Rakieta mierzona tym, czego jeszcze nie osiągnęła

Dwadzieścia dwa, trzynaście oraz dziewiętnaście i trzy dziesiąte. W kilometrach tyle wynosiły najwyższe punkty trzech pełnoskalowych lotów PERUNA, rakiety gdyńskiej spółki SpaceForest, wykonanych z poligonu w Ustce w latach 2023–2025. Program celuje w sto pięćdziesiąt. Żadna z tych prób nie przebiegła w pełni zgodnie z planem, a mimo to projekt nie tylko trwa, ale zdobywa kolejne finansowanie, również europejskie.

Sprzeczności tu nie ma, jeśli najpierw ustalić, co PERUN właściwie ma oferować. To jednostopniowa rakieta długości 11,5 metra, która niczego nie umieszcza na orbicie. Wznosi się stromo, po wyłączeniu silnika leci siłą rozpędu, a potem opada razem z ładunkiem. W tej fazie aparatura badawcza przestaje odczuwać ciężar. Przy docelowym profilu lotu taki stan ma trwać od trzech do blisko czterech minut, po czym spadochron sprowadza pojazd i eksperyment na ziemię. Klient nie płaci więc za rekord wysokości. Płaci za kilka minut nieważkości i za to, że jego urządzenie wróci w stanie nadającym się do dalszej pracy.

Z tej perspektywy kilometry są skutkiem, a nie celem samym w sobie. Liczy się to, czy cały łańcuch – silnik, sterowanie, łączność, wyrzutnia i odzysk – zachowuje się za każdym razem przewidywalnie. Tego nie dowodzi jeden efektowny start. Dowodzi tego seria prób, z których część nieuchronnie się nie uda, oraz to, co zespół z nich wyciągnie.

Dwudziesta dziewiąta sekunda

Pierwszy lot, w czerwcu 2023 roku, skończył się na wysokości około 22 kilometrów, gdy po drobnych anomaliach misję przerwano. Pojazd wylądował na spadochronie, a inżynierowie odzyskali większość podzespołów i pełny zapis telemetrii. Drugi, jesienią tego samego roku, zatrzymał się na około 13 kilometrach, znów wcześniej, niż zakładano.

Najwięcej nauczył jednak trzeci start, 22 listopada 2025 roku. W dwudziestej dziewiątej sekundzie pojawił się sygnał, że rakieta może wyjść poza wyznaczony obszar prób. Dyrektor misji uruchomił system przerywania lotu. Nie oznaczało to eksplozji, bo system nie korzysta z ładunków wybuchowych. Silnik zgasł, człony się rozdzieliły, opór powietrza wyhamował pojazd, a obie części udało się odzyskać. Rakieta wzniosła się na 19,3 kilometra.

Dopiero analiza zapisów wskazała przyczynę: ukryty błąd w oprogramowaniu sterownika, który prowadzi rakietę, odchylając strumień gazów wypływających z dyszy. Żadna wcześniejsza próba go nie ujawniła. W kwietniu 2026 roku firma poinformowała, że usterkę usunięto, a poprawkę sprawdzono w symulacji komputerowej.

Z punktu widzenia inżyniera trudno taki lot uznać za porażkę. Test ma pokazać to, czego jeszcze nie wiadomo, a system bezpieczeństwa ma zadziałać wtedy, gdy coś idzie źle. Oba warunki zostały spełnione. Dlatego start ogłoszony we wrześniu 2026 roku, choć bez podanej wysokości, ma swoją wagę. Z komunikatu wiceministra obrony wynikało, że tym razem sterowanie ciągiem spisało się bez zarzutu. Jeśli potwierdzą to dane, próba zamknie problem sprzed roku, a to bywa cenniejsze niż kilka dodatkowych kilometrów.

Pieniądze z terminem

Za tym procesem stoją pieniądze publiczne. Projekt, z którego wyrósł PERUN, ruszył w 2018 roku z budżetem przekraczającym osiem milionów złotych, z czego ponad sześć pokryło dofinansowanie ze środków unijnych, przyznane w konkursie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Zakładano wtedy rakietę dziesięciometrową; ta, która poleciała, jest o półtora metra dłuższa. Takie wsparcie ma sens właśnie tam, gdzie przerwane próby są wpisane w plan. Państwo bierze na siebie część ryzyka, na które średniej wielkości firma nie mogłaby sobie pozwolić sama, a w zamian w kraju zostają wiedza i ludzie.

Drugą porcję zaufania wniosła Europejska Agencja Kosmiczna. W październiku 2024 roku SpaceForest podpisał kontrakt w programie Boost!, wart 2,4 miliona euro, przeznaczony między innymi na ulepszenie komory spalania i na mobilne zaplecze naziemne. Razem z pieniędzmi przyszło zobowiązanie: cztery loty pokazowe do końca 2026 roku, z rosnącym pułapem: 50, 80, 100, a na koniec 150 kilometrów.

W tym miejscu inżynierska cierpliwość zderza się z kalendarzem. Listopadowy start był pierwszym z tej czwórki i progu 50 kilometrów nie osiągnął. Kolejne zaplanowano na Azorach, w Ustce oraz na duńskiej platformie na morzu, przy czym ten z Ustki zapowiadano na późną wiosnę lub wczesne lato. Informacja o nim przyszła dopiero 7 września, i to przed zapowiadanym wcześniej lotem z Azorów. Na dwie pozostałe kampanie zostały niecałe cztery miesiące, a jedna z nich ma być pierwszą w dziejach firmy próbą startu z pływającej platformy.

Kto uczy się na błędach, potrzebuje czasu na ich naprawę. Umowa z terminem tego czasu nie dokłada.

Co ma się udać naprawdę

Nawet jeśli wszystkie zaplanowane loty się powiodą, PERUN nie pokona doświadczonych konkurentów samymi parametrami. Szwedzki ośrodek Esrange działa od ponad sześćdziesięciu lat, a europejskie rakiety sondujące zabierają do stu kilogramów aparatury i zapewniają kilkanaście minut nieważkości. Polska konstrukcja zabiera najwyżej pięćdziesiąt i oferuje niecałe cztery minuty.

Jej szansa leży gdzie indziej: w mniejszych zleceniach, w krótkiej drodze od pomysłu do lotu, w dostępie do ładunku niemal do chwili startu i w tym, że wyrzutnię da się przewieźć tam, gdzie akurat można bezpiecznie prowadzić starty. Równie ważne jest wielokrotne użycie. Firma zakłada, że jeden egzemplarz wykona co najmniej pięć misji, a po każdej komora spalania i elektronika pokładowa przejdą przegląd i odnowienie. Jeśli wyjdzie to taniej niż budowa nowego pojazdu, cena pojedynczego lotu spadnie. Jeśli nie, obietnica taniego dostępu do nieważkości pozostanie deklaracją. Z zewnątrz nie da się tego dziś rozstrzygnąć, bo spółka nie publikuje pełnego cennika ani kosztów przygotowania kampanii.

Kolejne wiadomości z Ustki warto więc czytać inaczej, niż zwykle czyta się doniesienia o rakietach. Pytanie „jak wysoko?” jest z nich najmniej ciekawe. Ciekawsze są dwa inne: czy to, co ostatnio zawiodło, tym razem zadziałało, i czy za następnym razem zadziała znowu, z cudzym eksperymentem na pokładzie.