Godzinę jazdy od Krakowa i czterdzieści minut od Katowic leży krajobraz, który łamie wszelkie oczekiwania wobec polskiej geografii: kilometry jasnego piasku, wydmy sięgające kilkunastu metrów i temperatura gruntu dochodząca latem do siedemdziesięciu stopni Celsjusza. Pustynia Błędowska, największy obszar lotnych piasków w Polsce, istnieje wbrew klimatowi, w którym się znajduje — w strefie umiarkowanej, otoczona lasami, z rzeką przepływającą przez sam jej środek. Ale najbardziej zaskakujące w niej nie jest to, że istnieje. Najbardziej zaskakujące jest to, że jej ochrona wymaga łamania niemal każdej intuicji, jaką mamy na temat ochrony przyrody.
Piasek spod lodu
Pod pustynią kryje się geologiczna historia sięgająca epoki lodowcowej. Kolejne zlodowacenia pozostawiły w dolinie Białej Przemszy potężne pokłady materiału morenowego — piasków, żwirów i glin. Miąższość tych pokładów sięga średnio czterdziestu metrów, miejscami nawet siedemdziesięciu. Gdy około dziesięciu tysięcy lat temu lądolód ustąpił, odsłonięte piaski szybko porosły gęstym lasem mieszanym. Korzenie drzew trzymały piasek w miejscu, korony hamowały wiatr, a pod leśną ściółką spały tony luźnego, ruchliwego materiału.
Obudziło go górnictwo. W XIII wieku okolice Olkusza stały się jednym z najważniejszych ośrodków wydobycia srebra i ołowiu w Europie. Rudę przetapiano w piecach opalanych węglem drzewnym, szyby i sztolnie wymagały ogromnych ilości budulca. Lasy znikały w zastraszającym tempie — nie tylko pod topór hutników, ale też pod pastwiska rosnącej populacji. Cienka warstwa próchnicy, której powstawanie trwało tysiąclecia, znikała w ciągu kilku sezonów. Wiatr i deszcz odsłoniły piasek, który od tego momentu zaczął żyć własnym życiem.
Pustynia jako przypadkowe arcydzieło
W szczytowym okresie, w XIV i XV stuleciu, odsłonięte piaski mogły zajmować nawet sto pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych. Wiatr formował wydmy i zasypywał drogi. Na początku XIX wieku Stanisław Staszic pisał o „morzu piasków" otaczającym Olkusz. Obserwowano tu burze piaskowe i fatamorgany — zjawiska znane raczej z afrykańskich sawann niż z pogranicza Śląska i Małopolski. W 1889 roku geograf Wacław Nałkowski nadał temu terenowi oficjalną nazwę „Pustynia Błędowska" — od wsi Błędów leżącej u zachodniego krańca piasków — i określił go mianem „polskiej Sahary". Nazwa przylgnęła na tyle mocno, że w 1965 roku Jerzy Kawalerowicz kręcił tu pustynne sceny do nominowanego do Oscara Faraona, bo drobny, jasny piasek przekonująco udawał egipski krajobraz.
To, co wyglądało na katastrofę, okazało się jednak czymś więcej. Na pozornie jałowym piachu, na przestrzeni stuleci, rozwinął się złożony ekosystem o wyjątkowej wartości biologicznej. Około stu gatunków roślin naczyniowych przystosowało się do życia w warunkach, które dla większości organizmów byłyby nie do zniesienia: skrajne dobowe wahania temperatury, chroniczny brak składników odżywczych, ruchome podłoże. Zadomowiły się tu mrówkolwy, budujące lejkowate pułapki w sypkim piasku, i trzyszcze — drapieżne chrząszcze zdolne do sprintów po rozgrzanej powierzchni. Na piaskach gniazdują lerka i świergotek polny, a w wodach Białej Przemszy żyje kiełż zdrojowy, wskaźnik wyjątkowo czystej wody.
Siedliska wydmowe i ciepłolubne murawy napiaskowe Pustyni Błędowskiej zostały uznane przez Unię Europejską za priorytetowe — zagrożone zaniknięciem na terytorium Wspólnoty. W 2008 roku utworzono tu Specjalny Obszar Ochrony Siedlisk Natura 2000 o powierzchni niemal dwóch tysięcy hektarów.
Drzewa jako zagrożenie
W latach pięćdziesiątych XX wieku władze postanowiły „naprawić" pustynię. Na piaskach posadzono wierzbę kaspijską — gatunek z okolic Morza Kaspijskiego, niezwykle ekspansywny i odporny na ubogie podłoże. Dodano sosny i brzozy. Drzewa przyjęły się zaskakująco dobrze. Pustynia zaczęła się kurczyć.
Pomogły też pyły przemysłowe z pobliskiego Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego, które wzbogacały piasek w minerały, oraz podnoszący się poziom wód gruntowych po zamknięciu kopalń. Pod koniec stulecia okazało się jednak, że „rekultywacja" prowadzi do zniszczenia tego, co na pustyni jest naprawdę unikalne. Każde nowe drzewo zabierało kawałek siedliska, którego nie da się odtworzyć w żadnym innym miejscu w Europie.
Na początku XXI wieku naukowcy bili na alarm. Odpowiedzią stał się projekt LIFE+ realizowany w latach 2011–2014 z budżetem blisko 2,65 miliona euro. Jego logika wyglądała na odwróconą: zamiast sadzić drzewa — wycinać je. Z ponad trzystu hektarów usuwano wierzbę kaspijską, sosny i brzozy. Spulchniano piasek, by przywrócić mu lotny charakter. Przed rozpoczęciem prac przyrodniczych saperzy musieli oczyścić teren z ponad trzech tysięcy ośmiuset niewypałów — pamiątek po dziesięcioleciach użytkowania wojskowego.
Efekty były mierzalne: przywrócono korzystny stan ochrony na ponad trzystu hektarach kluczowych siedlisk. Ale prace się nie skończyły, bo sukcesja leśna nie czeka na harmonogramy grantowe. Co roku na pustyni trwa wycinka samosiejek — ciągła interwencja, bez której odsłonięte piaski w ciągu kilku pokoleń zamieniłyby się w zwykły las sosnowo-brzozowy.
Ochrona na opak
Pustynia Błędowska to przypadek, w którym kategorie „naturalne" i „sztuczne" tracą ostrość. Powstała wskutek ludzkiej ingerencji, ale w ciągu siedmiu wieków rozwinęła w sobie wartość biologiczną, której nikt nie planował. Jej ochrona wymaga ciągłego, aktywnego działania przeciwko naturalnym procesom — wycinania drzew, usuwania roślinności, utrzymywania stanu, który sam w sobie jest śladem dawnego błędu. W większości obszarów chronionych na świecie ochrona oznacza wycofanie się człowieka. Tutaj oznacza jego stałą obecność z piłą w ręku.
Ocieplenie klimatu, które w wielu regionach świata sprzyja pustynnieniu, tu przynosi efekt paradoksalnie odwrotny. Dłuższe sezony wegetacyjne, łagodniejsze zimy i rosnące opady przyspieszają sukcesję leśną. Czas nie gra na korzyść pustyni. Jej przyszłość zależy od tego, czy kolejne pokolenia uznają, że warto podtrzymywać konsekwencje katastrofy sprzed siedmiuset lat — nie dlatego, że katastrofa była dobra, lecz dlatego, że to, co z niej wyrosło, okazało się niepowtarzalne.