Donald Trump łamie reguły politycznej komunikacji świadomie. Obraża i grozi, a spotkania dyplomatyczne traktuje jak materiał na wieczorne wydanie wiadomości. Czasem coś z tego wynika. Innym razem supermocarstwo zaczyna wyglądać jak prywatny folwark kogoś, kto pomylił rozgłos z powagą, a wymuszoną uległość ze skutecznością.
Na początku lipca 2026 roku prezydent Stanów Zjednoczonych znalazł czas na telefon do przewodniczącego FIFA Gianniego Infantino w sprawie kary dla amerykańskiego napastnika. W tym samym tygodniu, podczas szczytu NATO w Ankarze, polecił sekretarzowi skarbu wstrzymać całą wymianę handlową z Hiszpanią, ponownie zażądał kontroli nad Grenlandią, a pod wieczór zapewnił dziennikarzy, że w sali obrad panowała „miłość” i „mnóstwo jedności”. W ciągu kilkudziesięciu godzin ta sama osoba wystąpiła w trzech rolach: zwierzchnika mocarstwa, kibica odkręcającego czerwoną kartkę oraz urażonego uczestnika obrad, który raz grozi wyjściem, raz zapewnia o przyjaźni.
Miesiąc później, 14 sierpnia, przemawiając do absolwentów szkoły policyjnej na Long Island, zapowiedział ogłoszenie cieśniny Ormuz terytorium Stanów Zjednoczonych. Sposobu nie podał. Przez następne siedemdziesiąt dwie godziny zagroził zbombardowaniem Omanu, kazał skrócić manewry z Koreą Południową, bo drażnią Pjongjang, i zapowiedział spotkanie z Kim Dzong Unem.
Nasuwa się słowo „chaos”, ale za tym chaosem widać powtarzalny wzór. Chodzi o obecność w każdym konflikcie i o przekonanie odbiorców, że bez osobistej interwencji szefa państwa nic się nie ruszy.
Kłopot polega na tym, że strategia i błazenada wcale się nie wykluczają. Jedno zachowanie potrafi być naraz przemyślane, medialnie opłacalne i niegodne urzędu. Mobilizacja wyborców i rozmontowywanie instytucji potrafią iść w parze, podobnie jak krótkotrwała przewaga negocjacyjna i długotrwała utrata zaufania. Właśnie dlatego pytanie o to, czy Trump gra, czy błaznuje, jest źle postawione. Odpowiedź brzmi zwykle: jedno i drugie naraz.
Prezydent, który musi zajmować się wszystkim
Sprawa Folarina Baloguna wygląda błaho, a stanowi niezłe wprowadzenie do trumpowskiego modelu władzy. Amerykański napastnik dostał czerwoną kartkę w meczu 1/16 finału mistrzostw świata z Bośnią i Hercegowiną. Automatyczne zawieszenie oznaczało pauzę w kolejnym spotkaniu, z Belgią. Zanim jednak zapadła jakakolwiek decyzja odwoławcza, do szefa światowej federacji piłkarskiej zadzwonił Biały Dom.
Efekt przyszedł w niedzielę 5 lipca. Komisja Dyscyplinarna FIFA zawiesiła wykonanie kary na roczny okres próby, powołując się na artykuł 27 swojego regulaminu. Balogun zagrał. Stany Zjednoczone przegrały z Belgią 1:4 i pożegnały się z turniejem, który same współorganizowały. Wcześniej zdążyło jeszcze paść publiczne podziękowanie dla federacji za naprawienie „wielkiej niesprawiedliwości”.
UEFA wydała oświadczenie, w którym stwierdziła, że decyzja przekroczyła czerwoną linię. FIFA odpowiedziała na trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem trzynastopunktowym komunikatem: zawodnik zapłacił czterdzieści tysięcy dolarów grzywny, kara nie została anulowana, a Biały Dom nie miał na nic wpływu. Ostatni punkt tej obrony trudno pogodzić z tym, że sam Trump chwalił się skutkiem rozmowy.
Z perspektywy zwolenników gest był atrakcyjny. Oto przywódca, który broni swoich, nie przejmuje się konwenansami i potrafi zadzwonić do każdego. W tym właśnie punkcie rusza personalizacja państwa. Komunikat brzmi: każda sprawa musi trafić na jedno biurko, a sprawność instytucji jest tu bez znaczenia. Rośnie przy tym legenda, a nie procedura.
Mechanizm jest rozpoznawalny i ma swoją historyczną nazwę. W modelu folwarcznym pan interesuje się każdą sprawą, dzięki czemu każdy pomyślny wynik zapisuje się na jego konto, a każdy niepomyślny na konto cudzej opieszałości. Skala nie ma tu znaczenia. Cła, wojna, huragan, czerwona kartka i opłata drogowa na Manhattanie trafiają do tej samej rubryki.
Gabinet Owalny, 28 lutego 2025
Najbardziej spektakularne pomieszanie dyplomacji z widowiskiem miało miejsce podczas wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu. W programie były rozmowy o przebiegu wojny, o gwarancjach bezpieczeństwa i o umowie dającej Waszyngtonowi udział w przychodach z ukraińskich złóż.
Świat zobaczył publiczne połajanki. Wiceprezydent JD Vance zarzucił ukraińskiemu przywódcy brak szacunku i zapytał, czy ten choć raz powiedział „dziękuję”. Gospodarz podniósł głos, oświadczył, że Ukraina „nie ma kart”, i oskarżył gościa o granie życiem milionów ludzi oraz igranie z trzecią wojną światową. Ambasador Ukrainy zakryła twarz dłońmi. Sekretarz stanu Marco Rubio wyglądał na wyraźnie skrępowanego.
Kluczowe zdanie padło na koniec. Odprawiając dziennikarzy, gospodarz oznajmił, że będzie z tego świetna telewizja. Przejęzyczenia ani ironii dopatrzyć się tu nie sposób. Narada o wojnie została oceniona miarą oglądalności.
Zełenski wyjechał wcześniej, wspólną konferencję odwołano, umowy nie podpisano. Można bronić takiego przebiegu wydarzeń, wskazując, że Trump wywierał maksymalną presję na słabszego partnera, zależnego od amerykańskiego uzbrojenia i danych wywiadowczych. Publiczne pokazanie tej zależności miało zapewne zmusić Kijów do większej uległości.
Rachunek nie wyszedł. Umowę o powołaniu Amerykańsko-Ukraińskiego Funduszu Odbudowy podpisano dwa miesiące później, 30 kwietnia 2025 roku, na warunkach korzystniejszych dla Ukrainy niż te leżące na stole w lutym. Kijów zachował własność złóż i infrastruktury, a zarządzanie funduszem oparto na parytecie. Awantura przed kamerami nie przyspieszyła niczego i nie wytargowała niczego dodatkowego.
Jest w tym lekcja o granicach demonstracyjnej dominacji. Polityk upokorzony na wizji musi potem tłumaczyć się przed własnym elektoratem. Ustępstwo, które za zamkniętymi drzwiami dałoby się sprzedać jako kompromis, po transmitowanej awanturze wygląda już jak kapitulacja. Skuteczny negocjator zna różnicę między przewagą a upokorzeniem, bo upokorzony partner traci pole manewru, którego negocjator potrzebuje.
Osobno trzeba odnotować przesunięcie tematu rozmowy, bo mówi ono o priorytetach gospodarza więcej niż podniesiony głos. Zaczynało się od bezpieczeństwa Ukrainy, warunków pokoju i wiarygodności Rosji. Kończyło się na pytaniu, czy gość dostatecznie okazał wdzięczność. Zełenski zdążył zresztą podziękować już w pierwszym zdaniu spotkania, co utrwaliła oficjalna transkrypcja i co nie miało najmniejszego wpływu na dalszy przebieg rozmowy.
Grenlandia i Kanada: realny problem w oprawie farsy
Sam arktyczny apetyt Waszyngtonu ma racjonalne podstawy. Wyspa leży na podejściu do Ameryki Północnej od strony bieguna, ma znaczenie dla systemów wczesnego ostrzegania i dla rywalizacji z Rosją oraz Chinami. Amerykanie korzystają tam z bazy Pituffik na mocy porozumienia z Danią z lat pięćdziesiątych. Sama Grenlandia dysponuje przy tym złożami surowców krytycznych, na których Waszyngtonowi zależy tym bardziej, im mocniej chce ograniczyć zależność od Chin.
Racjonalna administracja rozmawiałaby o radarach, portach, wydobyciu i rozszerzeniu obecności wojskowej. Takie rozmowy zresztą trwają: w połowie stycznia 2026 roku szefowie dyplomacji Danii i Grenlandii spotkali się w Białym Domu z wiceprezydentem Vance’em i sekretarzem stanu Rubio, a powołana wtedy grupa robocza pracuje nad zwiększeniem amerykańskiej obecności na wyspie.
Trump mówi jednak o przejęciu terytorium należącego do sojusznika. Zapytany w styczniu 2025 roku wprost, odmówił wykluczenia użycia siły militarnej wobec Grenlandii i Kanału Panamskiego. W lipcu 2026 roku w Ankarze powtórzył, że wyspa powinna być kontrolowana przez Stany Zjednoczone, a nie przez Danię, twierdząc przy tym, że otaczają ją chińskie i rosyjskie statki. Premier Danii Mette Frederiksen odpowiedziała, że Grenlandia nie jest na sprzedaż, a jej mieszkańcy nie chcą być częścią Stanów Zjednoczonych. W tym samym duchu wypowiedział się Mute Bourup Egede, premier wyspy w latach 2021–2025, od kwietnia 2026 roku szef grenlandzkiej dyplomacji. Napisał krótko, że o przyszłości Grenlandii decydują Grenlandczycy.
Z Kanadą było podobnie. Na konferencji w Mar-a-Lago 7 stycznia 2025 roku Trump zapowiedział, że użyje wobec sąsiada „siły ekonomicznej”, żeby uczynić z niego pięćdziesiąty pierwszy stan. Granicę amerykańsko-kanadyjską nazwał sztucznie narysowaną linią, którą można usunąć. Kanadyjczycy przez wiele miesięcy traktowali to jako żart, aż Mark Carney wygrał wybory w dużej mierze na obietnicy twardej odpowiedzi Waszyngtonowi.
Zwolennicy Trumpa uznają takie wypowiedzi za otwarcie negocjacji z pozycji maksymalnej. Najpierw formułuje się żądanie nie do przyjęcia, potem uzyskuje część oczekiwanych ustępstw. Technika targowania jest stara jak handel.
Istnieje jednak różnica między zawyżeniem ceny nieruchomości a kwestionowaniem integralności terytorialnej sojuszników. W pierwszym wypadku ryzykuje się nieudaną transakcję. W drugim zmusza się zaprzyjaźnione państwa do rozważania, czy największy członek NATO nadal uznaje ich suwerenność. Emmanuel Macron musiał w Ankarze publicznie przypominać, że sojusz opiera się również na zasadzie, iż jego członkowie nawzajem się nie atakują.
Ta retoryka przestała być wyłącznie retoryką 3 stycznia 2026 roku, kiedy amerykańskie siły specjalne uderzyły na Caracas i wywiozły z kraju Nicolása Maduro, postawionego następnie przed sądem w Nowym Jorku. Niezależnie od oceny samego reżimu i od tego, że Wenezuela nie należy do NATO, europejskie stolice odczytały tę operację jako informację o gotowości administracji do sięgania po środki siłowe wobec suwerennych państw. Kaja Kallas wzywała wtedy do przestrzegania prawa międzynarodowego, a poparły ją wszystkie kraje Unii poza Węgrami.
Ormuz, czyli cieśnina do wzięcia
Sierpniowa zapowiedź z Long Island brzmi jak wariacja na temat Grenlandii, tyle że w warunkach wojny. Trump oświadczył, że gdy tylko Iran zostanie pokonany, cieśnina Ormuz zostanie ogłoszona terytorium Stanów Zjednoczonych. Tego samego dnia w rozmowie z Fox News obiecał zmasowany atak gospodarczy na Teheran, a sekretarz skarbu Scott Bessent zapowiadał izolację, jakiej świat jeszcze nie widział.
Za tą zapowiedzią stoi pół roku wojny. Pod koniec lutego 2026 roku Stany Zjednoczone i Izrael zaatakowały Iran, a Teheran odpowiedział zamknięciem cieśniny, przez którą przed wojną przechodziła mniej więcej jedna piąta światowej ropy i skroplonego gazu. Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej wyliczyła, że w drugim kwartale 2026 roku Ormuz przepuszczał średnio 4,9 miliona baryłek dziennie wobec 21,6 miliona w ostatnim kwartale 2025 roku. Ropa Brent kosztowała przed wojną sześćdziesiąt kilka dolarów, a na początku marca sięgnęła stu dwudziestu.
Najciekawsze jest to, że zapowiedź nie ma żadnej treści prawnej. W najwęższym miejscu cieśnina mierzy około dwudziestu jeden mil morskich, więc każdy tankowiec płynie przez wody terytorialne Iranu albo Omanu. Trzeciej możliwości nie ma. Konwencja o prawie morza objęła takie przejścia osobnym reżimem tranzytu: państwa nadbrzeżne nie mogą go ani utrudniać, ani zawieszać. Ani Waszyngton, ani Teheran konwencji nie ratyfikowały, lecz obie stolice od dekad spierają się wyłącznie o zakres prawa przepływu, nie o to, czy cieśninę można wziąć na własność. Wziąć jej nie można.
Ironia sięga głębiej, niż widać na pierwszy rzut oka. Od 1979 roku amerykańska marynarka prowadzi program swobody żeglugi, w ramach którego kwestionuje nadmierne roszczenia państw nadbrzeżnych, w tym irańskie i omańskie. Waszyngton przez blisko pół wieku bronił tezy, że nikt nie może objąć Ormuzu wyłączną kontrolą. Zdanie wypowiedziane na Long Island przeczy tej doktrynie u samych podstaw.
Zostaje pytanie, czym właściwie to zdanie było. Jeśli zapowiedzią polityki, oznaczałoby porzucenie stanowiska, na którym opiera się amerykańska obecność morska w Zatoce Perskiej. Jeśli figurą retoryczną dla sali pełnej świeżo zaprzysiężonych policjantów, mamy prezydenta, który aneksję międzynarodowego szlaku żeglugowego wrzuca jako przerywnik do przemówienia o spadku przestępczości.
Później doszła groźba pod adresem państwa, które w tej wojnie nie stanęło po żadnej stronie. W poniedziałek 17 sierpnia, w rozmowie telefonicznej z korespondentem Fox News Treyem Yingstem, padła zapowiedź zbombardowania Omanu, jeśli ten wejdzie Waszyngtonowi w drogę. Nagrania nie udostępniono, dziennikarz zrelacjonował słowa na antenie. Dopytywany o to samo w Gabinecie Owalnym, Trump stwierdził, że Omańczycy zachowali się niezbyt dobrze i że poradzono by sobie z nimi bez trudu.
Oman jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych i nigdy nie prowadził z nimi konfliktu zbrojnego. Przez jego wody terytorialne przebiega południowa część cieśniny, więc bez Maskatu żadne rozwiązanie sporu o żeglugę nie jest wykonalne. Sułtanat od miesięcy negocjuje z Teheranem mechanizm zarządzania szlakiem i w sobotę irańskie MSZ ogłosiło, że porozumienie jest gotowe. Właśnie za te rozmowy padła groźba.
Sęk w tym, że Waszyngton wcześniej sam się na nie zgodził. Podpisany przez prezydenta dokument przewidywał, że Maskat będzie prowadził dialog z Teheranem w sprawie przyszłej administracji cieśniny i obsługi morskiej. Groźba dotyczy więc czynności, na którą amerykański prezydent przystał na piśmie. Marc Sievers, były ambasador Stanów Zjednoczonych w Omanie, powiedział CNN, że nie potrafi wskazać przyczyny gróźb, i dodał, że trudno mu sobie wyobrazić dowódcę CENTCOM planującego naloty na Oman. Senator Tim Kaine zapowiedział wniesienie rezolucji zakazującej użycia siły wobec sułtanatu.
Poniedziałek był zresztą dniem, w którym wygasło sześćdziesięciodniowe memorandum uzgodnione z Iranem w czerwcu. Rozmów pokojowych nie doprowadzono do niczego, a przez cieśninę przepłynęło w ten weekend trzynaście statków, w tym trzy w niedzielę. Na tym tle zapowiedź aneksji brzmi mniej jak strategia, a bardziej jak zasłona przed pytaniem, dlaczego pół roku wojny nie otworzyło szlaku.
NATO: przypadek, w którym presja zadziałała
Najpoważniejszy argument obrońców Trumpa dotyczy Sojuszu. Amerykański prezydent od lat brutalnie krytykował Europejczyków za zbyt niskie wydatki obronne i groził, że Stany Zjednoczone nie będą bezwarunkowo chronić państw uchylających się od zobowiązań. Język był agresywny. Problem istniał naprawdę.
Na szczycie w Hadze w czerwcu 2025 roku państwa NATO przyjęły nowy cel: pięć procent PKB rocznie do 2035 roku, z czego co najmniej trzy i pół procent na podstawowe zdolności wojskowe, a do półtora procent na infrastrukturę krytyczną, cyberbezpieczeństwo, odporność cywilną i przemysł zbrojeniowy. Postępy mają być zweryfikowane w 2029 roku. Sekretarz generalny Mark Rutte nazwał to skokiem transformacyjnym.
Presja Trumpa była jednym z głównych czynników tej zmiany, choć nie jedynym. Rosyjska inwazja na Ukrainę i ogólny wzrost zagrożenia w Europie robiły swoje niezależnie od Waszyngtonu. Sam Rutte szacuje dodatkowe nakłady europejskich sojuszników i Kanady od 2017 roku na około 1,2 biliona dolarów i w czerwcu 2026 roku reklamował je w Waszyngtonie jako „trumpowski bilion”.
Trudno zaprzeczyć, że brutalny styl przyniósł tu rezultat. Europejczycy przez lata przyzwyczajali się do amerykańskiej osłony, wydając na własne bezpieczeństwo mniej, niż sami wcześniej deklarowali. Waszyngton uczynił z tego problem polityczny, którego nie dało się dłużej odkładać.
Cena była jednak realna. Hiszpania jako jedyna wynegocjowała w Hadze wyłączenie z celu pięciu procent, argumentując, że wypełni zobowiązania zdolnościowe przy wydatkach rzędu 2,1 procent PKB. Rok później, 8 lipca 2026 roku, Trump nazwał ją „okropnym partnerem w NATO” i na oczach kamer polecił sekretarzowi skarbu Scottowi Bessentowi wstrzymać z nią wszelki handel. Madryt przyjął groźbę spokojnie, przypominając, że umowy handlowe zawiera się z całą Unią Europejską, a Stany Zjednoczone mają z Hiszpanią nadwyżkę handlową. Hiszpańska minister zdrowia Mónica García napisała, że mylenie dyplomacji z bandytyzmem jest przerażające.
Kilka godzin później prezydent oświadczył, że spotkanie było wspaniałe, a w sali panowała miłość i jedność.
Strategia nieprzewidywalności bywa użyteczna wobec przeciwnika. Wobec sojuszników działa inaczej, bo sojusz wojskowy opiera się na tym, że przeciwnik wierzy w automatyzm wspólnej reakcji. Kiedy każde spotkanie otwiera pytanie, czy Waszyngton tym razem potwierdzi zobowiązania, czy zagrozi wycofaniem wojsk, odstraszanie traci wiarygodność. Stawką jest tu rachunek prowadzony na Kremlu, a nie samopoczucie europejskich premierów.
Trump może zatem słusznie przypisywać sobie część zasług za wzrost europejskich wydatków. Rachunek jest jednak dwustronny: te same metody, które wymusiły podwyżki budżetów, podnoszą jednocześnie koszt utrzymania spójności Sojuszu, a tego drugiego wyniku nikt na szczycie nie ogłasza.
Manewry, których sojusznik nie zdążył odwołać
Niedziela 16 sierpnia, wpis na Truth Social. Trump poleca sekretarzowi wojny Pete’owi Hegsethowi istotnie ograniczyć doroczne manewry z Koreą Południową, bo są kosztowne i wysyłają Pjongjangowi sygnał całkowicie nieodpowiedni i wrogi. Dodaje, że anulować ich się już nie da, bo jest za późno. W tym samym wpisie przywołuje dwa argumenty: własną dobrą relację z Kim Dzong Unem oraz to, że poprosił prezydenta Korei Południowej o przyłączenie się do wojny z Iranem i usłyszał odmowę.
Ulchi Freedom Shield ruszyło nazajutrz i miało potrwać do 27 sierpnia. Po interwencji z Waszyngtonu zakończy się 21, część zdarzeń poligonowych odwołano, część zamieniono na symulacje komputerowe. Ze strony południowokoreańskiej w manewrach miało wziąć udział co najmniej osiemnaście tysięcy żołnierzy.
Najwięcej mówi jednak sposób przekazania decyzji. W środę minister spraw zagranicznych Cho Hyun zeznał przed komisją parlamentarną, że ani rząd w Seulu, ani urzędnicy po stronie amerykańskiej nie mieli pojęcia o zamiarach prezydenta, zanim ten opublikował wpis. Sojusznik, na którego terytorium stacjonuje około dwudziestu ośmiu tysięcy amerykańskich żołnierzy, dowiedział się o zmianie wspólnych ćwiczeń z mediów społecznościowych.
Tegoroczna edycja miała przy tym zadanie szczególne. Podczas manewrów sprawdza się zdolności potrzebne do przekazania Seulowi dowodzenia operacyjnego na czas wojny, a pomyślna ocena otwierała drogę do rozmów o harmonogramie tej zmiany. Amerykańska strategia obronna z 2026 roku zakłada, że to Korea Południowa ma wziąć na siebie główny ciężar odstraszania Pjongjangu. Trudno przenosić odpowiedzialność na sojusznika i jednocześnie skracać ćwiczenia, które mają tę odpowiedzialność potwierdzić.
Pjongjang gestu nie odwzajemnił. Państwowa agencja KCNA opublikowała w środę komentarz nazywający manewry gorączkowymi przygotowaniami pchającymi półwysep ku progowi wojny. Tokio uznało tego samego dnia za konieczne przypomnieć, że współpraca wojskowa z Waszyngtonem i Seulem pozostaje dla regionu krytyczna.
W środę Trump zapowiedział spotkanie z Kimem jeszcze w tym roku i dodał, że dobra relacja z przywódcą Korei Północnej jest zaletą, a nie wadą. Podał przy okazji, że Pjongjang dysponuje pięćdziesięcioma siedmioma głowicami, co jest liczbą zbieżną z wcześniejszymi ocenami amerykańskimi, choć Stany Zjednoczone oficjalnie nie uznają Pjongjangu za państwo nuklearne. „Wall Street Journal" pisał o możliwym spotkaniu przy okazji listopadowego szczytu w Shenzhen.
Osobista dyplomacja z Kimem sama w sobie nie jest błędem. Trzy spotkania z pierwszej kadencji nie przyniosły denuklearyzacji, ale rozmowa z reżimem posiadającym broń jądrową ma sens niezależnie od sympatii. Rzecz w kolejności. Ustępstwo przyszło przed rozmową, dotknęło sojusznika, a nie przeciwnika, i zostało ogłoszone bez uprzedzenia tego, kogo dotyczyło najbardziej. Odstraszanie działa dzięki przewidywalności, a Seul dostał właśnie lekcję, że wspólny kalendarz wojskowy zależy od nastroju jednego człowieka i od tego, czy poprzedniego miesiąca odmówił mu przysługi.
„Trump Gaza”: złoty pomnik na gruzach
W nocy z 25 na 26 lutego 2025 roku na Truth Social pojawił się wygenerowany przez sztuczną inteligencję klip o przyszłości Strefy Gazy. Około półminutowy materiał zaczyna się od dzieci idących wśród gruzów i pytania „co dalej”, po czym przechodzi w wizję nadmorskiego kurortu. Pojawiają się wieżowce, hotel z napisem „Trump Gaza”, tancerki, Elon Musk pod deszczem dolarów i kilkumetrowy złoty posąg prezydenta na środku ulicy. Na końcu Trump i Benjamin Netanjahu sączą drinki na plaży, a podkład muzyczny obiecuje, że Donald przychodzi wyzwolić mieszkańców.
Palestyńczycy pojawiają się wyłącznie w pierwszych sekundach, przed zapowiadanym wcześniej przesiedleniem. Film opublikowano trzy tygodnie po tym, jak Trump zaproponował przejęcie kontroli nad Gazą przez Stany Zjednoczone i wysiedlenie z niej około dwóch milionów ludzi.
Skomplikowanej strategii negocjacyjnej nikt w tym materiale nie znalazł. Materiał nie wyjaśniał, kto miałby odbudować Gazę, gdzie mieliby zamieszkać jej mieszkańcy, kto zagwarantowałby bezpieczeństwo ani jaki status prawny miałoby terytorium. Nie przekonywał żadnej ze stron konfliktu i nie tworzył podstaw do rozmów. Zamieniał politykę zagraniczną w reklamę przedsięwzięcia deweloperskiego.
Najbardziej wymowny pozostaje złoty posąg. W centrum wizji odbudowy stanął wizerunek autora pomysłu, a nie mieszkańcy czy perspektywa pojednania. Nawet przy jednym z najtragiczniejszych konfliktów współczesnego świata przekaz wracał do tego samego punktu.
Autor klipu twierdził później, że tworzył satyrę i nie miał pojęcia, w jaki sposób nagranie trafi do Białego Domu. Film pozostał przypięty na koncie Trumpa, a materiał wrócił do obiegu jeszcze w październiku 2025 roku, przy okazji zawartego wówczas porozumienia o zakończeniu walk.
Papież, król i Rada Pokoju
2 maja 2025 roku, jedenaście dni po śmierci Franciszka i pięć dni przed konklawe, Trump opublikował wygenerowany przez sztuczną inteligencję wizerunek samego siebie w papieskich szatach. Nazajutrz obraz udostępniło oficjalne konto Białego Domu na platformie X. Nowojorska Konferencja Katolicka odpowiedziała krótko: w tym obrazie nie ma nic sprytnego ani zabawnego, prosimy z nas nie kpić. Kardynał Timothy Dolan, arcybiskup Nowego Jorku i człowiek Trumpowi życzliwy, powiedział, że to nie było dobre. Biskup John Paprocki zażądał przeprosin.
Reakcje spoza Ameryki brzmiały mniej dyplomatycznie. Kardynał Anders Arborelius, biskup Sztokholmu, powiedział „Washington Post”, że Biały Dom i prezydent po prostu się ośmieszają. Filipiński kardynał Pablo Virgilio David skwitował rzecz uwagą, że nic w tym śmiesznego nie ma. Rzymska „La Repubblica” pisała o megalomanii o cechach patologicznych, a były premier Włoch Matteo Renzi uznał obraz za wstyd i za dowód, że przywódcy światowej prawicy odpowiada rola błazna. Autor obrazka skwitował całą sprawę jednym zdaniem o żarcie.
Trzy miesiące wcześniej, 19 lutego, po decyzji Departamentu Transportu wypowiadającej porozumienie o opłatach za wjazd do centrum Manhattanu, Trump napisał: „opłaty za zatłoczenie są martwe, Manhattan i cały Nowy Jork są uratowane, niech żyje król”. Oficjalne konta Białego Domu na X, Facebooku i Instagramie zacytowały te słowa, dołączając wygenerowaną przez sztuczną inteligencję okładkę magazynu z prezydentem w wysadzanej klejnotami koronie. Gubernator Kathy Hochul odpowiedziała, że Nowy Jork nie ma króla od dwustu pięćdziesięciu lat i nie zamierza zaczynać. W marcu 2026 roku sędzia Lewis Liman orzekł, że lutowa próba zerwania porozumienia była bezprawna.
Każdy z tych obrazków można zbyć jako żart. Problem tkwi gdzie indziej, w miejscu publikacji. Biały Dom nie jest prywatnym profilem celebryty, a jego oficjalne kanały reprezentują urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Kiedy instytucja republiki przedstawia swojego przywódcę w koronie, żart działa na dwóch poziomach naraz. Dla jednych jest prowokacją wobec przesadnie poważnych elit. Dla innych sygnałem, że podporządkowanie państwa jednej osobie bywa już nie tylko akceptowane, ale wręcz celebrowane.
Ironia pełni tu funkcję zabezpieczenia. Gdy przekaz spotyka się z entuzjazmem, można potraktować go poważnie. Gdy wywołuje krytykę, można odpowiedzieć, że to był tylko dowcip. Granica między żartem a deklaracją zostaje rozmyta celowo.
Rok później żart zaczął przybierać formy instytucjonalne. 22 stycznia 2026 roku w Davos Trump podpisał akt założycielski Rady Pokoju, ciała pomyślanego pierwotnie jako nadzór nad odbudową Gazy, a następnie rozszerzonego o rozwiązywanie konfliktów na całym świecie. Prezydent objął w niej bezterminowe przewodnictwo. Zaproszenia trafiły do kilkudziesięciu przywódców, w tym do Władimira Putina i Alaksandra Łukaszenki. Państwa członkowskie mają zasiadać w Radzie przez trzy lata, po czym za stałe miejsce zapłacą miliard dolarów. Publicznie padła przy tym sugestia, że Rada „być może” zastąpi Organizację Narodów Zjednoczonych.
Odmowy przyszły z Londynu, Sztokholmu, Oslo i Lublany, Francja odłożyła decyzję, a Włochy wskazały na problemy konstytucyjne. Zełenski powiedział, że trudno mu wyobrazić sobie zasiadanie w jednej radzie z Rosją. Zapytany o postawę Macrona, Trump zagroził dwustuprocentowym cłem na francuskie wina. Zaproszenie dla Kanady zostało po prostu cofnięte.
Grudniowy szczyt G20 odbędzie się w Trump National Doral pod Miami, w ośrodku należącym do rodzinnej firmy prezydenta. Biały Dom zapewnia, że rozliczenie nastąpi po kosztach. Departament Stanu do dziś nie przedstawił żadnej oferty konkurencyjnego miasta.
Sala balowa, łuk i nazwisko na fasadzie
Ta sama logika zostawia ślady w betonie. Latem 2025 roku Biały Dom ogłosił budowę sali balowej na tysiąc osób, finansowanej z prywatnych darowizn. Kosztorys zaczynał się od dwustu milionów dolarów i urósł do trzystu. W październiku ekipy rozbiórkowe zrównały z ziemią całe Wschodnie Skrzydło, wzniesione za Theodore’a Roosevelta i mieszczące biura pierwszej damy.
Formalności układały się nierówno. National Trust for Historic Preservation zarzucił administracji brak wymaganych zgód, lecz w lutym 2026 roku sędzia Richard Leon odmówił wstrzymania budowy. Wcześniej, 28 października 2025 roku, odwołano ze skutkiem natychmiastowym sześciu członków Komisji Sztuk Pięknych, czyli niezależnej agencji, która miała projekt zaopiniować. Według ABC News urzędnicy mówią o sali balowej imienia prezydenta Donalda J. Trumpa.
Drugi projekt to łuk triumfalny na Columbia Island, między Pomnikiem Lincolna a Cmentarzem Arlington: siedemdziesiąt sześć metrów wysokości, orły, złocona postać z pochodnią, inskrypcje o wolności i sprawiedliwości dla wszystkich. Ma uczcić dwustupięćdziesięciolecie niepodległości. Komisja Sztuk Pięknych, już w nowym składzie, zatwierdziła projekt w maju 2026 roku mimo protestów stowarzyszeń weteranów. W październiku 2025 roku, po prezentacji trzech modeli różnej wielkości, dziennikarze zapytali, dla kogo ten łuk powstanie. Padła krótka odpowiedź: dla mnie.
Najlepiej temat domyka trzeci wątek. W grudniu 2025 roku zarząd Centrum Kennedy’ego, obsadzony przez prezydenta i przez niego kierowany, przegłosował dopisanie nazwiska Trumpa do nazwy instytucji. Kongresmenka Joyce Beatty, zasiadająca w zarządzie z urzędu, próbowała zaprotestować, lecz wyciszono jej połączenie. Nazwisko pojawiło się na fasadzie następnego dnia.
Beatty poszła do sądu. 29 maja 2026 roku sędzia Christopher Cooper orzekł, że nazwę Centrum nadał Kongres i tylko Kongres może ją zmienić. Nakazał usunięcie liter z fasady w ciągu dwóch tygodni, przywrócił kongresmence prawo głosu i wstrzymał plan dwuletniego zamknięcia gmachu. W czerwcu przy budynku stanęły rusztowania.
13 sierpnia 2026 roku zarząd przegłosował ponowne umieszczenie nazwiska na fasadzie i podtrzymał zamiar zamknięcia głównej sceny. Prawnicy Beatty napisali, że sąd już raz rozstrzygnął tę sprawę i że władze Centrum staną przed nim ponownie. Rusztowania przy fasadzie nadal stoją, tyle że teraz z odwrotnego powodu.
Reporterka, która się nie uśmiecha
3 czerwca 2026 roku w Gabinecie Owalnym padło pytanie o zlikwidowany właśnie fundusz odszkodowawczy dla osób uznających się za ofiary politycznie motywowanych śledztw, program wart 1,8 miliarda dolarów, wycofany po krytyce z obu stron sceny. Zamiast odpowiedzi padła ocena autorki pytania. Trump nazwał CNN organizacją skorumpowaną, po czym przeszedł do Kaitlan Collins: młoda, piękna kobieta, która nigdy się nie uśmiecha, stoi tam z nienawiścią w oczach.
Cztery miesiące wcześniej ta sama korespondentka pytała o ofiary Jeffreya Epsteina i o to, co prezydent powiedziałby tym, które nie doczekały się sprawiedliwości. Usłyszała, że jest najgorszą reporterką, że CNN nie ma oglądalności przez takich ludzi jak ona i że przez dziesięć lat znajomości nie widział uśmiechu na jej twarzy.
Wzorzec jest czytelny i nie ma wiele wspólnego z niegrzecznością. Pytanie merytoryczne zostaje zastąpione oceną wyglądu i usposobienia pytającej, przy czym oba razy chodziło o sprawy niewygodne: publiczne pieniądze dla osób bliskich politycznie prezydentowi oraz ofiary przestępstw seksualnych. Odpowiedź o uśmiechu nie jest odpowiedzią. Jest komunikatem dla całej sali, że pytanie może zostać potraktowane jak zaczepka osobista, a wtedy koszt jego zadania spada na dziennikarza.
Skalę pokazała doroczna kolacja korespondentów Białego Domu. Wystąpienie trwało godzinę i uderzało w Collins tak mocno, że CNN wydało oświadczenie w obronie swoich reporterów, kiedy prezydent stał jeszcze na scenie. Collins odebrała tego wieczoru nagrodę stowarzyszenia korespondentów. Pytana potem przez Jona Stewarta, powiedziała, że sam atak jej nie zaskoczył, bo w Gabinecie Owalnym zdarza się to regularnie. Zaskoczyło ją co innego: sala pełna współpracowników prezydenta, członków gabinetu i republikańskich kongresmenów siedziała w zupełnej ciszy.
Ta cisza jest w całej historii najważniejsza. Obrażanie dziennikarzy przez polityków nie jest zjawiskiem nowym ani wyłącznie amerykańskim. Nowe jest to, że nikt z obecnych nie uznał za stosowne zareagować.
Środek dezynfekujący, czyli myślenie na głos przy mikrofonie
23 kwietnia 2020 roku, podczas konferencji zespołu do spraw pandemii COVID-19, William Bryan z Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego przedstawił wyniki badań nad przeżywalnością koronawirusa na powierzchniach nieporowatych w zależności od temperatury, wilgotności i światła słonecznego. Mowa była o powierzchniach i aerozolach.
Wtedy zaczęła się improwizacja. Trump zapytał, czy da się wprowadzić silne światło do wnętrza ciała, po czym rozwinął myśl: skoro środek dezynfekujący zabija wirusa w minutę, warto sprawdzić, czy nie dałoby się zrobić czegoś podobnego przez wstrzyknięcie do środka albo niemal oczyszczenie płuc.
Lekarze ostrzegali natychmiast. Producent Lysolu wydał komunikat, że w żadnych okolicznościach nie wolno stosować jego produktów wewnętrznie. Nowojorskie centrum toksykologiczne odnotowało w ciągu osiemnastu godzin po konferencji trzydzieści zgłoszeń kontaktu ze środkami czyszczącymi wobec trzynastu w analogicznym okresie rok wcześniej, a władze Maryland rozesłały alert po setkach telefonów. Uczciwość każe dodać, że według danych CDC liczba takich zgłoszeń rosła w całym kraju już od marca, więc słowa z konferencji nałożyły się na trend, którego same nie stworzyły.
Epizod jest ważny nie z powodu językowej gafy. Przejęzyczyć się może każdy. Problem tkwił w sposobie myślenia, który ujawnił się przy mikrofonie. Padła informacja o działaniu substancji na powierzchni, a chwilę potem propozycja zastosowania jej w organizmie człowieka. Hipoteza nie trafiła wcześniej ani na zamkniętą naradę, ani do laboratorium. Prezydent rozważał to na głos przed milionami widzów, w trakcie kryzysu zdrowotnego, stojąc przy pulpicie z godłem Białego Domu.
W telewizyjnym reality show taka spontaniczność buduje wizerunek człowieka nieskrępowanego przez ekspertów. Od prezydenta podczas epidemii oczekuje się filtrowania informacji i świadomości, że jego słowa wpływają na zachowania obywateli.
Tłumaczenie sarkazmem również niewiele poprawia. Obie możliwe wersje wypadają źle: albo padł żart o wstrzykiwaniu chemikaliów na konferencji poświęconej śmiertelnej chorobie, albo mówca wycofał się z własnych słów, gdy okazały się kłopotliwe. Redakcja FactCheck.org, przeglądając zapis, odnotowała, że śladów żartu w nim nie widać, zostawiając ostateczną ocenę czytelnikom.
Sharpiegate: gdy prognozę dopasowuje się do prezydenta
1 września 2019 roku Trump napisał, że huragan Dorian uderzy między innymi w Alabamę. Kilkanaście minut potem, choć źródła różnią się co do dokładnego odstępu, placówka National Weather Service w Birmingham uspokoiła mieszkańców: stan nie odczuje skutków żywiołu. Meteorolodzy nie wiedzieli o prezydenckim wpisie i odpowiadali na telefony zaniepokojonych ludzi. Prognoza, na której oparł się Trump, była nieaktualna.
Zamiast przyznać się do nieścisłości, gospodarz Białego Domu przez kolejne dni dowodził swojej racji. 4 września pokazał dziennikarzom w Gabinecie Owalnym oficjalną mapę prognozowanej trasy huraganu, na której czarnym markerem dorysowano fragment stożka obejmujący część Alabamy. Zdjęcie obiegło świat i dało całej sprawie nazwę.
Poważny wymiar ujawnił się dwa dni później, kiedy w obronę prezydenckiej wypowiedzi wciągnięto instytucje państwowe. NOAA opublikowała nieopatrzone podpisem oświadczenie podważające komunikat własnych meteorologów. Inspektor generalny Departamentu Handlu Peggy Gustafson stwierdziła w raporcie z lipca 2020 roku, że zamiast skupić się na trafnej prognozie, resort bez potrzeby zganił synoptyków za wykonywanie ich pracy, i że postępowanie to mogło podważyć zaufanie do ostrzeżeń pogodowych. Osobna analiza National Academy of Public Administration wskazała naruszenia zasad etyki naukowej. Dorian uderzył w Karolinę Północną, oddaloną od Alabamy o blisko tysiąc kilometrów.
Pierwotny błąd był banalny. Padła nazwa niewłaściwego stanu w trakcie dynamicznie zmieniającej się sytuacji pogodowej. Wystarczyłoby jedno zdanie o zaktualizowanej prognozie.
Gospodarz Białego Domu nie potrafił jednak pozwolić, by fakty skorygowały jego wypowiedź. Zamiast dostosować komunikat do prognozy, próbował dostosować prognozę do komunikatu. Kierownictwo resortu przekazywało wtedy do NOAA polecenia nocnymi wiadomościami, a jeden z urzędników skasował swoją korespondencję wbrew przepisom o archiwizacji dokumentów. Ówczesny szef agencji przyznał śledczym, że czuł, jakby stanowiska jego ludzi wisiały na włosku.
Gdy określenie „błazenada” staje się zbyt łagodne
Farsa jest kategorią zbyt wąską dla części działań tej administracji. Od pewnego momentu język błazenady wręcz pomniejsza wagę wydarzeń.
Po wyborach w 2020 roku Trump rozpowszechniał nieprawdziwe twierdzenia o masowych fałszerstwach, naciskał na urzędników stanowych, próbował powstrzymać zatwierdzenie wyniku i wspierał plan wykorzystania alternatywnych elektorów. Raport specjalnego prokuratora Jacka Smitha, opublikowany 14 stycznia 2025 roku, kończy się zdaniem, że gdyby nie wybór Trumpa i jego rychły powrót do Białego Domu, zgromadzony materiał dowodowy wystarczyłby do skazania. Postępowanie umorzono w listopadzie 2024 roku, zgodnie z wieloletnią wykładnią Departamentu Sprawiedliwości, że urzędującego prezydenta nie można ścigać karnie.
Pierwszego dnia drugiej kadencji, 20 stycznia 2025 roku, Trump ułaskawił około 1500 osób oskarżonych lub skazanych w związku ze szturmem na Kapitol z 6 stycznia 2021 roku. Czternastu działaczom Oath Keepers i Proud Boys, oskarżonym lub skazanym w wątku spisku wywrotowego, złagodził kary do już odbytych. Enrique Tarrio, odsiadujący dwadzieścia dwa lata, dostał pełne ułaskawienie i wyszedł z więzienia jeszcze tej samej nocy. Prokurator generalny otrzymał polecenie umorzenia pozostałych spraw. Wśród objętych aktem łaski znaleźli się ludzie skazani za napaść na policjantów broniących Kapitolu.
Tego nie da się sprowadzić do braku dobrych manier. Nie chodzi o polityka, który zachował się nieelegancko albo opublikował infantylny obrazek, tylko o konstytucyjne prawo łaski zastosowane wobec ludzi skazanych za przemoc popełnioną w interesie politycznym samego ułaskawiającego.
Różnica jest praktyczna, nie estetyczna. Błazen kompromituje przede wszystkim samego siebie, a taki akt łaski zmienia rachunek ryzyka dla każdego, kto rozważałby podobną przemoc w przyszłości. Nancy Pelosi nazwała tę decyzję zniewagą wobec wymiaru sprawiedliwości, były policjant Kapitolu Harry Dunn mówił o czarnym dniu w historii kraju.
Dlaczego ten styl działa
Najłatwiej byłoby uznać Trumpa za człowieka, który po prostu nie potrafi się zachować. Byłoby to wygodne i prawdopodobnie błędne.
Jego język daje się zmierzyć. Analiza wielkiego zbioru wypowiedzi amerykańskich polityków, opublikowana w 2023 roku w „Scientific Reports” przez zespół Jonathana Külza i Roberta Westa, pokazała, że częstość negatywnie nacechowanych słów spadała przez całą prezydenturę Baracka Obamy, a następnie gwałtownie wzrosła wraz z prawyborami 2016 roku i już nie wróciła do wcześniejszego poziomu. Skok wyniósł 1,6 odchylenia standardowego sprzed kampanii. Po usunięciu z próby cytatów samego Trumpa efekt zmalał o czterdzieści procent, co oznacza, że przyczynił się do niego w stopniu nieproporcjonalnym, choć nie wyłącznym.
Prowokacja pracuje na kilku poziomach naraz. Zapewnia stałą obecność w mediach, przesuwa granice tego, co uchodzi za dopuszczalne, i wymusza na przeciwnikach reagowanie na cudzy temat zamiast narzucania własnego. Najważniejszy jest jednak efekt uproszczenia: każdy konflikt zostaje sprowadzony do starcia osobowości. Złożone pytanie o architekturę finansowania NATO zamienia się w opowieść o jednym człowieku, który zmusił skąpych Europejczyków do płacenia. Podobnie dzieje się z wojną w Ukrainie, z bezpieczeństwem Arktyki i z prawem morza w Zatoce Perskiej, tyle że w tych wypadkach uproszczenie kosztuje więcej.
Media krytykują absurdalną wypowiedź, pokazując przy okazji przez wiele dni twarz jej autora. Polityczni przeciwnicy oburzają się na kolejne naruszenie norm, oddając mu tym samym wybór tematu debaty. Zwolennicy widzą człowieka, który drażni elity i nie przeprasza za własny język. Mechanizm opisany w naszym tekście o erze post-prawdy działa tu w podręcznikowej postaci: o sile przekazu decyduje jego zdolność do organizowania emocji, nie zaś weryfikowalność.
Prowokacja jest więc częścią strategii, co niczego nie zmienia w jej ocenie. Skuteczność narzędzia i jego stosowność to dwie osobne kategorie, mylone w tej debacie regularnie przez obie strony sporu.
Gdzie przebiega granica
Granica nie leży między zachowaniem konwencjonalnym a niekonwencjonalnym. Amerykański przywódca nie musi mówić językiem dyplomatów ani unikać każdego żartu, a łamanie konwenansu bywa potrzebne, żeby przerwać bezproduktywny rytuał.
Przekroczenie następuje wtedy, gdy spektakl wypiera rezultat. Widać to najlepiej po tym, co zostaje po opadnięciu kurzu. Po sierpniowej ofensywie retorycznej wokół Ormuzu został zagrożony bombardowaniem sojusznik, skrócone manewry z innym sojusznikiem i cieśnina nadal zamknięta. Po lutowej awanturze w Gabinecie Owalnym została umowa podpisana osiem tygodni potem, na warunkach gorszych dla strony amerykańskiej. Arktyczna ofensywa retoryczna przyniosła urażone stolice sojuszników oraz grupę roboczą, która i tak pracowałaby nad tymi samymi radarami. Konferencji o pandemii towarzyszyła fala telefonów do ośrodków zatruć.
Druga granica biegnie tam, gdzie osobista duma zaczyna sterować pracą urzędniczego aparatu. Historia z prognozą huraganu jest tu czystym przypadkiem laboratoryjnym, bo pokazuje cały łańcuch: od nieaktualnego wpisu, przez nocne telefony do agencji, po skasowaną korespondencję urzędnika. Ten sam mechanizm działa, gdy od sojusznika oczekuje się publicznego hołdu zamiast konkretnych ustępstw.
Najpoważniejsze przekroczenie dokonuje się wtedy, gdy lojalność wobec przywódcy okazuje się ważniejsza od lojalności wobec prawa. Sprawa Centrum Kennedy’ego wygląda przy ułaskawieniach z 6 stycznia jak drobiazg, a pokazuje ten mechanizm w czystej postaci. Sąd federalny wskazał, komu ustawa oddaje prawo do zmiany nazwy tej instytucji. Zarząd zdjął litery, odczekał kwartał i zagłosował za ponownym ich zamontowaniem. Trudno o czytelniejszą deklarację, czyje zdanie w tej instytucji waży więcej.
Czy takie zachowanie przystoi prezydentowi
Wszystko zależy od tego, jaką funkcję przypisujemy temu urzędowi.
Jeżeli prezydent ma być przede wszystkim wojownikiem własnego obozu, celebrytą skupiającym uwagę i negocjatorem gotowym podnosić stawkę bez względu na obyczaj, Trump spełnia tę rolę znakomicie. Potrafi narzucić temat, zmusić innych do reakcji i wytworzyć wrażenie nieustannego ruchu. W sprawie wydatków NATO jego presja przyczyniła się do osiągnięcia celu, którego dwadzieścia lat dyplomatycznych apeli nie osiągnęło.
Powiernik instytucji większej od siebie musiałby jednak zachowywać się inaczej i pod tym kryterium ocena wypada surowo. Chodzi przy tym o coś poważniejszego niż niegrzeczność, która bywa użyteczna, i niż żarty, do których każdy polityk ma pełne prawo. Problemem jest gubienie granicy: między państwem a osobistą marką, między wiedzą ekspercką a własnym skojarzeniem, wreszcie między politycznym zwycięstwem a publicznym upokorzeniem przeciwnika. Grudniowy szczyt G20 w Doral, Rada Pokoju z jednoosobowym i bezterminowym przewodnictwem oraz nazwisko wracające na fasadę wbrew wyrokowi pokazują, jak daleko to gubienie granicy potrafi zajść w ciągu jednej kadencji.
Najtrafniejsze pytanie nie brzmi więc, czy Trump wie, co robi. Bardzo często wie. Rozumie wartość prowokacji, dominacji i medialnego widowiska lepiej niż większość zawodowych polityków.
Właściwe pytanie dotyczy celu. Jeżeli na pierwszym miejscu stoi bezpieczeństwo i interes Stanów Zjednoczonych, niekonwencjonalny styl daje się obronić jako narzędzie. Gdy pierwszeństwo mają oklaski, wdzięczność sojusznika albo ostatnie słowo w sporze, narzędzie obraca się przeciwko właścicielowi.
Amerykanie oceniają ten bilans po swojemu. W sondażu Reuters/Ipsos przeprowadzonym na przełomie lipca i sierpnia 2026 roku aprobatę dla działań prezydenta wyraziło 35 procent badanych przy 63 procentach ocen negatywnych, a jego politykę gospodarczą pozytywnie oceniło 28 procent. Listopadowe wybory uzupełniające zadecydują o kontroli nad Kongresem i będą pierwszym twardym testem tego, ile spektakl jest wart przy urnie.
Drugi rachunek narasta poza Ameryką i nie figuruje w żadnej pozycji budżetowej. Kiedy francuski prezydent musi na szczycie przypominać sojusznikom, że nawzajem się nie napadają, kiedy duńska premier publicznie tłumaczy, że wyspa jej państwa nie jest na sprzedaż, a hiszpańska minister zdrowia zarzuca Waszyngtonowi mylenie dyplomacji z bandytyzmem, powaga mocarstwa przestaje być czymś, co przysługuje mu automatycznie.
Można w tym miejscu odpowiedzieć, że Infantino przecież uległ, europejskie budżety obronne wzrosły, a monarchowie Zatoki wpisali się do Rady Pokoju. Uległość i szacunek to jednak dwie osobne rzeczy, bo ustępuje się także tym, których się nie poważa. Szwedzki kardynał stwierdzający, że Biały Dom sam się ośmiesza, rzymska gazeta pisząca o patologicznej megalomanii, przydomek przyklejony pomnikowi, zanim ten w ogóle stanął, i były ambasador w Maskacie bezradnie szukający powodu, dla którego jego kraj grozi bombardowaniem neutralnego sojusznika, układają się w ocenę, której nie unieważni żadna wymuszona decyzja proceduralna. W imię interesów, z których część trudno odróżnić od prywatnych, i w sposób urzędowi nieprzystający, gospodarz Białego Domu doprowadził do stanu, w którym trzeźwy obserwator z dowolnego zakątka świata patrzy na supermocarstwo jak na pośmiewisko. Powaga nie odnawia się w tempie jednej kadencji.
Instytucje bywają jednak trwalsze od kadencji, a niektóre precedensy trudniej odwrócić niż wynik głosowania. Bezterminowe przewodnictwo jednej osoby w międzynarodowym ciele, ułaskawienia dla skazanych za polityczną przemoc, szczyt G20 w prywatnym ośrodku głowy państwa, zarząd instytucji kultury głosujący wbrew wyrokowi sądu i sojusznik dowiadujący się o zmianie wspólnych manewrów z mediów społecznościowych zostaną w amerykańskim prawie i obyczaju dłużej niż wspomnienie o filmiku z Gazy. Łuk triumfalny, jeśli powstanie, przetrwa nawet dłużej. Tego rachunku nie zamknie żaden sondaż.
Literatura i źródła
- Defence investment and NATO's 5% commitment — NATO — oficjalna strona organizacji międzynarodowej
- The Hague Summit Declaration — Prime Minister of Canada — oficjalny dokument międzynarodowy
- United States politicians' tone became more negative with 2016 primary campaigns — Scientific Reports — publikacja naukowa
- United States politicians' tone became more negative with 2016 primary campaigns — PubMed Central — pełny tekst publikacji naukowej
- Ukraine–United States Mineral Resources Agreement — Wikipedia — artykuł encyklopedyczny
- Treasury Announces Agreement to Establish United States-Ukraine Reconstruction Investment Fund — U.S. Department of the Treasury — komunikat instytucji rządowej
- What to Know About the Signed U.S.-Ukraine Minerals Deal — Center for Strategic and International Studies — analiza ośrodka badawczego
- The White House Spins Trump's Disinfectant Remarks — FactCheck.org — analiza ośrodka akademickiego Annenberg Public Policy Center
- NOAA watchdog chides agency for how it handled Hurricane Dorian's 'Sharpiegate' — Science — artykuł w czasopiśmie naukowym
- What Trump and Zelenskyy said during their heated argument in the Oval Office — PBS News — zapis wypowiedzi z komentarzem redakcyjnym
- 'Trump Gaza is finally here!': US president promotes Gaza plan in AI video — CNN — materiał informacyjny
- Catholic leaders recoil from Trump's pope post — The Washington Post — relacja z reakcjami hierarchów spoza USA
- Catholic outrage grows over 'Pope Trump' image on official White House media — National Catholic Reporter — materiał informacyjny środowiska katolickiego
- What is Trump's 'Board of Peace' and who is joining? — CNN — artykuł wyjaśniający
- Trump targets Spain, NATO backs Ukraine: Is the alliance still united? — Al Jazeera — relacja ze szczytu z komentarzem ekspertów
- Six takeaways from the 2026 NATO Summit — Breaking Defense — analiza branżowa
- Po telefonie Donalda Trumpa Folarin Balogun nie musi pauzować. UEFA grzmi — Rzeczpospolita — materiał informacyjny
- Premierka Danii Mette Frederiksen do Donalda Trumpa: Grenlandia nie jest na sprzedaż — TVN24 — materiał informacyjny
- Trump pardons roughly 1,500 criminal defendants charged in the Jan. 6 Capitol attack — NBC News — materiał informacyjny
- Trump's unilateral selection of his own club for the G20 puts Trump first — Citizens for Responsibility and Ethics in Washington — raport organizacji strażniczej
- 'LONG LIVE THE KING': Trump posts on Truth Social after DOT kills congestion pricing approval — NBC New York — materiał informacyjny
- Trump Threatens 'Economic Force' to Make Canada 51st State — Bloomberg — materiał informacyjny agencji gospodarczej
- Trump's threats anger Omanis, leave observers puzzled — CNN — relacja z komentarzem byłego dyplomaty
- Trump threatens to bomb Oman if it 'gets in the way' of Strait of Hormuz talks with Iran — NBC News — materiał informacyjny
- Why has Trump threatened to bomb Oman – for a second time? — Al Jazeera — artykuł wyjaśniający
- Trump orders military to 'substantially reduce' joint exercises with South Korea — NBC News — materiał informacyjny
- U.S., South Korea scale back joint military drills after Trump order — UPI — depesza agencyjna z zeznaniem ministra Cho Hyuna
- Trump's Exercise Cut Risks Turning South Korea-US Alliance Readiness Into a Bargaining Chip — The Diplomat — analiza ekspercka
- US to end major military exercise in South Korea after just 5 days — Task & Purpose — serwis branżowy z potwierdzeniem Pentagonu
- Trump criticizes CNN's Kaitlan Collins in Oval Office — The Hill — materiał informacyjny
- Kaitlan Collins Was 'Not Surprised' Trump Insulted Her — Variety — wywiad z dziennikarką
- The Strait of Hormuz and the Limits of Maritime Law — Lawfare — analiza prawna
- Legal and Operational Issues in the Strait of Hormuz: Transit Passage Under Fire — Just Security — analiza prawna i operacyjna
- Donald Trump: niedługo ogłoszę cieśninę Ormuz terytorium USA — TVN24 — materiał informacyjny
- Cieśnina Ormuz jako terytorium USA. Donald Trump zapowiada decyzję — Dziennik Gazeta Prawna — analiza z danymi EIA
- Beatty v. Trump, 1:25-cv-04480 (D.D.C.) — Civil Rights Litigation Clearinghouse — dokumentacja postępowania sądowego
- Kennedy Center board votes to put Trump's name back on outside of building — CBS News — materiał informacyjny
- President Trump envisions D.C. arch to mark 250th anniversary of U.S. — NPR — materiał informacyjny
- "Arc de Trump" design approved for Washington, DC — Dezeen — omówienie decyzji Komisji Sztuk Pięknych
- NYC Poison Control Sees Uptick In Calls After Trump's Disinfectant Comments — NPR — materiał informacyjny z danymi CDC
- Watchdog details storm of political pressure in Sharpiegate — NBC News — omówienie raportu inspektora generalnego
- Trump wraps NATO summit on a positive note, after meeting Zelenskyy — NPR — relacja ze szczytu w Ankarze
- Greenland Appoints Former PM Egede as Foreign Minister — U.S. News / Reuters — depesza agencyjna
- Sondaż Reuters/Ipsos. Poparcie dla Trumpa w sierpniu 2026 — TVN24 — omówienie badania opinii publicznej
- Trump: Schwytaliśmy Maduro, będziemy rządzić Wenezuelą — OKO.press — relacja z komentarzem redakcyjnym