Narzędzie, które miało trzymać firmy w rodzinie

Pomysł był rozsądny i odpowiadał na realny problem. Firmy rodzinne to spory kawałek polskiej gospodarki, a ich właściciele od lat mierzyli się z tym samym pytaniem: jak przekazać biznes następnemu pokoleniu, żeby spadkobiercy go nie podzielili i nie rozsprzedali. Zachód miał na to instytucje od dekad — niemiecką Familienstiftung, fundacje w Liechtensteinie, Austrii, Holandii. Polscy zamożni przedsiębiorcy korzystali z nich, zakładając struktury za granicą i wyprowadzając tam kapitał. Ustawa o fundacji rodzinnej, która weszła w życie w maju 2023 roku, miała to odwrócić: dać krajowe narzędzie do wielopokoleniowej sukcesji i zatrzymać odpływ majątków.

Sam mechanizm był sensowny. Przedsiębiorca wnosi do fundacji udziały, nieruchomości, akcje. Fundacja nimi zarządza i wypłaca świadczenia beneficjentom według statutu. Po śmierci fundatora firma nie idzie do podziału między spadkobierców, lecz zostaje w całości pod jednym zarządem. Do tego dochodziła zachęta podatkowa: fundacja jest zwolniona z CIT, a 15-procentowy podatek pojawia się dopiero przy wypłacie środków beneficjentom. Tysiące przedsiębiorców skorzystało z tego dokładnie tak, jak zaplanowano — średni wiek fundatora to 48 lat, czyli ludzie myślący o sukcesji na dekady naprzód, a nie o szybkim ruchu.

Gdzie zwolnienie zamieniło się w furtkę

Kłopot w tym, że ten sam mechanizm dało się odwrócić. Załóżmy, że ktoś ma udziały w spółce i chce je sprzedać. Sprzedaż wprost oznacza 19 procent PIT, a przy większych kwotach dochodzi 4-procentowa danina solidarnościowa — razem 23 procent od zysku. Ale jeśli najpierw wnieść te udziały do własnej fundacji jako darowiznę, odczekać dwa, trzy miesiące i dopiero wtedy pozwolić fundacji je sprzedać — fundacja, jako podmiot zwolniony z CIT, nie płaci od zysku nic. Podatek pojawia się dopiero przy wypłacie pieniędzy beneficjentowi, czyli najczęściej temu samemu przedsiębiorcy. I to tylko 15 procent. Oszczędność idzie w miliony.

To nie jest sukcesja. To jednorazowa transakcja sprzedaży opakowana w fundację. Szef Krajowej Administracji Skarbowej w jednej z takich spraw odmówił wydania opinii zabezpieczającej, bo wnioskodawca sam przyznał, że nie chodzi mu o przekazanie firmy następnemu pokoleniu, lecz o obniżenie podatku. Wiceminister finansów oszacował, że niedozwolona korzyść podatkowa z samego pierwszego roku obowiązywania ustawy może sięgać miliardów złotych — przy niespełna pięciuset zarejestrowanych wówczas fundacjach. Część kancelarii doradczych reklamowała przy tym fundację wprost jako metodę na obniżenie podatku, a nie jako narzędzie sukcesji.

Instrument dla najbogatszych

Warto zadać pytanie, które w debacie pada rzadko: dla kogo właściwie jest fundacja rodzinna? Formalnie dla każdego — przepisy nie stawiają żadnego progu majątkowego. Praktycznie wyłącznie dla wąskiej, najzamożniejszej warstwy. Minimalny fundusz założycielski to 100 tysięcy złotych, do tego dochodzą koszty notariusza, wpisu do rejestru, prawnika piszącego statut i stałej obsługi księgowej. Poniżej kilku-kilkunastu milionów majątku cała struktura po prostu się nie opłaca — koszty zarządzania zjedzą korzyść.

Stąd asymetria, która znika w technicznym języku prawa podatkowego. Zwykły podatnik oddaje państwu ponad 30 procent dochodu w podatkach i składkach, na bieżąco, bez wyjątków. Fundacja w tym samym czasie obraca majątkiem i reinwestuje go bez podatku, a 15 procent płaci dopiero przy wypłacie. Powstają w praktyce dwie klasy: ci, których stać na fundację i mogą latami korzystać ze zwolnienia z CIT, oraz ci, których nie stać, więc płacą normalnie. Argument sukcesyjny tłumaczy tę różnicę tam, gdzie fundacja naprawdę służy przekazaniu firmy. Tam, gdzie służy jednorazowemu ominięciu 23 procent danin, nie tłumaczy niczego.

Dwie próby naprawy, dwa niewypały

Państwo widziało problem i dwa razy próbowało go usunąć. Pierwsza propozycja, z 2024 roku, zakładała 15-letni okres karencji: sprzedaż wniesionych aktywów przed upływem piętnastu lat byłaby normalnie opodatkowana. Środowisko przedsiębiorców zareagowało paniką — przy takich warunkach nikt rozsądny nie zamknąłby majątku w strukturze na półtorej dekady — i projekt nie wyszedł poza zapowiedzi. Druga próba, z 2025 roku, skróciła karencję do trzech lat i objęła kilka innych luk. Sejm i Senat ustawę przyjęły. Prezydent ją zawetował pod koniec listopada 2025 roku, argumentując, że przy zakładaniu fundacji obiecano stabilność zasad przez pierwsze trzy lata, a ten termin właśnie mija.

Argument ma swoją logikę. Skutek jest jednak taki, że mechanizm agresywnej optymalizacji pozostaje na poziomie ustawy nietknięty, a fiskus może mu się przeciwstawiać tylko punktowo, sprawa po sprawie, za pomocą klauzuli GAAR. To reakcja na pojedyncze przypadki, nie systemowe domknięcie. Kolejny projekt zapowiedziano na 2026 rok — podobny do poprzedniego, czyli z kolejną rundą konsultacji, protestów i prawnej niepewności przed sobą.

Kto zostawił furtkę otwartą

Najmocniej całą sprawę oświetlił reportaż TVN24 z marca 2026 roku. Padły w nim nazwiska fundatorów: politycy z różnych stron sceny, część z nich współtworzyła te przepisy albo przyglądała się ich powstawaniu — a sami pozakładali fundacje dla siebie, bez obowiązku ujawnienia tego w oświadczeniach majątkowych. Jeden z posłów udzielił przez własną fundację kredytu samemu sobie i zapytany o warunki, odpowiedział, że nie pamięta. Ustawa o fundacji rodzinnej okazała się jedną z niewielu spraw, w których obóz rządzący, opozycja i środowiska pozapolityczne potrafią działać zgodnie.

I tu jest właściwy ciężar słowa „patologia". Nie obciąża ono wyłącznie przedsiębiorców, którzy z furtki skorzystali — ta była legalna i widoczna od pierwszego dnia. Obciąża system, który ją otworzył, a potem nie umiał jej domknąć, bo decyzja o domknięciu należała do ludzi, którym z otwartą było po drodze. Po trzech latach zostaje z tego wniosek mniej efektowny, niż obiecuje tytuł, ale trudniejszy do podważenia: fundacja rodzinna miała być dowodem, że polskie państwo potrafi zaprojektować dojrzałą, przewidywalną regulację dla zamożnych, żeby ci nie uciekali z kapitałem za granicę. Wyszło na to, że projektuje takie regulacje tak, jak mu akurat wygodnie — i poprawia je równie niechętnie.