Karol Schayer miał trzydzieści cztery lata, kiedy zaprojektował budynek z drzwiami na fotokomórkę, klimatyzacją utrzymującą nadciśnienie w salach i potrójnymi szybami. Był rok 1935. W polskich muzeach nie istniało nic podobnego.

Latem 1939 roku gmach był gotowy. Otwarcie zaplanowano na wiosnę następnego roku. Żaden zwiedzający nie przekroczył jego progu — we wrześniu przyszła wojna, a potem decyzja o rozbiórce. Więźniowie z Oświęcimia rozbierali go cegła po cegle, bo inaczej się nie dało.

Schayer uciekł przez Rumunię do Palestyny, potem do Bejrutu. Tam zaprojektował Hotel Carlton — budynek, który stał się symbolem bejruckiej belle époque. Libańska wojna domowa zniszczyła i ten.

Dwa arcydzieła, dwa kontynenty, dwie wojny. Obie ruiny.

A muzeum, dla którego Schayer stworzył gmach widmo, po pół wieku tułaczki po hotelowych salach ostatecznie znalazło dom. Tyle że nie nad ziemią — pod nią. W podziemiach kopalni, która przez dwa stulecia wydobywała węgiel. Jakby jedynym sposobem, żeby przetrwać, było się zakopać.

Co mówi o instytucji to, że jej pierwszy budynek nie otworzył się ani na jeden dzień — a ona istnieje do dziś?