region i przeczekać.
Mur i to, czego nie rozstrzyga prawo
Brandmauer nie jest instytucją ani przepisem. To zobowiązanie pozostałych partii, w praktyce przede wszystkim CDU/CSU, bo właśnie tam jest najwięcej punktów stycznych z AfD w sprawach migracji i bezpieczeństwa. Mur nie zabrania zresztą AfD głosować za cudzymi projektami. Pod koniec stycznia 2025 roku wniosek chadecji o ostrzejszą politykę wobec migracji zdobył w Bundestagu większość dzięki jej deputowanym, a w całym kraju zaczął się spór, czy samo przyjęcie takiego wsparcia nie łamie już zasady.
Argumenty obu stron są poważne. Obrońcy muru przekonują, że każde zwyczajne współdziałanie przesuwa granicę rzeczy uchodzących za dopuszczalne i z czasem może oddać partii wpływ na administrację, sądy i media publiczne. Krytycy odpowiadają, że hermetyczne odcięcie milionów wyborców samo w sobie jest kłopotem dla demokracji, wzmacnia opowieść o kartelu starych partii i zmusza resztę sceny do koalicji coraz bardziej przypadkowych.
Prawo tego sporu nie rozstrzyga. Federalny Urząd Ochrony Konstytucji uznał w 2021 roku całą AfD za przypadek podejrzenia działań wymierzonych w porządek konstytucyjny, partia przegrywała kolejne instancje, a 20 maja 2025 roku ocena stała się prawomocna. Osiemnaście dni wcześniej urząd ogłosił kwalifikację ostrzejszą, nazywając AfD potwierdzoną strukturą skrajnie prawicową. Tę zablokował 26 lutego 2026 roku Sąd Administracyjny w Kolonii, zakazując posługiwania się nią do czasu rozstrzygnięcia sprawy głównej w pierwszej instancji.
Uzasadnienie wypadło przy tym znacznie mniej korzystnie, niż sugerowały nagłówki. Sąd przyjął, że wewnątrz AfD rzeczywiście działa się przeciw porządkowi konstytucyjnemu, i wskazał w programie z 2025 roku dwa postulaty nie do pogodzenia z konstytucyjną gwarancją godności człowieka. Uznał jedynie, że dwa takie żądania nie wystarczą, by przypisać całej organizacji tendencję antykonstytucyjną. Silne podejrzenie, jak zapisano w postanowieniu, utrzymuje się nadal. Na poziomie landowym pięć organizacji AfD ma zresztą status potwierdzonych struktur skrajnie prawicowych.
Delegalizacja to sprawa osobna, a próg ustawiono celowo bardzo wysoko. Orzeka wyłącznie Federalny Trybunał Konstytucyjny, wniosek mogą złożyć jedynie Bundestag, Bundesrat albo rząd federalny, a przez cały czas istnienia Republiki Federalnej zakazano dwóch partii, obu w latach pięćdziesiątych. Mur pozostaje więc decyzją polityczną, której prawo ani nie nakazuje, ani nie zabrania.
Magdeburg: zasada zamienia się w rachunek
W Saksonii-Anhalt lista Ulricha Siegmunda dostała 43,8 procent głosów, ponad dwa razy więcej niż pięć lat wcześniej. Żadna partia nie osiągnęła lepszego rezultatu w wyborach landowych minionych dziesięciu lat. Chadecja premiera Svena Schulzego zjechała z 37,1 procent do 17,2. Frekwencja skoczyła z 60,3 do 77,8 procent, więc rekord nie wziął się z bierności reszty wyborców, tylko z mobilizacji nienotowanej w tym landzie od dziesięcioleci.
Władzy to jednak nie dało. Landtag liczy 83 miejsca, większość bezwzględna wynosi 42, AfD zdobyła 39. Zabrakło trzech, a przesądziło o tym wejście BSW do parlamentu. Skoro pozostałe ugrupowania wykluczają współpracę, istnieje dokładnie jedna większość bez AfD i wymaga ona wszystkich pięciu innych frakcji naraz: CDU, SPD, Zielonych, Lewicy i BSW, razem 44 mandaty. Cztery z nich, bez BSW, mają równo 39, czyli tyle samo co sama AfD.
Precedens istnieje. W Turyngii partia wygrała wybory w 2024 roku i do rządu nie weszła, a od zakończenia drugiej wojny światowej żadna siła skrajnej prawicy nie współrządziła w którymkolwiek niemieckim kraju związkowym. Nowy landtag w Magdeburgu ma się zebrać po raz pierwszy nie później niż 6 października.
Mur przeciwpożarowy budowano jako regułę mówiącą, z kim się nie rozmawia. W Magdeburgu zamienił się w regułę mówiącą, kto musi rozmawiać ze sobą: pięć partii, które dzieli niemal wszystko, od podatków po politykę klimatyczną. Jeśli taka koalicja w ogóle powstanie, jej jedynym pewnym spoiwem będzie to, kogo w niej nie ma. Trudno o gorszy fundament dla rządu, który ma udowodnić, że izolacja czemuś służy.