Co roku na Pustyni Błędowskiej ekipa przyrodników uruchamia piły mechaniczne. Ich zadanie brzmi absurdalnie: wycinać drzewa, żeby ratować przyrodę.

W większości rezerwatów na świecie ochrona oznacza cofnięcie się człowieka, pozwolenie naturze na regenerację. Tutaj jest dokładnie odwrotnie. Las, który siedem wieków temu wycięto pod kopalnie srebra, teraz chce wrócić. Sosny, brzozy i inwazyjne wierzby kaspijskie rok po roku domykają lukę, zasłaniając piasek, który sam w sobie stał się siedliskiem nie do odtworzenia nigdzie indziej w Europie.

Bo na tym pozornie jałowym piachu, godzinę jazdy od Krakowa, żyją organizmy, które potrzebują skrajności: siedemdziesięciu stopni na powierzchni gruntu w lipcu, nocnych spadków temperatury o kilkadziesiąt stopni, ruchomego podłoża pozbawionego składników odżywczych. Mrówkolwy budują lejkowate pułapki w sypkim piasku. Trzyszcze sprintują po rozgrzanej powierzchni. Lerka gniazduje tam, gdzie żadna rozsądna lerka gniazdować nie powinna.

Powstała z katastrofy ekologicznej, pustynia stała się ekosystemem. I teraz ludzie muszą aktywnie podtrzymywać skutki dawnego błędu, bo okazały się cenniejsze niż jego naprawienie.

Kiedy naprawienie szkody staje się większą szkodą niż sama szkoda — jak właściwie nazwać to, co chronimy?