Gdzieś na równinie Utopia Planitia, pokryty rudym pyłem, stoi łazik o kształcie motyla. Zhurong miał pracować dziewięćdziesiąt marsjańskich dni. Przepracował trzysta czterdzieści siedem. Potem zasnął przed zimą i już się nie obudził.
Zdjęcia satelitarne NASA potwierdziły: nieruchomy, zasypany, samotny. Koniec misji.
Tyle że historia chińskiego programu kosmicznego jest historią rzeczy, które miały się nie udać. Rakieta z 1960 roku, która osiągnęła osiem kilometrów — przy czym jej twórca był deportowanym z Ameryki naukowcem, którego Waszyngton uznał za zagrożenie. Satelita, który przez dwadzieścia dni nadawał patriotyczną melodię, zanim zgasły baterie. Lądownik, który jako pierwszy w historii dotknął niewidocznej strony Księżyca.
A jesienią 2025 roku — pęknięta szyba na kapsule powrotnej, milimetrowy odłamek kosmicznych śmieci i decyzja podjęta w kilka godzin: załoga wraca w cudzym statku, zapasowy startuje w dwadzieścia dni.
Zhurong śpi. Ale ci, którzy go zbudowali, już montują rakietę, która ma zanieść człowieka na Księżyc. Nie pytają, czy im się uda. Pytają tylko: kiedy.
Co sprawia, że program, który zaczynał od kopiowania radzieckich rakiet, dziś buduje świat, w którym Chiny pretendują do pozycji kosmicznego lidera?