Kilka tygodni po eksplozji reaktora nr 4 trzeba było oczyścić dach sąsiedniego bloku z kawałków grafitu i szczątków rdzenia. Sprowadzono zaawansowane roboty sterowane zdalnie. Elektronika psuła się po kilkudziesięciu minutach — promieniowanie niszczyło obwody szybciej, niż operatorzy zdążyli wydać polecenia.
Wysłano więc ludzi.
Nazywano ich biorobotami. Każdy dostawał ołowianą osłonę, łopatę i odliczony czas: czterdzieści do dziewięćdziesięciu sekund. Wbiegał na dach, rzucał łopatą tyle radioaktywnego gruzu, ile zdążył, i biegł z powrotem. Za te sekundy na dachu wchłaniał dawkę promieniowania, jaką przeciętny człowiek pochłania w ciągu całego życia.
Elektrownia, która miała być pomnikiem radzieckiej potęgi technologicznej, stała się miejscem, w którym technologia ustąpiła przed najprostszym z narzędzi. Maszyny zawodziły. Zostawali ludzie, łopaty i odliczane sekundy.
Czterdzieści lat później przy otwartym rdzeniu reaktora wciąż spoczywa ponad 180 ton paliwa jądrowego. Nad nim wznosi się Arka — stalowa kopuła zaprojektowana na sto lat. Co będzie po roku 2119, nie wie nikt.
Ale tamte dziewięćdziesiąt sekund na dachu — te już się wydarzyły. I pytanie, które po nich zostaje, nie dotyczy reaktorów. Dotyczy tego, kim jest człowiek, który biegnie z łopatą w miejsce, z którego uciekają maszyny.