Każdy okręt schodzi ze stoczni z biografią, której nikt mu nie pisał. Kadłub przez długie miesiące stoi na pochylni w jednym, niezmiennym ustawieniu względem pola ziemskiego, a w tym czasie uderzenia młotów, ciepło spawania i wibracje konstrukcji obracają mikroskopijne domeny magnetyczne w stali zgodnie z zastanym polem. Gotowa jednostka jest wielkim, słabym magnesem — igłą kompasu zatopioną we własnym poszyciu.
Fizyka nazywa to histerezą, ale można powiedzieć prościej: stal pamięta. Każda fala uderzająca w burtę, każde drganie silnika, każdy remont zmieniający naprężenia w blachach dopisuje poprawkę do tej magnetycznej pamięci.
Na wojnie taka pamięć zdradza. Czujnik leżący na dnie morza wykryje przejście stalowego kadłuba z odległości kilkunastu metrów. Dlatego marynarki świata utrzymują instalacje, które robią coś na pozór niemożliwego: wymazują pamięć stali. Okręt oplata się setkami zwojów ciężkiego miedzianego kabla — samo owijanie lotniskowca zajmuje kilka dni dwunastogodzinnych zmian — a potem przepuszcza przez nie impulsy o natężeniu czterech tysięcy amperów, raz w jedną, raz w drugą stronę, za każdym razem słabiej, aż uporządkowane domeny rozsypią się jak litery starte gumką.
Zabieg nazywa się depermingiem. W żargonie jego efekt bywa nazywany permanentnym, choć okręty podwodne wracają do stacji mniej więcej co rok — bo stal zaczyna zapamiętywać od nowa w chwili, gdy wychodzi w morze.
Można wymazać magnetyczną biografię okrętu. Nie można sprawić, by przestał ją pisać.