Latem 1787 roku w Filadelfii panował nieznośny skwar. Okna Pennsylvania State House (dziś znany jako Independence Hall) zamknięto szczelnie, by rozmowy toczące się w środku nie wydostały się na ulicę. Pięćdziesięciu pięciu mężczyzn w kaftanach z grubego sukna spierało się przez blisko cztery miesiące o to, jak urządzić państwo, które ledwie co wyszło z wojny o niepodległość. Trzy i pół roku później, wczesnym rankiem 3 maja 1791 roku, w Warszawie inni mężczyźni zbierali się w pośpiechu na Zamku Królewskim, wiedząc, że mają kilka godzin, zanim wrogowie reformy zorientują się, co się święci. Jedni i drudzy chcieli napisać historię. Jednym się to udało w sposób, który przetrwał wieki. Drugim — na czternaście miesięcy.

To jest historia dwóch konstytucji: dokumentów bliźniaczo podobnych w inspiracjach i radykalnie różnych w losach.

Świat, który trzeba było na nowo urządzić

Żeby zrozumieć, dlaczego w ciągu zaledwie czterech lat (między 1787 a 1791 rokiem) dwa różne narody poczuły konieczność napisania nowych ustaw zasadniczych, trzeba cofnąć się o kilkadziesiąt lat wstecz i zajrzeć do paryskich salonów, londyńskich kawiarni i szkockich akademii.

Oświecenie było projektem intelektualnym o zasięgu kontynentalnym. Filozofowie, prawnicy i ekonomiści zadawali pytania, których poprzednie pokolenia albo nie śmieli postawić, albo uznawali za bluźnierstwo: skąd władca czerpie legitymizację do rządzenia? Czy prawo naturalne stoi ponad prawem królewskim? Co wolno ludowi, gdy władza łamie umowę społeczną? Monteskiusz w O duchu praw z 1748 roku zaproponował trójpodział władzy jako receptę na tyranie. Locke pisał o niezbywanych prawach jednostki. Rousseau budował koncepcję suwerenności ludu. Te trzy nazwiska będą się pojawiać w obradach zarówno w Filadelfii, jak i w Warszawie.

Coś istotnego odróżniało jednak podejście polskie od amerykańskiego. W Filadelfii tworzono nowe państwo od zera, pisząc reguły na czystej kartce. W Warszawie reformatorzy musieli operować w ramach istniejącej, wielowiekowej struktury szlacheckiej republiki z całym jej bagażem przywilejów, pretensjów i sprzecznych interesów. Ameryka miała pewną przewagę: zaczynała od rewolucyjnego przełomu, który zresetował stary porządek. Polska musiała go reformować od środka, walcząc z każdym posłem, który widział w reformach zamach na swoją wolność.

Ale sama filozofia nie wystarczyłaby, żeby napisać konstytucję. Do tego potrzeba było kryzysu. W obu przypadkach kryzys nadszedł.

Stany Zjednoczone przed konstytucją: sojusz bez kręgosłupa

Cztery lata po zakończeniu rewolucyjnej wojny z Wielką Brytanią i świeżo podpisanym traktacie paryskim z 1783 roku Stany Zjednoczone były państwem tylko z nazwy. Artykuły Konfederacji, obowiązujące od 1781 roku, tworzyły twór prawny przypominający bardziej klub wzajemnej pomocy niż sprawne państwo. Kongres nie mógł nakładać podatków, nie miał prawa regulować handlu między stanami, nie dysponował własną armią. Jeśli któryś ze stanów postanowił nie wykonywać decyzji centralnych, nie istniał żaden mechanizm wymuszenia.

Skutki były bolesne i konkretne. Rząd konfederacji tonął w długach po wojnie, nie mogąc zebrać środków na ich spłatę. Poszczególne stany narzucały sobie nawzajem cła i obwarowania handlowe. W Massachusetts w 1786 roku wybuchło powstanie Shaysa, zbrojny bunt zadłużonych farmerów, z którym rząd federalny nie był w stanie nic zrobić, bo nie miał armii. Musiano opłacić prywatne siły zbrojne ze zbiórek od zamożnych obywateli.

To był sygnał alarmowy, który zebrał przywódców politycznych w Annapolis we wrześniu 1786 roku. Delegaci z pięciu stanów postanowili zaapelować o zwołanie szerszej konwencji w Filadelfii. Kongres niechętnie się zgodził, zaznaczając, że celem ma być jedynie rewizja istniejących Artykułów Konfederacji. Delegaci mieli inne zdanie.

Filadelfia, lato 1787

Konwencja konstytucyjna zbierała się oficjalnie od 25 maja 1787 roku w Pennsylvania State House, budynku, który dekadę wcześniej był świadkiem podpisania Deklaracji Niepodległości. Spośród siedemdziesięciu czterech wyznaczonych delegatów przybyło pięćdziesięciu pięciu. Jedynym stanem niereprezentowanym było Rhode Island, które zbojkotowało konwencję, obawiając się wzmocnienia władzy federalnej.

Na przewodniczącego jednogłośnie wybrano Jerzego Waszyngtona, bohatera wojennego, człowieka o niekwestionowanym autorytecie moralnym. Waszyngton siedział przez całe obrady w wysokim drewnianym fotelu na podwyższeniu, w starym mundurze wojskowym, interweniując rzadko. Jego obecność nadawała zgromadzeniu powagę, której potrzebowało.

Prawdziwym motorem intelektualnym konwencji był James Madison z Wirginii. Trzydziestosześcioletni polityk przybył do Filadelfii jedenaście dni przed otwarciem obrad i zaczął natychmiast działać. Wcześniej przez tygodnie studiował historię republik i konfederacji starożytnej Grecji, współczesnej Szwajcarii, Holandii. Napisał esej pod tytułem Wady systemu politycznego Stanów Zjednoczonych, w którym systematycznie wyliczał słabości istniejącego ustroju. Kiedy delegaci z Wirginii usiedli razem z Pensylwańczykami przed otwarciem konwencji, gotowy był już zarys nowego dokumentu — tak zwany Plan Wirgiński, który stał się punktem wyjścia całych obrad.

Delegaci porzucili oficjalny mandat już w pierwszych dniach. Zamiast poprawiać Artykuły Konfederacji, postanowili napisać konstytucję od zera.

Obrady toczono w absolutnej tajemnicy. Okna szczelnie zamknięto mimo upałów. Dzienniki i notatki zakazano wynosić. Wiemy o przebiegu dyskusji głównie dzięki szczegółowym notatkom Madisona, które przez dekady nie trafiły do druku. Skrzętnie chroniono możliwość szczerej debaty: gdyby każde słowo natychmiast trafiało na łamy gazet, nikt nie odważyłby się na kompromis.

A kompromisów było mnóstwo. Małe stany nie chciały być zdominowane przez duże. Duże stany upierały się przy reprezentacji proporcjonalnej do liczby ludności. Wynikiem był „Wielki Kompromis" z Connecticut: dwuizbowy kongres, gdzie w Senacie każdy stan ma po dwóch senatorów niezależnie od wielkości, a w Izbie Reprezentantów mandaty rozdzielane są proporcjonalnie. Osobną, brudną kwestią było niewolnictwo. Południe żądało liczenia niewolników przy ustalaniu liczby mandatów. Wynegocjowany tzw. kompromis trzech piątych (niewolnik liczył się jako trzy piąte wolnego człowieka do celów reprezentacji) pozwolił utrzymać jedność konwencji, odrzucając przy tym pytania moralne, które za kilkadziesiąt lat pochłoną pół miliona istnień.

Ważną kwestią sporną były kompetencje nowego prezydenta — urzędu, który w ogóle nie istniał w Artykułach Konfederacji. Delegaci długo spierali się o sposób jego wyboru. Wybory powszechne przez cały naród? Zbyt demokratyczne, bali się tyranii tłumu. Wybór przez kongres? Zbyt uzależniałby egzekutywę od legislatywy. W końcu wymyślono Kolegium Elektorów: pośredni mechanizm, który każdemu stanowi przyznawał liczbę elektorów równą łącznej liczbie jego kongresmenów i senatorów. Rozwiązanie zawiłe, akceptowalne dla większości jako mniejsze zło w stosunku do dostępnych alternatyw.

Gotowy tekst Konstytucji, cztery strony pergaminu, trzydziestu dziewięciu spośród czterdziestu dwóch obecnych delegatów podpisało 17 września 1787 roku. Benjamin Franklin, osiemdziesięciodwuletni patriarcha zgromadzenia zbyt chory, by stać, kazał odczytać przygotowane wcześniej słowa. Przyznawał, że dokument nie jest doskonały, ale ufał mądrości zbiorowej i prosił wszystkich, żeby zwątpili nieco we własną nieomylność i podpisali.

Konstytucja weszła w życie 4 marca 1789 roku, gdy wystarczająca liczba stanów ją ratyfikowała. Nie obyło się bez walki: federaliści i antyfederaliści toczyli gorącą debatę publiczną, której owocem był cykl esejów Federalist Papers Madisona, Hamiltona i Jaya, do dziś uznawany za jeden z najważniejszych traktatów politycznych nowożytności. Ceną za ratyfikację przez sceptyczne stany była obietnica szybkiego dopisania katalogu praw obywatelskich. Madison dotrzymał słowa. 15 grudnia 1791 roku weszła w życie Karta Praw, dziesięć poprawek do Konstytucji gwarantujących wolność słowa, wyznania, prasy, nietykalność osobistą i szereg innych fundamentalnych wolności.

Warto zwrócić uwagę na jeden szczegół często pomijany w opowieściach o konstytucji: dwaj z najbardziej znanych ojców założycieli nie maczali w niej palców. Thomas Jefferson przebywał wówczas jako wysłannik dyplomatyczny we Francji, obserwując rewolucję z bliska. John Adams pełnił misję dyplomatyczną w Londynie. Obaj komentowali tekst z odległości — Jefferson, choć doceniał strukturę dokumentu, uważał, że brakuje mu wyraźnej karty praw. Miał rację i w końcu ją dopisano.

Sala obrad jako miejsce pracy i dyskusji nad konstytucją – symbol narodzin nowoczesnego porządku prawnego
Sala obrad jako przestrzeń pracy, sporów i kompromisów prowadzących do powstania konstytucji – miejsce, gdzie idee polityczne stają się zapisanym prawem.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Rzeczpospolita Obojga Narodów: choroba przewlekła

W tym samym czasie po drugiej stronie Atlantyku Rzeczpospolita Obojga Narodów przeżywała kryzys o zupełnie innym charakterze. Polska nie była nowym państwem szukającym ustroju. Była starym państwem, które własny ustrój trawiło od środka.

Liberum veto — prawo każdego pojedynczego posła do zerwania sejmu i unieważnienia wszystkich podjętych na nim uchwał — przez ponad sto lat skutecznie paraliżowało życie polityczne. Między 1652 a 1791 rokiem zerwano w ten sposób co najmniej czterdzieści cztery sejmy. Wolna elekcja, czyli wybór każdego kolejnego króla przez szlachtę, zapraszała ościenne mocarstwa do ingerowania w polską politykę poprzez przekupywanie elektorów. Magnaci tworzyli konfederacje, które potrafiły wypowiedzieć posłuszeństwo królowi. Armia liczyła zaledwie kilkanaście tysięcy żołnierzy — w państwie zajmującym ponad pół miliona kilometrów kwadratowych i zamieszkałym przez dziewięć milionów ludzi

W 1772 roku Rosja, Prusy i Austria przeprowadziły pierwszy rozbiór Polski, odcinając od Rzeczpospolitej ok. trzydziestu procent terytorium i ponad jedną trzecią ludności. Był to dowód dobitny i bolesny, że kraj potrzebuje reformy albo przestanie istnieć.

Lata, które minęły od pierwszego rozbioru, przyniosły niemało głosów wzywających do reform. Komisja Edukacji Narodowej, powołana w 1773 roku (pierwsza tego rodzaju instytucja rządowa w Europie), systematycznie modernizowała szkolnictwo i przygotowywała nowe pokolenie oświeconych Polaków. Publicyści, prawnicy i duchowni pisali memoriały o konieczności naprawy państwa. Hugo Kołłątaj jako rektor Akademii Krakowskiej reformował uczelnię, wpuszczając do niej studentów z mieszczaństwa i wprowadzając nauki przyrodnicze. Nie był to ruch rewolucyjny w stylu francuskim. Był to powolny, konsekwentny projekt modernizacji od wewnątrz — z pełną świadomością, że czas ucieka.

Szansa nadarzyła się pod koniec lat osiemdziesiątych. Rosja, tradycyjny gwarant polskiej słabości, była zaangażowana w wojnę z Turcją. Prusy, z którymi Polska podpisała sojusz, wydawały się neutralizować rosyjskie zagrożenie. Sejm Wielki, zwany też Czteroletnim, zebrał się w Warszawie w październiku 1788 roku. Reformatorzy widzieli okno możliwości. Okno, które mogło się zamknąć lada chwila. Trzeba było działać szybko.

Warszawa, noc z 2 na 3 maja 1791

Praca nad nową konstytucją toczyła się w konspiracji. Głównym autorem tekstu był król Stanisław August Poniatowski — człowiek pełen sprzeczności, wykształcony, obeznany z oświeceniową Europą, ale politycznie słaby i nieraz uginający się przed rosyjskim naciskiem. Tym razem postanowił walczyć. Powierzył prace przygotowawcze Scipione Piattolemu, swojemu sekretarzowi, który sporządzał kolejne wersje projektu. Do prac włączyli się Ignacy Potocki — jeden z przywódców obozu patriotycznego, który wcześniej żywił do króla głęboki sceptycyzm — oraz Hugo Kołłątaj, wówczas już uznany publicysta i działacz polityczny.

Projekt był gotowy, ale reformatorzy wiedzieli, że regularne głosowanie może go pogrążyć. Przeciwnicy reform (łącznie z posłami opłacanymi przez Rosję, Prusy i Austrię) mieli dość głosów, żeby zablokować każdą zmianę. Potrzebny był chwyt taktyczny.

Wieczorem 2 maja 1791 roku w Pałacu Radziwiłłowskim (dzisiejszym Pałacu Prezydenckim) zebrali się zwolennicy reformy i wysłuchali głośnego odczytu projektu konstytucji. W nocy z 2 na 3 maja w domu marszałka Małachowskiego podpisali „Assekurację": zobowiązanie do popierania konstytucji słowem honoru. Wyznaczono obrady na 3 maja, nie ogłaszając publicznie terminu sesji, tylko imiennie wzywając zwolenników reformy. Liczono na to, że główni oponenci nie wrócili jeszcze z wielkanocnej przerwy. Tak też było.

Rankiem 3 maja 1791 roku plac przed Zamkiem Królewskim wypełnił tłum mieszczan warszawskich przybyłych z chorągwiami cechowymi. To był efekt zabiegów Kołłątaja, który zadbał, żeby reformatorzy nie byli sami w tej chwili. Na sali sejmowej odczytano depesze dyplomatyczne sugerujące, że Polsce grozi kolejny rozbiór. Ignacy Potocki zwrócił się do króla, by ujawnił swój projekt ratowania ojczyzny. Stanisław August wstał i zaprzysiągł Ustawę Rządową — przez aklamację, pośród wołań i płaczu na galeriach.

Sesja trwała siedem godzin. Po jej zakończeniu król udał się w procesji do archikatedry Świętego Jana. Tłum niósł go niemal na rękach.

Co zawierały te dokumenty

Oba dokumenty wyrosły z Monteskiusza — i od Monteskiusza zaczyna się też ich rozbieżność. Konstytucja amerykańska dzieliła władzę między kongres dwuizbowy (ustawodawcza), prezydenta (wykonawcza) i Sąd Najwyższy (sądownicza), budując rozbudowany system wzajemnych hamulców i równoważników. Konstytucja majowa również wprowadzała trójpodział, ale osadzony w strukturze monarchii konstytucyjnej: władzę wykonawczą sprawował król ze Strażą Praw odpowiedzialną przed sejmem, ustawodawczą — dwuizbowy sejm, sądowniczą — niezależne sądy.

Różnica fundamentalna: Ameryka wybrała republikę, Polska — konstytucyjną monarchię z dziedzicznym tronem. Likwidacja wolnej elekcji była jednym z kluczowych postanowień Konstytucji 3 Maja: po śmierci bezdzietnego Stanisława Augusta tron miał przejść do dynastii Wettynów. Brzmi to może konserwatywnie, ale kontekst jest istotny. Wolna elekcja przez dekady była główną furtą dla obcych ingerencji w polską politykę. Jej zniesienie było krokiem ku suwerenności, nie ku absolutyzmowi.

Obie konstytucje znosiły instytucje blokujące sprawne rządzenie. W Stanach Zjednoczonych — Artykuły Konfederacji z ich bezsilnym kongresem. W Polsce — liberum veto, które Konstytucja 3 Maja zlikwidowała, wprowadzając głosowanie większością. Zniesiono też konfederacje i sejmiki szlacheckie jako narzędzie zrywania reform.

Konstytucja majowa zawierała też konkretne reformy gospodarcze i wojskowe. Armia miała wzrosnąć do stu tysięcy żołnierzy, a stałe podatki objąć szlachtę (dziesięć procent dochodów) i duchowieństwo (dwadzieścia procent). Szlachta-gołota, tradycyjnie podatna na przekupstwo przez obcych agentów, traciła część immunitetów prawnych. Mieszczanie miast królewskich dostawali prawo do nietykalności osobistej i majątkowej, dostęp do stanowisk oficerskich i urzędniczych, a nawet możliwość nobilitacji. Była to poważna rewolucja w hierarchii społecznej, tyle że przeprowadzona ostrożnie i stopniowo.

W kwestiach społecznych obie konstytucje były produktami swoich czasów, czyli głęboko niekonsekwentne. Konstytucja amerykańska milczała o niewolnictwie, zezwalając na trwanie instytucji, która była jej bezpośrednią negacją. Konstytucja majowa objęła opieką prawną mieszczan, rozszerzając ich prawa niemal do poziomu szlacheckich, ale nie rozwiązała kwestii chłopskiej. Pańszczyzna i zależność feudalna pozostały nienaruszone; przepis o chłopach pod „opieką prawa" był w praktyce deklaracją bez zębów. Kołłątaj chciał czegoś więcej, ale radykalne rozwiązania nie uzyskały poparcia.

Czternaście miesięcy i dwieście lat

Tyle podobieństw. Dalej każda z tych konstytucji poszła własną drogą — i nie mogły być to drogi bardziej różne.

Konstytucja amerykańska obowiązuje do dziś. Jest najstarszą pisaną konstytucją na świecie, która wciąż funkcjonuje jako najwyższe prawo państwa. Przez ponad dwieście trzydzieści lat przeszła przez dwadzieścia siedem formalnych poprawek, od zakazu niewolnictwa przez równe prawa do głosowania po limit kadencji prezydenta. Wyjątkowo oporny na zmiany mechanizm ratyfikacyjny (wymagający zgody dwóch trzecich Kongresu i trzech czwartych stanów) sprawił, że tekst jest stały, a interpretacja ewoluuje przez orzecznictwo Sądu Najwyższego.

Konstytucja 3 Maja przetrwała czternaście miesięcy.

18 maja 1792 roku magnackie stronnictwo targowickie ogłosiło konfederację (zawiązaną faktycznie kilka tygodni wcześniej w Petersburgu) i wezwało wojska rosyjskie do Polski, deklarując, że broni dawnych wolności szlacheckich zagrożonych przez konstytucję. Na czele stali Szczęsny Potocki, Seweryn Rzewuski i Franciszek Ksawery Branicki. Katarzyna II nie dała się długo prosić. Wojska rosyjskie wkroczyły. Stanisław August, pod presją i po klęskach militarnych, przystąpił do konfederacji targowickiej, ratując siebie za cenę zdrady własnego dzieła. Konstytucja majowa formalnie przestała obowiązywać. W 1793 roku nastąpił drugi rozbiór. Dwa lata później — trzeci. Polska zniknęła z map na sto dwadzieścia trzy lata.

Twórcy Konstytucji 3 Maja określili ją z gorzką przenikliwością jako „ostatnią wolę i testament gasnącej Ojczyzny". Trafniej nie mogli powiedzieć.

Dlaczego jedna przeżyła, a druga nie

To pytanie, które nie daje spokoju nikomu, kto zestawia te dwie konstytucje obok siebie.

Geopolityka to oczywisty czynnik. Stany Zjednoczone leżały za oceanem, oddzielone od europejskich mocarstw tysiącami mil wody. Polska graniczyła z trzema zachłannymi imperiami, które miały zarówno motyw, jak i środki do interwencji. Gdy Rosja zdecydowała się obalić reformy, nic nie stało jej na przeszkodzie.

Konstytucja amerykańska zyskała czas na zakorzenienie. Pierwsze lata jej obowiązywania to Waszyngton i Adams, prezydenci, którzy rozumieli, że ich rolą jest ustanowienie precedensów, nie zdobycie władzy absolutnej. Waszyngton dobrowolnie zrezygnował po dwóch kadencjach, precedens powtarzany przez ponad sto lat. Instytucje okrzepły, zanim pojawiły się poważne kryzysy.

Konstytucja polska nie miała czasu na okrzepnięcie. Miała czternaście miesięcy i przez cały ten czas trwała w warunkach oblężenia politycznego. Reformatorzy wiedzieli, że wyścig z czasem i z Rosją może się skończyć tylko tak, jak się skończył.

Był też problem wewnętrzny. Ameryka miała antyfederalistów, ale żaden z nich nie prosił obcego mocarstwa o wojskową pomoc w zniszczeniu własnego państwa. W Polsce magnacka opozycja targowicka dokładnie to zrobiła. Trudno zbudować nowoczesne państwo, gdy część elity politycznej wyobraża sobie własny interes jako ważniejszy niż przeżycie kraju.

Był też wymiar finansowy. Reformy potrzebują czasu, żeby zakorzenić się ekonomicznie i instytucjonalnie. W Stanach Zjednoczonych Alexander Hamilton jako pierwszy sekretarz skarbu miał lata na budowanie systemu finansów federalnych: banku centralnego, rynku obligacji, taryf celnych. Kiedy pierwsze kryzysy polityczne przyszły (jak bunt przeciwko akcyzie whisky w 1794 roku), państwo miało już dość zasobów instytucjonalnych, by je absorbować. Polska reformowała się na kredyt czasu, którego nie miała.

Independence Hall w Filadelfii – miejsce narodzin amerykańskiej konstytucji i symbol nowoczesnego konstytucjonalizmu
Independence Hall w Filadelfii – historyczne miejsce debat nad konstytucją Stanów Zjednoczonych oraz jeden z najważniejszych symboli nowoczesnego konstytucjonalizmu.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Dwa dokumenty, jeden duch

Konstytucja polska i konstytucja amerykańska wyrosły z tej samej gleby: przekonania, że prawa człowieka nie są darem łaski władców, lecz czymś, co przysługuje ludziom z natury i co należy trwale utrwalić w prawie. Oba dokumenty wprowadzały trójpodział władzy, ograniczały samowolę rządzących, próbowały stworzyć mechanizmy, które przetrwałyby niejednego nieudolnego polityka. W tym sensie były projektem jednej generacji, myślącej jednym językiem.

Konstytucja 3 Maja była bez wątpienia dokumentem rewolucyjnym jak na ówczesne europejskie standardy: pierwszą w Europie i drugą na świecie nowoczesną ustawą zasadniczą. Że obowiązywała krótko, nie umniejsza jej historycznej wagi. Przez ponad sto lat zaborów była punktem odniesienia, dowodem, że Polacy potrafili stworzyć nowoczesne państwo, opowieścią przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Świadomość, że Polska zdołała stworzyć nowoczesne prawo, zanim rozbiory wymazały ją z mapy, przez dekady dawała zaborowej inteligencji siłę do myślenia o przyszłości.

Warto też przypomnieć, że Konstytucja 3 Maja wywołała żywe reakcje w Europie. Gazety angielskie i holenderskie donosiły o jej uchwaleniu z wyraźnym podziwem. Edmund Burke, konserwatysta i krytyk rewolucji francuskiej, wyraził uznanie dla polskich reform jako przykładu mądrej, stopniowej zmiany — w oczywistej opozycji do tego, co działo się jednocześnie w Paryżu. Wzajemność inspiracji między Polską a Stanami była zresztą bezpośrednia: reforma polska wzorzyła się na konstytucji amerykańskiej, a polscy posłowie wiedzieli, co uchwalono w Filadelfii.

Konstytucja amerykańska jest żywym dokumentem — dosłownie i w przenośni. Jej interpretacja zmienia się z każdym pokoleniem, z każdym składem Sądu Najwyższego, z każdym politycznym cyklem. Ale sama litera pozostaje zadziwiająco niezmieniona: siedem artykułów i dwadzieścia siedem poprawek, z których pierwsze dziesięć dopisano właściwie od razu.

W 1791 roku zarówno w Filadelfii, jak i w Warszawie ludzie uwierzyli, że słowa zapisane na pergaminie mogą zmienić świat. Jeden z tych pergaminów wisi dziś w klimatyzowanej gablocie w Rotundzie Archiwum Narodowego w Waszyngtonie. Drugi leży w Archiwum Głównym Akt Dawnych w Warszawie, z nieodżałowaną 14-miesięczną historią obowiązywania i wieczystą historią jako symbol.

Oba są dowodem na to, że w pewnych momentach dziejowych pomysł — dobrze zapisany, dobrze uzasadniony, dobrze ogłoszony — może być ważniejszy niż armia. Choć armia, jak się okazuje, bywa niezbędna, żeby pomysł obronić.

Historia obu konstytucji jest w pewnym sensie historią dwóch różnych odpowiedzi na to samo pytanie: co pozwala instytucjom przetrwać? Ameryka odpowiedziała: czas, kompromis i ocean. Polska odpowiedź, choć równie mądra i odważna, nie miała szansy wybrzmieć do końca. Pozostała jako testament, jako obietnica, którą spełniono dopiero w następnym stuleciu.


Literatura i źródła