Latem 1987 roku państwo, które kilka lat wcześniej wprowadziło stan wojenny i zdelegalizowało Solidarność, zrobiło rzecz z pozoru absurdalną: powołało urząd do przyjmowania skarg na siebie. Ustawa o Rzeczniku Praw Obywatelskich przeszła przez Sejm PRL w lipcu, a Polska stała się pierwszym krajem bloku wschodniego z własnym ombudsmanem.
Nikt nie wiedział, czym to naprawdę będzie. Realną instytucją czy ozdobą domalowaną do fasady systemu, który powoli dogorywał? Wątpliwości nie miała nawet pierwsza rzeczniczka, cywilistka Ewa Łętowska. Obejmowała urząd bez politycznego zaplecza, bez gotowego aparatu i bez krajowych wzorów, na które mogłaby się powołać.
Odpowiedź nadeszła pocztą. Przez pierwsze cztery lata do biura wpłynęło około stu dwudziestu sześciu tysięcy listów. W najgorętszych tygodniach Łętowska dyktowała po sto sześćdziesiąt pism dziennie i osobiście dekretowała każdą kopertę lądującą na jej biurku. Pierwsze roczne sprawozdanie Sejm przyjął z wymowną obojętnością. Prawdziwym audytorium okazali się ci, którzy pisali.
Instytucja pomyślana jako listek figowy zaczęła notować dokładnie to, czego władza wolałaby nie widzieć: miejsca, w których prawo rozjeżdża się z życiem. Nie miała żadnej sankcji, nie mogła niczego nakazać — a jednak zapisała się na trwałe, na długo przed tym, nim konstytucja nadała jej rangę.
Do kogo tak naprawdę adresowano te wszystkie listy — do urzędu, czy do kogoś, kto wreszcie zechce je przeczytać?