Trzyletnik to seria artykułów podsumowujących decyzje, reformy i eksperymenty, które trzy lata temu wchodziły w życie. Dzisiaj sprawdzamy, co z nich zostało.


22 maja 2023 roku weszła w życie ustawa o fundacji rodzinnej. Towarzyszyły temu niemałe nadzieje: wreszcie polscy przedsiębiorcy mieliby narzędzie, które pozwoli im chronić majątek przed rozdrobnieniem, planować sukcesję bez angażowania zagranicznych struktur holdingowych i trzymać firmy w rodzinie przez pokolenia. Rząd chwalił się, że właśnie ta regulacja powstrzyma odpływ polskiego kapitału za granicę, do fundacji liechtensteinskich, maltańskich i holenderskich. Brzmiało poważnie i odpowiedzialnie.

Dziś, po dokładnie trzech latach, wiceminister finansów Jarosław Neneman opisuje stan rzeczy z dyplomatyczną ostrożnością, którą trudno uznać za pochwałę: „hit, ale z gwiazdką". System, jak sam przyznał podczas marcowego spotkania EEC Members, „robi się coraz bardziej dziurawy". Fundacje rodzinne, zamiast być narzędziem wielopokoleniowej sukcesji, stały się w znacznej mierze wehikułem doraźnej optymalizacji podatkowej. A przy okazji stały się rajskim schronieniem dla majątków polityków, którzy sami te przepisy tworzyli lub tworzeniu się im przyglądali. Skala problemu okazała się patologiczna i na tyle poważna, że resort finansów przez dwa lata próbował zmienić przepisy i oba razy odniósł porażkę.

Skąd w ogóle wziął się pomysł

Zanim ocenimy, co poszło nie tak, warto przypomnieć genezę tej idei. Firmy rodzinne to kręgosłup polskiej gospodarki: szacunkowo 18–20 procent PKB pochodzi właśnie z nich, odpowiadają za zatrudnienie kilku milionów osób. Ich właściciele od dekad zmagali się z tym samym problemem: jak przekazać biznes kolejnemu pokoleniu bez jego rozbicia, bez bolesnego podatku od spadku (chociaż to akurat jest mocno kontrowersyjne, bo podatki trzeba płacić, zwłaszcza w przypadku najbogatszych) i bez ryzyka, że rodzinne spory rozsadzą firmę od środka. Narzędzia prawne były nieadekwatne. Spółki holdingowe: skomplikowane i kosztowne. Testamenty i dziedziczenie ustawowe stwarzały realne ryzyko, że po śmierci fundatora spadkobiercy po prostu podzielą aktywa i sprzedadzą to, co budował przez całe życie.

Polscy zamożni przedsiębiorcy rozwiązywali ten problem tak jak ich europejscy odpowiednicy: zakładali fundacje prywatne za granicą. Liechtenstein, Malta, Austria, Holandia oferowały sprawdzone struktury prawne pozwalające na długoterminowe zarządzanie majątkiem poza zasięgiem polskich urzędów skarbowych. Był to, powiedzmy wprost, legalny eksport kapitału, któremu Polska od lat bezradnie się przyglądała.

Rozwiązania zachodnie były w tej materii znacznie starsze i sprawdzone. Niemiecka Familienstiftung, czyli fundacja rodzinna zakorzeniona w tamtejszym prawie cywilnym, funkcjonuje od dziesięcioleci. Liechtenstein skodyfikował swoje prawo fundacyjne już w latach trzydziestych XX wieku, a Austria i Holandia rozwijały podobne instrumenty przez dekady, stopniowo dostosowując je do realiów podatkowych i sukcesyjnych. Polska przez całe lata po transformacji ustrojowej nie miała niczego porównywalnego: prawo cywilne znało fundacje w sensie publicznym i non-profit, ale nie fundację służącą ochronie i zarządzaniu prywatnym majątkiem rodzinnym.

Ustawa o fundacji rodzinnej miała to zmienić. Uchwalona 26 stycznia 2023 roku, podpisana przez prezydenta 6 lutego, stworzyła nową osobę prawną w polskim systemie prawa. Fundacja rodzinna miała gromadzić mienie, zarządzać nim w interesie beneficjentów i wypłacać im świadczenia. Fundatorem mogła być osoba fizyczna, beneficjentem ktoś wskazany w statucie, a sama fundacja uzyskała podmiotowe zwolnienie z podatku dochodowego od osób prawnych. Podatek w wysokości 15 procent CIT pojawiał się dopiero w momencie wypłaty świadczeń na rzecz beneficjentów. Prosto, elegancko i, jak się okazało, może zbyt kusząco.

Pusta sala sądowa z godłem Polski i światłem wpadającym przez wysokie okna
Pusta sala sądowa — dobre miejsce na pytanie, kto właściwie pilnuje reguł gry, gdy prawo tworzy przywileje dla najzamożniejszych.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Jak miało działać, a jak zadziałało

Mechanizm sukcesyjny był sensowny. Przedsiębiorca wnosi do fundacji udziały w swojej firmie, nieruchomości, akcje. Fundacja nimi zarządza. W statucie określa, kto i na jakich zasadach będzie otrzymywać świadczenia: alimenty dla małoletnich wnuków, finansowanie edukacji, miesięczne wypłaty dla dzieci. Po śmierci fundatora firma nie trafia do podziału między spadkobierców, lecz pozostaje jako całość pod zarządem fundacji. Pokolenie po pokoleniu.

To mogło zadziałać. Do końca pierwszego roku funkcjonowania ustawy zarejestrowano ponad tysiąc fundacji rodzinnych. Rok 2024 przyniósł kolejnych 1545 rejestracji. Do października 2025 roku łączna liczba wpisów w rejestrze prowadzonym przez Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim przekroczyła 2940 podmiotów, przy blisko pięciu tysiącach złożonych wniosków. Średni wiek fundatora wynosił 48 lat, co świadczy o tym, że polscy przedsiębiorcy zaczęli planować sukcesję w młodszym wieku niż dawniej.

Ale obok prawdziwych planów sukcesyjnych szybko zaczęło kiełkować coś innego.

Schemat był prosty do bólu. Przedsiębiorca posiada udziały w spółce z o.o. Chce je sprzedać. Gdyby zrobił to bezpośrednio, zapłaciłby 19 procent podatku dochodowego od osób fizycznych. Przy znacznych kwotach dochodziłaby jeszcze 4-procentowa danina solidarnościowa nakładana na dochody powyżej miliona złotych rocznie. Razem 23 procent od zysku.

A gdyby zamiast tego wnieść udziały do fundacji rodzinnej jako darowiznę, odczekać dwa, trzy miesiące i dopiero wtedy pozwolić fundacji je sprzedać? Fundacja, jako podmiot zwolniony z CIT, nie zapłaciłaby nic od zysku ze sprzedaży. Podatek w wysokości 15 procent CIT pojawiłby się dopiero przy wypłacie środków beneficjentowi, czyli de facto temu samemu przedsiębiorcy. Oszczędność: kilka, kilkanaście, czasem kilkadziesiąt milionów złotych, zależnie od skali transakcji.

Tego właśnie dotyczyła jedna z trzech spraw, w których Szef Krajowej Administracji Skarbowej w grudniu 2024 roku odmówił wydania opinii zabezpieczającej. Wnioskodawca sam przyznał, że celem całej operacji (wniesienie udziałów, odczekanie dwóch miesięcy, sprzedaż przez fundację, wypłata środków) nie jest sukcesja, lecz obniżenie podatku. Szef KAS uznał działanie za sztuczne, pozbawione uzasadnienia ekonomicznego i sprzeczne z celem ustawy. Doradca podatkowy Bartosz Głowacki z kancelarii MDDP skomentował to bez ogródek: „Jeżeli fundator sam przyznaje przed szefem KAS, że planuje użyć fundacji rodzinnej tylko po to, żeby nie zapłacić 19 proc. podatku dochodowego i 4 proc. daniny solidarnościowej od dochodu ze sprzedaży udziałów, to trudno oczekiwać innej oceny, niż że jest to nadużycie prawa podatkowego".

Segregatory z dokumentami i lupa na biurku w kancelarii
Lupa i segregatory — tam, gdzie sukcesja spotyka się z kreatywną księgowością, a proste pytanie o cel fundacji zaczyna znikać w dokumentach.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Skala, której nie widać na papierze

Ile fundacji rzeczywiście powstało w celach sukcesyjnych, a ile jako narzędzia podatkowe? Nikt nie wie. Nie ma publicznych danych, które pozwoliłyby odpowiedzieć na to pytanie wprost. Wiadomo natomiast, że Ministerstwo Finansów wszczęło kontrole w kilku podmiotach z zastosowaniem klauzuli generalnej przeciwko unikaniu opodatkowania (GAAR). Wiceminister Neneman poinformował w odpowiedzi na interpelację poselską, że pierwsze takie postępowanie dotyczy rozliczenia PIT za rok 2023, a szacowana wartość niedozwolonej korzyści podatkowej może wynieść miliardy złotych — tak, miliardy, w liczbie mnogiej.

Miliardy złotych. Z jednego postępowania. Za jeden rok podatkowy. Przy niecałych pięciuset zarejestrowanych fundacjach w 2023 roku.

Jeśli choćby część tego jest prawdą, to fundacje rodzinne stały się jedną z największych pojedynczych „dziur" w polskim systemie podatkowym. Nie przez przypadek, lecz wskutek celowego działania podatników i ich doradców, którzy skrzętnie wykorzystali furtkę zostawioną przez ustawodawcę. Sam Neneman przyznał podczas marcowego (2026) spotkania EEC Members, że dawne marzenie o prostej stawce 19 procent dla wszystkich jest coraz bardziej odległe: „Kiedyś mieliśmy w tle stawkę 19 proc. i w zasadzie wszyscy ją płacili. Dziś system robi się coraz bardziej dziurawy".

Branża doradztwa podatkowego reagowała na to zjawisko w sposób, który z perspektywy czasu wygląda co najmniej niejednoznacznie. Część kancelarii oferowała wprost usługi „optymalizacji" z użyciem fundacji rodzinnych, opisując je na swoich stronach internetowych w sposób, który Neneman przywołał podczas wspomnianej interpelacji poselskiej. Ministerstwo Finansów miało w rękach screenshoty stron oferujących fundację jako „metodę na obniżenie podatku" — nie jako narzędzie sukcesji. Linia między legalnym planowaniem podatkowym a agresywną optymalizacją jest w polskim prawie rozmyta, co skwapliwie wykorzystywano. Klauzula GAAR istnieje właśnie po to, by w takich sytuacjach fiskus mógł kwestionować transakcje nawet wtedy, gdy każdy pojedynczy krok był formalnie zgodny z prawem.

Trzeba tu jednak zrobić zastrzeżenie. Pewna część fundacji rodzinnych to instytucje założone z autentycznych pobudek sukcesyjnych. Potwierdzają to środowiska prawnicze, kancelarie zajmujące się sukcesją, a pośrednio dane demograficzne fundatorów. Czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie nie zakładają fundacji po to, żeby sprzedać udziały za rok; zakładają je dlatego, że za dwadzieścia lat chcą mieć pewność, iż firma nadal istnieje. Problem leży w tej części, która korzystając z tej samej formuły prawnej, drąży budżet na skalę, której nie można zbagatelizować.

Instrument dla bogatych, zaprojektowany przez bogatych

Zanim przejdziemy do politycznego wymiaru afery, warto postawić pytanie, które w debacie publicznej wypowiada się rzadko: dla kogo właściwie są fundacje rodzinne?

Formalnie — dla każdego. Przepisy nie wprowadzają żadnego progu majątkowego. Praktycznie — wyłącznie dla najzamożniejszej warstwy polskiego społeczeństwa. Minimalne wyposażenie fundacji rodzinnej to 100 000 złotych funduszu założycielskiego. Do tego dochodzą: koszty notarialne przy sporządzaniu statutu, opłaty za wpis do rejestru, wynagrodzenie prawnika, który statut napisze, obsługa księgowa i podatkowa fundacji rok w rok. Dolna granica sensowności ekonomicznej to kilka do kilkunastu milionów złotych majątku. Przy mniejszym fundusz nie ma po prostu sensu — koszty zarządzania strukturą pochłoną korzyści.

Dziennikarz TVN24 Szymon Żyśko ujął to wprost w reportażu „Czarno na białym" z marca 2026 roku: jeśli „szary podatnik" jest obciążony powyżej 31 procent różnymi daninami — składkami emerytalnymi, rentowymi, podatkiem dochodowym — to fundacja rodzinna w tym samym czasie obraca majątkiem i reinwestuje go bez żadnego podatku. Podatek w wysokości 15 procent CIT pojawia się dopiero przy wypłacie środków beneficjentom. Szary podatnik takiej możliwości nie ma. Nigdy nie miał i nie będzie miał, bo nie stać go na fundację.

To jest sedno problemu, które znika w technicznym języku prawa podatkowego. Fundacja rodzinna to narzędzie, które de facto tworzy dwie klasy podatników: tych, którzy mają dość majątku, by korzystać ze zwolnienia z CIT przez całe dekady, i tych, którzy płacą podatki na bieżąco. Niektórzy będą bronić tej asymetrii argumentem sukcesyjnym, ale w praktyce jest to czysta patologia, gdy fundacja służy do jednorazowej sprzedaży udziałów z pominięciem 23 procent danin.

Dwa podejścia do łatania dziury

Ministerstwo Finansów podjęło próbę uszczelnienia przepisów w 2024 roku. Pierwotna propozycja była taka: 15-letni okres karencji przy sprzedaży wniesionych aktywów. Dopiero po upływie piętnastu lat od wniesienia danego składnika mienia do fundacji jego zbycie byłoby transparentne podatkowo. Wcześniej obowiązywałoby 19 procent CIT. Przy okazji rozważano rozszerzenie daniny solidarnościowej na świadczenia z fundacji przekraczające milion złotych.

Środowisko przedsiębiorców zareagowało paniką, całkowicie przewidywalną. Prawnicy i doradcy podatkowi wskazywali, że tak restrykcyjne przepisy w praktyce zabiją legalne zastosowania fundacji. Nikt rozsądny nie wniesie aktywów do struktury, z której nie będzie mógł ich wyzwolić przez półtorej dekady bez dotkliwej kary. Projekt nie ujrzał wtedy światła dziennego jako ustawa.

Drugie podejście nastąpiło w sierpniu 2025 roku. Rząd opublikował projekt nowelizacji ustawy o CIT, tym razem z 3-letnią karencją zamiast 15 lat. Zbycie aktywów wniesionych do fundacji przed upływem trzech lat od końca roku ich wniesienia miało podlegać 19-procentowemu CIT. Zapłacony podatek można byłoby co prawda odliczyć od późniejszego CIT przy wypłatach dla beneficjentów, ale mechanizm ten, jak zauważali krytycy, oznaczał wieloletnią nieoprocentowaną pożyczkę dla państwa. Nowelizacja objęłaby też najem krótkoterminowy (koniec ze zwolnieniem z CIT dla fundacyjnych Airbnb), przepisy CFC i exit tax.

Niemal jednocześnie rząd sygnalizował, że zmiany dotyczyłyby aktywów wniesionych po 31 sierpnia 2025 roku, czyli dwa miesiące przed formalnym wejściem w życie ustawy. Eksperci natychmiast wskazali na możliwą niekonstytucyjność tego zapisu; ostatecznie datę przesunięto na 31 grudnia 2025 roku.

Sejm i Senat przyjęły nowelizację. Prezydent ją zawetował 27 listopada 2025 roku.

Weto i jego logika

Uzasadnienie prezydenckiego weta bazowało na argumencie, który sam w sobie jest zarzutem wobec państwa: złamanie obietnicy. Kiedy fundacje rodzinne były tworzone, zapewniano, że zasady ich funkcjonowania nie zmienią się przez pierwsze trzy lata. Ustawa weszła w życie 22 maja 2023 roku. Trzy lata mijają właśnie teraz, w maju 2026. Nowelizacja, gdyby weszła w życie 1 stycznia 2026, naruszałaby tę deklarację na pół roku przed upłynięciem gwarancyjnego okresu.

Prezydent dodał, że państwo powinno kierować wysiłki ku zwalczaniu konkretnych oszustw i wyłudzeń, a nie dokładać obowiązków wszystkim fundacjom: zarówno tym, które funkcjonują zgodnie z intencją ustawodawcy, jak i tym, które tę intencję obchodzą.

Trudno odmówić tej argumentacji pewnej logicznej spójności. Jednocześnie trudno nie zauważyć, że weto, choćby uzasadnione konstytucyjnie, w praktyce oznacza, iż mechanizmy agresywnej optymalizacji podatkowej na poziomie ustawowym pozostają nienaruszone przez kolejne miesiące. Fiskus nie jest oczywiście bezbronny: dysponuje klauzulą GAAR, może kwestionować sztuczne transakcje, odmawia opinii zabezpieczających. Ale to instrumenty reakcji na konkretne przypadki, nie systemowe uszczelnienie.

Obecnie, w maju 2026, rząd zapowiada kontynuację prac legislacyjnych. Nowy projekt ma pojawić się w II lub III kwartale roku. Wiceminister Neneman podczas marcowego spotkania EEC Members mówił: „Wyjdziemy z projektem podobnym jak poprzednio". Oznacza to, że kolejne miesiące przyniosą kolejną rundę konsultacji, protestów środowisk przedsiębiorców i niepewności prawnej, która uderza przede wszystkim w tych, którzy fundacje zakładali w szczerości intencji.

Co z tymi, co założyli uczciwie

To jest aspekt najtrudniej wycenialny, a może najważniejszy. W ciągu trzech lat kilka tysięcy polskich przedsiębiorców przekazało do fundacji rodzinnych realny majątek: nieruchomości, pakiety udziałów, akcje, nieraz dorobek całego życia. Zrobili to w zaufaniu do systemu, planując sukcesję na dekady naprzód. Teraz żyją w prawnej niepewności, obserwując, jak przepisy, które miały być stabilne przez trzy lata, były dwukrotnie nowelizowane (lub próbowano je nowelizować), a organy podatkowe wydają interpretacje, które sądy administracyjne niekiedy podważają.

Przykład: przez dłuższy czas toczyły się spory o to, czy dochody fundacji z uczestnictwa w zagranicznych spółkach transparentnych podatkowo (takich jak luksemburska SCSP) korzystają ze zwolnienia z CIT. Organy podatkowe twierdziły, że nie, bo takie spółki nie są podmiotami o podobnym charakterze do polskich spółek handlowych. WSA we Wrocławiu w wyroku z czerwca 2024 roku tę interpretację zakwestionował. Niejednoznaczność utrzymuje się do dziś.

Nie jest to odosobniony przypadek. Przez pierwsze dwa lata obowiązywania ustawy wydano ponad 170 interpretacji indywidualnych dotyczących fundacji rodzinnych, a blisko 85 procent z nich dotyczyło konsekwencji podatkowych. To liczba, która sama w sobie świadczy o tym, jak nieprzejrzyste są przepisy w praktycznych zastosowaniach. Dla porównania: w Niemczech pytania o opodatkowanie Familienstiftung są rozstrzygane przez utrwaloną wykładnię i orzecznictwo budowane przez dekady. W Polsce wszystko dopiero się tworzy, często metodą prób i błędów, a koszty tej niepewności ponoszą fundatorzy, którzy działali w dobrej wierze.

Jest tu jeszcze jedna, szczególnie ironiczna konsekwencja. Ministerstwo Finansów uzasadniało potrzebę nowelizacji między innymi tym, że fundacje rodzinne miały skłonić polskich przedsiębiorców do repatriacji ich struktur prawnych, czyli powrotu z Liechtensteinu, Malty i Holandii z powrotem do Polski. Tymczasem nieprzewidywalność regulacyjna — częste zmiany komunikatów, brak stabilnego harmonogramu, próby retroaktywnego działania przepisów — może osiągnąć skutek dokładnie odwrotny. Kapitał, który wrócił, może znowu szukać bezpieczniejszych przystani.

Kwestia wyjściowa: czy projekt był dobrze pomyślany

Uczciwy bilans trzech lat wymaga postawienia pytania, które jest niewygodne dla twórców ustawy: czy fundacje rodzinne od początku były zaprojektowane tak, by opisany problem mógł się pojawić?

Odpowiedź brzmi: tak, przynajmniej częściowo. Zwolnienie podmiotowe fundacji z CIT w połączeniu z brakiem jakiegokolwiek wymogu okresu posiadania aktywów przed ich sprzedażą tworzyło oczywistą furtkę. Nie trzeba było być szczególnie pomysłowym doradcą podatkowym, żeby ją dostrzec. Ustawodawca wiedział, albo przynajmniej powinien wiedzieć, że w systemie, w którym zwolnienie z 19-procentowego podatku jest dostępne poprzez prostą operację darowizny aktywów do struktury i ich odsprzedaż, znajdą się chętni do skorzystania z tej opcji.

Przepisy zachodnioeuropejskie, na których polska ustawa częściowo się wzorowała, zawierają zwykle mechanizmy zapobiegające takim praktykom. Liechtensteinskie Stiftungen, maltańskie fundacje prywatne, holenderskie Stichtingen — wszystkie działają w otoczeniu regulacyjnym, które ogranicza możliwość krótkoterminowego obracania majątkiem bez konsekwencji podatkowych. Polska ustawa tych mechanizmów nie zawierała. Być może dlatego, że zależało na jak największej atrakcyjności nowej instytucji; może dlatego, że lobbing środowisk doradczych był skuteczny; a może po prostu rażące niedbalstwo.

Warto przyjrzeć się bliżej modelowi niemieckiemu. Familienstiftung podlega znacznie surowszym ograniczeniom niż jej polska kuzynka. Fundacja nie może prowadzić dowolnej działalności gospodarczej, dochody objęte są podatkiem od osób prawnych (KStG), a transfer aktywów do fundacji wiąże się z podatkiem od darowizn (Schenkungsteuer), którego stawka zależy od wartości majątku i stopnia pokrewieństwa. Niemcy nie zbudowali fundacyjnej „strefy bezcłowej", lecz system, w którym preferencje podatkowe powiązano z rzeczywistym celem sukcesyjnym. Polska, tworząc bardzo liberalne zwolnienie z CIT bez okresu karencji, wybrała podejście diametralnie odmienne.

Wiceminister Neneman w sierpniu 2024 roku powiedział rzecz uderzającą: „Nawet pomysłodawcy fundacji rodzinnych przyznają, że przepisy podatkowe w tym zakresie poszły za daleko". To wyznanie warto zapamiętać. Nie „przepisy zostały nadużyte przez nieuczciwych podatników", lecz „przepisy poszły za daleko". Różnica jest fundamentalna. W pierwszym przypadku winni są podatnicy. W drugim — ustawodawca. I to właśnie ta druga odpowiedź pada z ust człowieka, który reprezentuje resort odpowiedzialny za skutki tej regulacji.

Rejestr w Piotrkowie i kolejki do poczekalni

Jest jeszcze jeden aspekt trzyletniej historii fundacji rodzinnych, o którym mówi się mniej: logistyczny chaos sądowy. Polska ustawa wyznaczyła jeden jedyny sąd rejestrowy dla całego kraju, Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim. Decyzja może i uzasadniona potrzebą specjalizacji, ale skutki nie były trudne do przewidzenia.

W szczytowym momencie popularności fundacji, w roku 2024 z niemal 1550 rejestracjami, sąd był zalewany wnioskami. Do października 2025 roku złożono blisko pięć tysięcy wniosków, z czego zarejestrowano niecałe trzy tysiące podmiotów. Średni czas oczekiwania na wpis urósł do 12–14 miesięcy. Statystycznie rejestrowano około 120 fundacji miesięcznie przy ponad 200 nowych wnioskach, co oznacza, że kolejka stale rosła.

Dla przedsiębiorców planujących sukcesję to nie jest abstrakcyjny problem. Fundacja rodzinna nabywa osobowość prawną dopiero z chwilą wpisu do rejestru. Przez rok oczekiwania struktura istnieje tylko na papierze, majątek nie jest jeszcze prawnie chroniony, a sam fundator żyje ze świadomością, że gdyby coś mu się przydarzyło, całe planowanie sukcesyjne wzięłoby w łeb. To nie jest standard godny poważnej regulacji.

Ministerstwo Sprawiedliwości do tej pory nie przeprowadziło żadnej reformy postępowania rejestracyjnego, która rozwiązałaby ten problem systemowo. Wiele środowisk prawniczych postuluje dopuszczenie innych sądów okręgowych lub przynajmniej znaczące wzmocnienie kadrowe Piotrkowa. Na razie bez efektu.

Warto dodać, że problem rejestrowy dotknął nie tylko samych fundatorów, lecz odbił się też na jakości nadzoru. Jeden sąd, obsługujący kilka tysięcy spraw z całego kraju przy narastającym backlogu, siłą rzeczy nie jest w stanie prowadzić pogłębionej weryfikacji statutów i dokumentacji. Dane potwierdzają to pośrednio: w pierwszym roku funkcjonowania ustawy sąd rozpoznał ponad tysiąc wniosków i w żadnym przypadku go nie odrzucił. Sto procent złożonych wniosków, które zakończyły postępowanie w tym czasie, kończyło się wpisem. Można to odczytać jako dowód dobrej jakości składanych dokumentów — ale można też zapytać, czy przy tego rodzaju obciążeniu sąd miał realne możliwości prowadzenia merytorycznej kontroli zgodności statutów z ustawą.

Budynek sądu z polską flagą pod pochmurnym niebem
Sąd pod chmurami — rejestr niby jawny, tylko trzeba wiedzieć, gdzie szukać i ile wysiłku wymaga dotarcie do informacji.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Raj podatkowy polityków, którzy go stworzyli

W marcu 2026 roku reporterzy TVN24 Łukasz Frątczak i Szymon Żyśko opublikowali w programie „Czarno na białym" reportaż „Rodzinny raj". Nie było w nim dziennikarskich spekulacji. Były nazwiska, nazwy fundacji i konkretne ustalenia.

Zacznijmy od jawności. Rejestr fundacji rodzinnych jest, zgodnie z ustawą, jawny. Na papierze. W praktyce dostęp do pełnej dokumentacji — statutu, spisu mienia, listy beneficjentów — jest możliwy wyłącznie z jednego komputera w całej Polsce, ustawionego w Sądzie Okręgowym w Piotrkowie Trybunalskim. Nie przez internet. Nie zdalnie. Jeden terminal, jeden sąd. Żeby zobaczyć, kto co ukrywa w fundacji, trzeba pojechać do Piotrkowa, usiąść przy tym jednym komputerze i przeklikać rejestr ręcznie!. Dziennikarze TVN24 to zrobili. Nikt z nas nie będzie tego robił. Tak właśnie zaprojektowano tę „jawność".

A wśród fundatorów, których ustalili? Politycy. Ze wszystkich stron sceny politycznej, co jest szczególnie pouczające.

Fundacja Rodzinna Rodziny Mentzen — Sławomir Mentzen, lider Konfederacji, człowiek, który od lat jako swoje programowe hasło głosi: mniej podatków, mniej państwa, niech każdy zatrzymuje co zarobi. Mentzen zachęcał publicznie innych polityków do zakładania fundacji rodzinnych. Najwyraźniej wiedział, co mówi.

Fundacja Rodzinna RW — Przemysław Wipler, poseł Konfederacji. Reporterzy ustalili, że Wipler za pośrednictwem swojej fundacji udzielił kredytu samemu sobie. Zapytany o warunki tego kredytu, odpowiedział, że nie pamięta. Poseł Rzeczypospolitej nie pamięta warunków pożyczki, którą sam sobie udzielił przez własną fundację. To nie jest drobne niedopatrzenie. To jest dokładnie ten typ transakcji — nieprzejrzystej, niemożliwej do skontrolowania bez żmudnego śledztwa — przed którym przepisy o jawności miały chronić. Miały.

Fundacja Rodzinna KP76 — Daniel Obajtek, były prezes Orlenu, jedna z bufonowatych postaci ekosystemu władzy poprzedniej ekipy rządzącej.

Fundacja Rodzinna Vinci — Ryszard Petru, poseł, który w różnych konfiguracjach i barwach partyjnych obecny jest w polskiej polityce od dekad.

Do tego dochodzi Fundacja Rodzinna Lucida Futura należąca do Radosława Piesiewicza, szefa Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Obóz rządzący, opozycja, środowisko sportowe. Lewica, prawica, centrum. Ustawa o fundacji rodzinnej okazała się jedyną kwestią, w której polska klasa polityczna potrafi działać ponad podziałami.

Reakcja polityczna po emisji reportażu była natychmiastowa i pouczająco hipokrytyczna. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz z Polski 2050 napisała, że to „szok, jak na co dzień kłócący się politycy potrafią korzystać zgodnie, ponad politycznymi podziałami z raju podatkowego, który sami dla siebie stworzyli". Zapowiedziała projekt ustawy zmuszający parlamentarzystów i ministrów do ujawniania fundacji w oświadczeniach majątkowych.

Kilka liczb, które warto przy tej okazji zestawić. Polska 2050 współtworzy rząd od grudnia 2023 roku. Ustawa o fundacji rodzinnej obowiązuje od maja 2023. Od zaprzysiężenia rządu Tuska do marca 2026, kiedy TVN24 wyemitowało reportaż, minęły dwa lata i trzy miesiące. Przez ten czas Polska 2050 nie wystąpiła publicznie z własnym projektem zwiększającym transparentność fundacji rodzinnych. Inicjatywa pojawiła się dopiero po reportażu „Czarno na białym".

Jest też puenta do historii z Konfederacją. Mentzen odpowiedział Pełczyńskiej-Nałęcz, że od początku dobrowolnie ujawnia majątek swojej fundacji. Być może. Ale to „dobrowolnie" jest właśnie sednem problemu: politycy mogą ujawniać lub nie, wedle własnego uznania, bo ustawa ich do niczego nie zobowiązuje. Prywatna decyzja jednego posła o transparentności nie zastępuje systemowego obowiązku dla wszystkich. Szczególnie gdy system zaprojektowano tak, żeby nikt bez piotrkowskiego pielgrzymowania do jednego terminala niczego nie sprawdził.

Eleganckie szklane lobby nowoczesnego biurowca z widokiem na wieżowce nocą
Szklane lobby — eleganckie wnętrze świata, w którym „optymalizacja” brzmi znacznie lepiej niż unikanie podatków.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Trzy lata: rachunek

Po trzech latach obowiązywania ustawy o fundacji rodzinnej widać dwa równoległe światy. W jednym część polskich przedsiębiorców skorzystało z nowej instytucji zgodnie z jej celem, zabezpieczając ciągłość firm i planując przekazanie majątku kolejnym pokoleniom. To osiągnięcie realne i niemałe.

W drugim świecie projekt legislacyjny okazał się nieszczelny już od pierwszego dnia. Umożliwił agresywną optymalizację podatkową na skalę trudną do precyzyjnego zmierzenia, ale która, sądząc po słowach samego wiceministra finansów, sięga miliardów złotych. Przez trzy lata państwo nie zdołało skutecznie uszczelnić przepisów: jedna próba nie wyszła poza stadium zapowiedzi, druga skończyła się wetem prezydenta. Chaotyczny tryb prac legislacyjnych nadwyrężył przy tym zaufanie tych, którzy fundacje założyli uczciwie.

Cała historia ma jeszcze jeden wymiar, rzadko omawiany publicznie: prestiżowy. Polska długo starała się przekonać zamożnych przedsiębiorców, że system krajowy jest na tyle bezpieczny i przewidywalny, by nie trzeba było szukać ochrony za granicą. Fundacje rodzinne miały być sygnałem dojrzałości regulacyjnej. Tymczasem obraz, który wyłania się po trzech latach, jest odwrotny: przepisy zaprojektowane pospiesznie, dziury zamiast mechanizmów zabezpieczających, dwukrotna nieudana próba naprawy i system, który — według własnego wiceministra — staje się coraz bardziej dziurawy. To niezbyt dobra wizytówka.

Słowo „patologia" w tytule tego artykułu nie odnosi się wyłącznie do optymalizacji podatkowej. Instrument, który miał umożliwiać dziedziczenie majątków bez ich rozbijania, w praktyce stał się mechanizmem oszustwa podatkowego dla najzamożniejszych. Działa ono na koszt tych, których na fundację nie stać. Do tego dochodzi jawność rejestru istniejąca tylko na papierze, dostępna z jednego komputera w Piotrkowie. I co wyjątkowo bulwersjujące, dochodzą również politycy, którzy te przepisy współtworzyli lub im się przyglądali, a sami zakładali fundacje dla siebie, bez obowiązku ujawnienia tego w oświadczeniu majątkowym. Wreszcie trzy lata bezradności państwa, które widziało problem, dwa razy próbowało go naprawić i dwa razy zaliczyło wpadkę.

Patologia jest nie tylko w przedsiębiorcach, którzy skorzystali z furtki. Ona jest w systemie, który tę furtkę zostawił szeroko otwartą — i chronił ją, bo korzystali z niej ci sami, którzy ją projektowali i mieliby ją też zamknąć.

Kolejny projekt nowelizacji ma pojawić się latem 2026 roku. Jeśli rzeczywiście powstanie, przejdzie przez parlament i zostanie podpisany przez prezydenta, pokaże nam, czy ktoś tym razem zadał sobie trud sprawdzenia, jak analogiczne regulacje funkcjonują w Niemczech, Austrii czy Holandii, zanim ustawa trafi pod głosowanie.

Ale na to pytanie odpowiedzi udzieli Trzyletnik za kolejne trzy lata.


Literatura i źródła