Między pierwszym a drugim Polakiem w kosmosie minęło czterdzieści siedem lat. To liczba, którą łatwo zapamiętać i równie łatwo źle zrozumieć. Bo przerwa w polskiej obecności na orbicie nie była zwykłą pauzą — biernym czekaniem na kolejną okazję. W tym czasie zmieniło się niemal wszystko: ustrój, gospodarka, sposób, w jaki ludzkość lata w kosmos, a wreszcie sam sens takiego lotu. Kiedy w 2025 roku Sławosz Uznański-Wiśniewski znalazł się na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, tylko pozornie powtórzył gest Mirosława Hermaszewskiego. W rzeczywistości zrobił coś zupełnie innego.

Lot, który był gestem

W 1978 roku w kosmos poleciał major Mirosław Hermaszewski. Wyniósł go radziecki Sojuz 30 w ramach programu Interkosmos, który woził na orbitę obywateli państw bloku wschodniego. Hermaszewski spędził na stacji Salut 6 niespełna osiem dni i przeprowadził kilka eksperymentów, ale nie one były tu najważniejsze. Wybrano go spośród około pięciuset wojskowych pilotów; był oficerem, a jego lot — przedsięwzięciem politycznym w nie mniejszym stopniu niż naukowym. W realiach zimnej wojny obecność Polaka na radzieckiej stacji była przede wszystkim symbolem: dowodem jedności bloku i prestiżu, którym dzielił się ze swoimi sojusznikami Związek Radziecki.

Po tym locie polskie ambicje załogowe zamilkły. Przyszedł kryzys gospodarczy, potem zmiana ustroju i rozpad bloku wschodniego, a polski udział w lotach załogowych pozostał kartą zamkniętą w roku 1978. Kolejne pokolenia inżynierów dorastały w kraju, który raz pokazał się w kosmosie i przez prawie pół wieku nie miał dokąd polecieć po raz drugi.

Inny kandydat

Człowiek, który przerwał tę ciszę, był zupełnie innym typem podróżnika niż jego poprzednik. Hermaszewski był pilotem myśliwca; Uznański-Wiśniewski jest inżynierem. Zanim pomyślał o locie, przez kilkanaście lat pracował w CERN-ie pod Genewą, odpowiadając między innymi za nieprzerwaną pracę systemów sterowania w Wielkim Zderzaczu Hadronów. Jego specjalnością była elektronika odporna na promieniowanie — ta sama, której potrzebują zarówno akceleratory, jak i satelity.

Do korpusu astronautów trafił nie przez wojskowy nabór, lecz przez otwarty konkurs Europejskiej Agencji Kosmicznej z 2022 roku, w którym wystartowało ponad dwadzieścia dwa tysiące osób. Wybrano siedemnaścioro; Polak znalazł się w rezerwie, a status astronauty projektowego oznaczał gotowość na lot, który dopiero mógł się pojawić. Zmiana jest tu głębsza niż biograficzna. W 1978 roku w kosmos wysłano oficera, który miał reprezentować państwo. W 2025 — naukowca, który miał pracować.

Kupiony bilet na orbitę

Drugi polski lot stał się możliwy dzięki modelowi, który czterdzieści siedem lat wcześniej jeszcze nie istniał. Misję Ax-4 zorganizowała Axiom Space, prywatna firma z Houston, korzystając z rakiet i kapsuł SpaceX oraz współpracując z NASA. W tym układzie państwo nie musi budować własnego programu załogowego od podstaw — kupuje miejsce w locie i czas badawczy w gotowej infrastrukturze. Tą samą drogą rok wcześniej dotarł na stację szwedzki astronauta Marcus Wandt; Polska wysłała swojego przedstawiciela jako drugie państwo, niemal równocześnie z Węgrami i Indiami.

Dla krajów, które nie mają i długo nie będą miały własnej rakiety załogowej, to realne wejście na orbitę bez dekad pracy i miliardowych budżetów. Kosmos przestał być wyłączną domeną supermocarstw i ich sojuszników; stał się usługą, którą można zamówić — pod warunkiem że ma się co na tę orbitę zabrać.

Misja, która była przedsięwzięciem

Polska miała co zabrać. Sercem jej udziału w locie był program IGNIS — trzynaście eksperymentów przygotowanych przez rodzime firmy, uczelnie i instytuty, koordynowanych przez ESA i Polską Agencję Kosmiczną. Badano w nich wpływ mikrograwitacji na ludzki organizm, testowano nowe materiały i urządzenia, sprawdzano technologie, których zachowania nie da się w pełni ocenić na Ziemi. Uznański-Wiśniewski spędził na stacji blisko trzy tygodnie, przepracował przy doświadczeniach około stu pięciu godzin i, według ESA, wykonał wyraźnie więcej zadań, niż pierwotnie zakładano. Do tego doszła rozbudowana część edukacyjna: lekcje fizyki prowadzone na żywo z orbity dla uczniów w polskich miastach. Większość tych doświadczeń wymagała żywego operatora na orbicie — astronauta zakładał aparaturę, pobierał próbki i na bieżąco modyfikował procedury, gdy mikrograwitacja utrudniała nawet proste czynności. To właśnie odróżnia misję badawczą od symbolicznej wizyty: bez człowieka przy stole laboratoryjnym większości tych danych po prostu by nie było.

Kontrast z 1978 rokiem widać już w samych liczbach. Hermaszewski spędził w kosmosie niespełna osiem dni; jego następca — ponad dwadzieścia. Tam, gdzie pierwszy lot był gestem, drugi był pracą: rozpisaną na protokoły, godziny i procedury kwalifikacyjne. To nie była ta sama wyprawa odbyta po raz drugi, lecz inny rodzaj wydarzenia, który tylko z zewnątrz wygląda podobnie.

Co zostało

Najłatwiej zapamiętać Uznańskiego-Wiśniewskiego jako „drugiego Polaka w kosmosie" — kolejne nazwisko na bardzo krótkiej liście. Ale jego lot znaczy więcej jako dowód niż jako rekord. Polski sektor kosmiczny przez ostatnią dekadę rósł wokół podzespołów, oprogramowania i małych satelitów, pozostając głównie dostawcą części do cudzych misji. Udział w Ax-4 pozwolił po raz pierwszy przejść całą ścieżkę: od pomysłu, przez kwalifikację sprzętu według wymagań ESA, po test w realnych warunkach orbitalnych. To doświadczenie, którego nie da się kupić ani zasymulować — buduje się je tylko w locie.

I właśnie w tym tkwi różnica między dwiema epokami. W 1978 roku Polskę w kosmosie pokazano. W 2025 roku Polska w kosmosie pracowała. Czterdzieści siedem lat przerwy nie było więc pustką między dwoma podobnymi wydarzeniami — było czasem, w którym lot w kosmos zmienił naturę: z symbolu należącego do polityki stał się narzędziem należącym do nauki.