Pierwszego czerwca 2026 roku po godzinie czternastej na korcie imienia Philippe’a Chatriera, największej arenie paryskiego Roland Garros, zameldowała się tenisistka, której nazwiska kilkanaście dni wcześniej nie znał prawie nikt poza ścisłym gronem kibiców kobiecego tenisa. Maja Chwalińska, sklasyfikowana przed turniejem na 114. miejscu rankingu WTA, pokonała Francuzkę Diane Parry 6:3, 6:2 i awansowała do ćwierćfinału wielkoszlemowego turnieju. Dla zawodniczki z Dąbrowy Górniczej to najważniejszy wynik w karierze, a dla polskiego tenisa jedna z większych niespodzianek ostatnich lat. Mecz z Parry był jej debiutem na głównym korcie kompleksu, a francuska publiczność, która do ostatniej piłki niosła swoją reprezentantkę, opuszczała trybuny w ciszy.
Skala zaskoczenia rośnie, gdy przypomnieć sobie, jak Chwalińska w ogóle znalazła się w głównej drabince. Jako jedyna Polka przebiła się do niej przez trzyetapowe kwalifikacje, a więc zanim rozegrała pierwszy mecz turnieju właściwego, miała już za sobą trzy zwycięstwa. W eliminacjach odprawiła Francuzki Alice Rame i Carole Monnet oraz Holenderkę Suzan Lamens. To, co przyszło potem, wymykało się prognozom nawet najbardziej życzliwych obserwatorów.
Symboliki dodaje fakt, że gdy Chwalińska grała o ćwierćfinał, w singlu nie było już Igi Świątek. Wielokrotna triumfatorka paryskiego turnieju i najwyżej notowana polska zawodniczka odpadła w czwartej rundzie, ulegając Ukraince Marcie Kostiuk. Tym samym to dawna juniorska partnerka Świątek, a nie ona sama, niosła w drugim tygodniu turnieju barwy polskiego tenisa w rywalizacji singlowej. Jeszcze rok wcześniej taki scenariusz brzmiałby jak żart.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Dziecko z Zagłębia i talent szlifowany od najmłodszych lat
Maja Chwalińska urodziła się 11 października 2001 roku w Dąbrowie Górniczej. Gra lewą ręką, oburącz odbija bekhend, mierzy 164 centymetry, a od lat współpracuje z czeskim szkoleniowcem Jaroslavem Machovskim. Te suche dane z metryczki niewiele mówią o drodze, którą przeszła, by stanąć na paryskim korcie centralnym jako jedna z głównych bohaterek turnieju.
Z tenisem zetknęła się niemal przypadkiem. Trener Paweł Kałuża, objeżdżający szkoły w poszukiwaniu talentów, namówił pierwszoklasistów na nabór, a Maja okazała się jedną z dziewczynek, które zostały na korcie na dłużej. Choć przyszła na świat w Zagłębiu Dąbrowskim, jej tenisowym domem stał się z czasem Beskidzki Klub Tenisowy Advantage w Bielsku-Białej, którego barwy reprezentuje do dziś. To jeden z najlepszych ośrodków w kraju, od lat plasujący się w czołówce rankingu klubowego Polskiego Związku Tenisowego, słynący z połączenia polskiej i czeskiej myśli szkoleniowej, co tłumaczy obecność czeskiego trenera u jej boku.
Choć tenisowo związała się z Podbeskidziem, rodzinnie Chwalińska pozostała dąbrowianką. W trudnych momentach kariery, gdy ciało i psychika odmawiały posłuszeństwa, oparciem byli dla niej najbliżsi. Po awansie do ćwierćfinału jej rodzice nie kryli wzruszenia, podkreślając, ile kosztowała ich córkę droga do tego wyniku. To przypomnienie, że za każdym sportowym sukcesem stoi zaplecze, którego nie widać na korcie.
W kategoriach juniorskich uchodziła za jeden z największych talentów swojego rocznika w Europie. Wygrywała mistrzostwa kontynentu: w deblu do lat czternastu w 2015 roku, w deblu do lat szesnastu rok później, a w 2017 roku sięgnęła po tytuł w singlu w tej samej kategorii wiekowej. W 2016 roku należała do polskiej drużyny, która zdobyła juniorski Puchar Federacji. Jej najwyższa lokata w juniorskim rankingu Tennis Europe sięgnęła szóstego miejsca na świecie. Mówiąc językiem tenisowych skautów, była zawodniczką z czołówki rówieśniczej elity, a nie obiecującą lokalną nadzieją.
Z tamtego okresu pochodzi wątek, który dziś nadaje całej historii dodatkowego smaku. Partnerką Chwalińskiej w juniorskim deblu bywała Iga Świątek, jej rówieśniczka. We dwie wygrały wspomniany Puchar Federacji w Budapeszcie, a na początku 2017 roku dotarły do finału debla dziewcząt podczas Australian Open, gdzie uległy parze Bianca Andreescu i Carson Branstine. Wcześniej sięgnęły razem po juniorski tytuł deblowy w australijskim Traralgon. Drogi obu Polek rozeszły się jednak diametralnie. Świątek wjechała na szczyt światowego tenisa szybko i z pozoru bez większego trudu, zdobywając kolejne tytuły wielkoszlemowe i numer jeden rankingu. Chwalińska przez następne lata wspinała się znacznie mozolniej, regularnie tracąc grunt pod nogami. Część komentatorów, oceniając obie wyłącznie pod kątem juniorskiego potencjału, jeszcze niedawno stawiała na talent Mai równie wysoko, co na talent jej koleżanki.
Przejście z tenisa juniorskiego do zawodowego rozpoczęła od żmudnej harówki na zapleczu rozgrywek, czyli na turniejach federacji ITF o niewielkich pulach nagród. Pierwszy seniorski tytuł singlowy zdobyła w lipcu 2019 roku w Bytomiu, na własnych, śląskich kortach. To był początek wyjątkowej passy: w trzech kolejnych tygodniach triumfowała w singlu kolejnych turniejów na polskiej części obwodu ITF, a w Warszawie dołożyła do tego również tytuł deblowy. Kilka miesięcy wcześniej jej nazwisko obiegło internet po efektownym uderzeniu spomiędzy nóg, zagranym w kwalifikacjach turnieju w słowackiej Trnawie przeciwko Irinie Falconi. Takie zagrania budowały wizerunek zawodniczki nieprzewidywalnej i nieszablonowej, choć droga do tenisa zawodowego z prawdziwego zdarzenia dopiero się przed nią otwierała.
Tenis bez siły, za to z pomysłem
Styl gry Chwalińskiej trudno pomylić z kimkolwiek innym z czołówki. Serwis nigdy nie był jej najmocniejszą bronią, podobnie jak czysta moc uderzeń. Polka nadrabia to różnorodnością, zmianą rytmu i wyczuciem piłki. Podczas paryskiego turnieju jej znakiem rozpoznawczym stały się skróty zagrywane w najmniej oczekiwanych momentach, którymi wybijała z rytmu kolejne, znacznie wyżej notowane rywalki. Do tego dochodziły woleje, zmiany tempa wymiany i umiejętność wciągania przeciwniczek w grę, w której tracą cierpliwość.
Komentująca mecz z Parry Justyna Kostyra nazwała Polkę „panią profesor", gdy ta po raz kolejny zaskoczyła Francuzkę precyzyjnym skrótem przy stanie 5:3 w pierwszym secie. Określenie przylgnęło, bo dobrze oddaje charakter tej gry: Polka stawia na chłodną kalkulację i finezję tam, gdzie inne sięgają po siłę. Na wolnej, ziemnej nawierzchni, gdzie liczy się cierpliwość i umiejętność konstruowania akcji, taki repertuar potrafi być zabójczy. Nieprzypadkowo to właśnie korty ziemne przyniosły Chwalińskiej najlepsze wyniki w dorosłej karierze, a większość turniejowych finałów na zapleczu rozgrywek rozegrała właśnie na mączce.
Taki tenis ma jednak swoją cenę. Brak potężnego serwisu i kończących uderzeń oznacza, że Polka musi wygrywać dłuższe wymiany, częściej biegać i wypracowywać przewagę cierpliwie, punkt po punkcie. W krótkich, jednostronnych meczach to recepta na kłopoty, ale w spotkaniach, w których rywalka traci pewność siebie, różnorodność staje się bronią nie do odparcia. W Paryżu kolejne przeciwniczki przekonały się o tym na własnej skórze, gubiąc się w nietypowym rytmie narzucanym przez Polkę.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Lata, o których wolałaby zapomnieć
Gdyby kariera Chwalińskiej była prostą linią wznoszącą się od juniorskich sukcesów ku seniorskim laurom, nie byłoby o czym pisać poza statystykami. Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej skomplikowana. Przez kilka sezonów Polka toczyła walkę nie tyle z rywalkami, ile z własnym ciałem i własną głową.
Kontuzje pojawiały się w najgorszych możliwych momentach. Problemy z nadgarstkiem nawracały w latach 2020 i 2021, zmuszając ją do przerywania meczów i wycofywania się z turniejów. W trakcie sezonu 2021 dołożyło się do tego zakażenie koronawirusem, które przeszła ciężko. Najpoważniejszy uraz przyszedł jednak później. We wrześniu 2022 roku, niespełna trzy miesiące po debiucie wielkoszlemowym na Wimbledonie, przeszła operację kolana. Plan zakładał powrót po kilku tygodniach, w praktyce przerwa trwała ponad pół roku, a kolejne miesiące po niej upłynęły pod znakiem gry znacznie poniżej możliwości. W sporcie, w którym rytm meczowy buduje się tygodniami, każda taka pauza cofa zawodnika o całe miesiące.
O wiele trudniejsza od fizycznych urazów okazała się jednak choroba, o której tenisistka opowiedziała publicznie latem 2021 roku. We wpisie w mediach społecznościowych poinformowała, że zawiesza karierę, i po raz pierwszy nazwała problem po imieniu: od końca 2019 roku zmagała się z depresją. Pisała o trudnym okresie, o wycofywaniu się z rywalizacji i o sygnałach, jakie dawały jej ciało i psychika. Wspomniała o wsparciu bliskich i opiece specjalistów. W udzielonym później wywiadzie przyznała, że w najtrudniejszych momentach miewała bardzo ciemne myśli, choć nie chciała wchodzić w szczegóły. Opowiadała, że nie potrafiła rozmawiać o swoim życiu, bo każde pytanie kończyło się łzami.
Decyzja o otwartym mówieniu o chorobie była w polskim sporcie odważna. Przez dziesięciolecia zawodnicy unikali takich wyznań, obawiając się, że zostaną odczytane jako słabość. Chwalińska zrobiła to, mając zaledwie dwadzieścia lat, w momencie, gdy uchodziła za jedną z głównych nadziei dyscypliny. Przerwa nie trwała długo: już w październiku 2021 roku wróciła na kort podczas turniejów w Portugalii. Jak sama mówiła, do gry wracała etapami, a powrót do zdrowia był procesem rozłożonym na lata, nie pojedynczą decyzją. Pierwsze starty po przerwie nie przynosiły wielkich rezultatów, ale w jej przypadku liczył się sam fakt, że znów stanęła do rywalizacji.
Mozolny powrót do gry na swoim poziomie
Statystyki z kolejnych sezonów pokazują kobietę, która krok po kroku odbudowywała pozycję. W 2022 roku przeszła kwalifikacje do Wimbledonu, pokonując w ostatniej rundzie rozstawioną z numerem drugim Amerykankę Coco Vandeweghe, a następnie wygrała pierwszy mecz w turnieju głównym, ogrywając Czeszkę Kateřinę Siniakovą. Awansowała do drugiej rundy. Pikanterii temu sukcesowi dodawał fakt, że tamta edycja Wimbledonu, w wyniku sporu wokół dopuszczenia zawodników z Rosji i Białorusi, została pozbawiona punktów rankingowych. Sportowo i finansowo był to dobry występ, ale w klasyfikacji nie przełożył się na nic, a kilka tygodni później przyszła operacja kolana, która zatrzymała ją na długie miesiące.
Po powrocie z kontuzji znów musiała zaczynać niemal od zera. Przez długi czas grała w małych turniejach z bilansem ledwie powyżej remisu, walcząc o każdy punkt i każde miejsce w rankingu. Momentem, który pozwolił jej się przełamać, był finał turnieju ITF w portugalskim Porto, dokąd dotarła po serii rozczarowujących występów. Od tej pory wyniki zaczęły się stopniowo poprawiać, a Polka znów grała na poziomie, który zapowiadała jej juniorska kariera.
Przełom w skali całej kariery przyszedł w grudniu 2024 roku w Ameryce Południowej. Chwalińska wygrała wówczas swój pierwszy singlowy tytuł rangi WTA 125 we Florianópolis w Brazylii, pokonując w finale Szwajcarkę Ylenę In-Albon. W tym samym turnieju zwyciężyła też w deblu, a tydzień wcześniej, w Argentynie, sięgnęła po deblowy tytuł z Katarzyną Kawą. Te wyniki podźwignęły ją w okolice 128. miejsca w rankingu singlowym, najwyższego do tamtej pory. W czerwcu 2025 roku osiągnęła z kolei życiowy pułap w deblu, wchodząc do najlepszej setki tej klasyfikacji, co dawało jej dodatkowe źródło punktów i pewność występów w turniejach deblowych najwyższej rangi.
Sezon 2026 zaczęła od zwycięstwa w turnieju WTA 125 w portugalskim Oeiras, gdzie w finale ograła Austriaczkę Sinję Kraus 6:1, 6:3. Tuż przed Roland Garros wciąż jednak czekała w Rzymie na ewentualne zwolnienie miejsca w kwalifikacjach do turnieju WTA 1000, jako pierwsza rezerwowa. Miejsce się nie zwolniło. Trudno o lepszą ilustrację jej ówczesnego statusu: zawodniczki z pogranicza pierwszej setki, która o każdy występ na najwyższym poziomie musiała walczyć od eliminacji. Tym mocniej kontrastuje to z tym, co wydarzyło się w Paryżu zaledwie kilka tygodni później.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Paryż, czyli seria, w którą nikt nie wierzył
Tegoroczny występ w stolicy Francji rozpoczął się od żmudnego przedzierania przez kwalifikacje. W turnieju głównym Chwalińska trafiła na rywalkę, której nazwisko samo w sobie zapowiadało szybki koniec przygody. Jej pierwszą przeciwniczką była Qinwen Zheng, mistrzyni olimpijska z Paryża z 2024 roku. Polka wygrała pewnie, 6:4, 6:0, oddając rywalce zaledwie cztery gemy. W drugiej rundzie nie dała szans rozstawionej z numerem 23 Belgijce Elise Mertens, ponownie kończąc spotkanie wynikiem 6:4, 6:0. Już te dwa zwycięstwa zapewniały jej historyczny awans do pierwszej setki rankingu, o którym przez lata mogła jedynie marzyć.
W trzeciej rundzie czekała była trzecia rakieta świata, Greczynka Maria Sakkari. Pierwszego seta Chwalińska przegrała wysoko, 1:6, gdy doświadczona rywalka dominowała przy własnym podaniu. W dwóch kolejnych partiach Polka odwróciła jednak losy meczu, wygrywając 6:3, 6:2 i meldując się w czwartej rundzie wielkoszlemowego turnieju po raz pierwszy w karierze. Mecz z Parry, choć teoretycznie najłatwiejszy z całej serii, niósł osobne ryzyko. Francuzka grała na własnych kortach, przed swoją publicznością, a do Paryża przyjechała w znakomitej formie, świeżo po wygranym challengerze w stolicy Francji i po sensacyjnym wyeliminowaniu rozstawionej z numerem szóstym Amandy Anisimovej.
Polka zachowała jednak spokój, który komentatorzy podkreślali przez cały pojedynek. Po wyrównanym początku przełamała rywalkę w ósmym gemie pierwszego seta i wygrała go 6:3. W drugiej partii, gdy Francuzka coraz wyraźniej traciła cierpliwość i mnożyła błędy, Chwalińska odskoczyła na podwójne przełamanie i nie oddała już prowadzenia. Wykorzystała pierwszą piłkę meczową, a chwilę później kort Chatriera oglądał scenę, której przed turniejem nie przewidziałby żaden bukmacher: 114. rakieta świata świętująca awans do najlepszej ósemki Roland Garros.
Tę serię trzeba czytać także przez pryzmat fizjologii. Zanim Chwalińska dotarła do ćwierćfinału, rozegrała w Paryżu siedem meczów w niespełna dwa tygodnie, licząc trzy spotkania eliminacyjne i cztery w turnieju głównym. Dla zawodniczki, która przez ostatnie sezony zmagała się z kontuzjami, kumulujące się obciążenie stanowiło osobne wyzwanie, niewidoczne w samym zapisie wyników. Po meczu z Sakkari sama przyznawała, że bywała kompletnie wyczerpana, a mimo to z każdą kolejną rundą grała coraz pewniej. Umiejętność utrzymania świeżości i koncentracji przy takim nawale gier bywa w tenisie różnicą między jednorazowym zrywem a poważnym wynikiem.
Po spotkaniu zawodniczka nie kryła zaskoczenia. W rozmowie z Eurosportem żartowała, że hotel ma zarezerwowany tylko do następnego dnia i będzie musiała przedłużyć pobyt. Przyznała, że gra przeciwko Francuzce na tym korcie nigdy nie jest łatwa, a samego awansu wciąż nie potrafi do końca pojąć.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Co ten wynik oznacza dla rankingu i polskiego tenisa
Skutki paryskiej serii w klasyfikacji WTA są spektakularne. Przed turniejem Chwalińska zajmowała 114. lokatę. Po dojściu do trzeciej rundy zapewniła sobie debiut w pierwszej setce, stając się dwunastą Polką w historii w tym gronie. Awans do ćwierćfinału przesunął ją jednak znacznie wyżej. W rankingu „na żywo" znalazła się w okolicach 49. miejsca, a oficjalna aktualizacja klasyfikacji nastąpi po zakończeniu turnieju, w poniedziałek 8 czerwca. Oznacza to przeskok o ponad sześćdziesiąt pozycji i miejsce w czołowej pięćdziesiątce.
W krajowej hierarchii Chwalińska awansowała na trzecią pozycję, za Igą Świątek i Magdaleną Fręch, wyprzedzając między innymi doświadczoną Magdę Linette. Gdyby pokonała kolejną rywalkę i dotarła do półfinału, zostałaby drugą rakietą Polski i znalazłaby się w okolicach trzydziestego miejsca rankingu, z realnymi szansami na rozstawienie podczas wielkoszlemowego US Open. Z perspektywy zawodniczki, która przez lata żyła z gry w niewielkich imprezach ITF, to zmiana całej zawodowej rzeczywistości. Wraz z punktami przychodzi komfort planowania sezonu i pewność występów w największych turniejach, choć rośnie też presja, z którą trzeba będzie się oswoić.
Nie bez znaczenia jest też wymiar finansowy. Każda kolejna runda wielkoszlemowego turnieju oznacza premię liczoną w setkach tysięcy euro, a awans do ćwierćfinału to dla zawodniczki z zaplecza rozgrywek kwota porównywalna z dochodami z kilku poprzednich sezonów łącznie. Dla kogoś, kto jeszcze kilka tygodni wcześniej kalkulował opłacalność startu w mniejszych imprezach, ma to konkretne przełożenie na możliwość budowy zaplecza szkoleniowego i medycznego.
Nowa pozycja zmienia też kalendarz na resztę sezonu. Z miejscem w czołowej pięćdziesiątce Chwalińska ma zapewniony bezpośredni udział w głównej drabince Wimbledonu, którego turniej startuje pod koniec czerwca, bez konieczności przechodzenia przez wyczerpujące kwalifikacje. Otwierają się też przed nią drzwi do najważniejszych turniejów twardych, w tym północnoamerykańskich imprez rangi WTA 1000 w kanadyjskim Toronto i amerykańskim Cincinnati, poprzedzających wielkoszlemowy US Open. Jeśli utrzyma formę, w Nowym Jorku może po raz pierwszy w karierze wystąpić jako zawodniczka rozstawiona, co oznaczałoby łatwiejsze losowanie w pierwszych rundach. Dla kogoś, kto przez lata planował starty z tygodnia na tydzień, w zależności od tego, czy zwolni się miejsce w kwalifikacjach, to luksus stabilności.
Reakcja w kraju była natychmiastowa, a chwilami zabawna. Gdy po zwycięstwie nad Sakkari Chwalińska z uśmiechem przyznała na korcie, że nie jest pewna, czy starczy jej pieniędzy na przedłużenie pobytu w paryskim hotelu, bo nagrody nie wpływają na konto od razu, w sieci zawrzało. Na żart zareagowała firma Oshee, jeden ze sponsorów Igi Świątek, rezerwując noclegi dla bliskich tenisistki, a jej macierzysty klub z Bielska-Białej musiał uspokajać kibiców zapewnieniem, że zawodniczka ma zakwaterowanie zapewnione. Nazwisko Chwalińskiej, dotąd znane głównie ścisłemu gronu kibiców tenisa, trafiło na czołówki serwisów informacyjnych, a głos zabierali także ludzie ze świata sportu spoza tenisa. Tego rodzaju popularność, przychodząca po latach gry w cieniu, bywa dla zawodników równie trudna do udźwignięcia, co same mecze, bo zmienia codzienność niemal z dnia na dzień.
W ćwierćfinale, zaplanowanym na środę, Chwalińska zmierzy się z Rosjanką Anną Kalinską, klasyfikowaną na 24. miejscu rankingu. Kalinska awansowała po zaciętym, trzysetowym pojedynku zakończonym tie-breakiem decydującej partii. To rywalka z zupełnie innej półki niż dotychczasowe przeciwniczki Polki w eliminacjach, dysponująca mocniejszym, bardziej ofensywnym tenisem. Po serii zwycięstw nad Zheng, Mertens, Sakkari i Parry trudno jednak cokolwiek przesądzać.
Sport, głowa i kontekst, którego nie wolno pominąć
Historia Chwalińskiej rezonuje szerzej niż przeciętny tenisowy sukces, bo jest opowieścią o powrocie z miejsca, z którego wielu sportowców już nie wraca. W ostatnich latach temat zdrowia psychicznego w sporcie wyczynowym przebił się do głównego nurtu za sprawą takich zawodniczek jak Naomi Osaka, która wycofała się z Roland Garros 2021 i otwarcie mówiła o presji medialnej, czy amerykańska gimnastyczka Simone Biles, rezygnująca z części startów na igrzyskach w Tokio. Wyznanie Chwalińskiej z 2021 roku wpisuje się w ten nurt, a jej obecny wynik pokazuje, że przyznanie się do choroby nie musi oznaczać końca marzeń o wielkiej karierze.
W polskim kontekście znaczenie tej historii jest tym większe, że rozmowa o depresji długo pozostawała tematem wstydliwym, a w środowisku sportowym wręcz tabu. Wizerunek zawodnika budowano wokół niezłomności i odporności na ból, a przyznanie się do kryzysu psychicznego groziło etykietą człowieka słabego. Otwartość, na jaką zdobyła się dwudziestoletnia wówczas tenisistka, miała w sobie coś z gestu pionierskiego. Jej dzisiejszy wynik dopisuje do tej opowieści zakończenie, którego trudno było się spodziewać, gdy ogłaszała przerwę w karierze. Dla wielu osób mierzących się z podobnymi problemami, niekoniecznie w sporcie, sam fakt, że można wrócić i osiągnąć więcej niż kiedykolwiek wcześniej, bywa ważniejszy od samego ćwierćfinału.
Należy przy tym zachować ostrożność, której często brakuje w euforii pierwszych dni. Jeden znakomity turniej nie czyni jeszcze gwiazdy światowego formatu, a tenisowa historia zna przypadki spektakularnych zrywów, po których przychodził powrót do szarej codzienności rankingu. Emma Raducanu wygrała US Open 2021, zaczynając od kwalifikacji, po czym przez lata nie potrafiła powtórzyć tamtego poziomu. Z drugiej strony Chwalińska nie jest już dwudziestolatką wchodzącą do świata zawodowego tenisa, lecz dojrzałą zawodniczką, która wie, jak smakuje zarówno sukces, jak i jego brak. Ta perspektywa może okazać się jej największym atutem, bo presję rosnących oczekiwań łatwiej znosi ktoś, kto przeszedł już przez znacznie cięższe próby.
Polski tenis kobiecy przeżywa najlepszy okres w historii. Iga Świątek przez lata przyzwyczaiła kibiców do wygrywania na najwyższym poziomie, a obok niej w czołowej setce gra grupa rodaczek, której pozazdrościłaby Polsce niejedna tenisowa potęga. Awans kolejnej zawodniczki do ćwierćfinału wielkoszlemowego turnieju to dowód, że nie jest to zasługa jednego nazwiska, lecz całego pokolenia i zaplecza szkoleniowego, które wypracowano przez ostatnie dwie dekady. W tym sensie paryska seria Chwalińskiej jest częścią większej opowieści o polskim sporcie kobiet, którą na tych łamach opisywaliśmy choćby przy okazji piłkarskiej kariery Ewy Pajor.
Niezależnie od tego, jak potoczy się środowy ćwierćfinał, zawodniczka z Dąbrowy Górniczej już zapisała sezon 2026 jako najlepszy w karierze. Reszta zależy w dużej mierze od tego, ile zostało jej sił po dwóch tygodniach, w których wygrała siedem meczów z rzędu, i czy organizm wytrzyma tempo, jakiego nigdy wcześniej nie utrzymywała na takim poziomie.
Literatura i źródła
- Maja Chwalińska — Wikipedia (wersja angielska) — artykuł encyklopedyczny z pełnym przebiegiem kariery i statystykami
- 2026 Oeiras Ladies Open – Singles — Wikipedia — artykuł encyklopedyczny o turnieju wygranym przez Chwalińską
- Maja Chwalińska w ćwierćfinale Rolanda Garrosa 2026. Wygrała z Diane Parry — Eurosport — relacja sportowa z meczu czwartej rundy
- Roland Garros. Maja Chwalińska w ćwierćfinale — rp.pl — artykuł sportowy z wypowiedziami zawodniczki po meczu
- Maja Chwalińska w 4. rundzie French Open. Życiowe osiągnięcie polskiej tenisistki — TVP Info — materiał informacyjny o sylwetce i zwycięstwie nad Sakkari
- Gigantyczny awans Chwalińskiej w rankingu — WP SportoweFakty — artykuł analityczny o skutkach rankingowych awansu do ćwierćfinału
- Rewolucja w polskim rankingu WTA. Chwalińska rozdziela „Wielką Trójkę" — Interia Sport — analiza pozycji Polek w klasyfikacji WTA
- Maja Chwalińska dwunastą Polką w Top 100 rankingu WTA — polski-tenis.pl — materiał branżowy o historycznym debiucie w czołowej setce
- Maja Chwalińska i jej alfabet. Kariera bohaterki Roland Garros — Weszło — obszerny artykuł biograficzny o przebiegu kariery
- Maja Chwalińska wreszcie jest, gdzie powinna — Weszło — artykuł analityczny o drodze zawodniczki i porównaniu ze Świątek
- Maja Chwalińska pokonała depresję. I znów bierze życie za rogi — Interia Sport — materiał o publicznym wyznaniu zawodniczki na temat choroby
- Maja Chwalińska — trzeba umieć wygrywać także z depresją — Polskie Radio Czwórka — audycja o powrocie zawodniczki na kort w 2021 roku
- Maja Chwalińska wraca na kort po walce z depresją — Dzień Dobry TVN — wywiad o powrocie do gry i do zdrowia
- Maja Chwalińska – Diane Parry. Relacja live z 1/8 finału Roland Garros — Super Sport — relacja na żywo z meczu i całej drogi przez turniej
- Chwalińska w ćwierćfinale Roland Garros — Meczyki.pl — relacja sportowa z przebiegu meczu z Parry
- Chwalińska – Parry. Wynik meczu — Polsat Sport — materiał informacyjny o przebiegu turnieju Polki
- Maja Chwalinska — profil zawodniczki, WTA — oficjalny profil rankingowy i statystyczny zawodniczki
- Maja Chwalińska podbija serca kibiców, a rywalki pokonuje inteligencją i sprytem — Tenis Magazyn — materiał o klubie, trenerach i początkach kariery zawodniczki
- Maja Chwalińska akcjonariuszem w Sports Advantage S.A. — polski-tenis.pl — materiał o inwestycji zawodniczki w infrastrukturę BKT Advantage Bielsko-Biała
- MundoTenis Open: Chwalinska wins the trophy — Tennis Majors — relacja o pierwszym tytule WTA 125 w karierze