Oliver Sacks zobaczył na ulicy dużego brodatego mężczyznę i zaczął go przepraszać, że na niego wpadł. Dopiero po kilku sekundach zorientował się, że przeprasza własne odbicie w szybie restauracji.
Sacks — neurolog, pisarz, przenikliwy obserwator ludzkiego mózgu — miał prozopagnozję. Nie rozpoznawał twarzy, także własnej. Nie był w tym osamotniony: szacuje się, że od jednego do dwóch i pół procent ludzi nie rozpoznaje twarzy tak, jak robi to większość z nas — automatycznie, w ułamku sekundy, bez świadomego wysiłku.
Angielska nazwa „face blindness" myli. Oni widzą. Widzą oczy, nos, usta, brwi. Potrafią odczytać, że ktoś się uśmiecha, że jest zmęczony, że ma pięćdziesiąt lat. Ale spojrzenie w czyjąś twarz nie wyzwala u nich tego, co u reszty dzieje się samo — cichego skoku rozpoznania, tego nienazywanego nigdy „tak, to ona". Twarz pozostaje zestawem cech bez tożsamości.
Pierwszy pacjent, którego w 1947 roku niemiecki neurolog Joachim Bodamer opisał tym terminem, nie rozpoznawał w lustrze nawet siebie. Znajomych identyfikował natomiast bezbłędnie — gdy tylko się odezwali albo zrobili coś charakterystycznego.
Dla Sacksa brodaty nieznajomy w szybie też nie był awarią wzroku. Oczy widziały wszystko poprawnie. Zawodziło coś innego — coś, o czego istnieniu większość ludzi przez całe życie nie ma powodu pomyśleć.