Seria, która przez ponad sześćdziesiąt lat pozostawała jednym z najbardziej rozpoznawalnych zjawisk polskiej kultury popularnej, zawdzięcza swoje narodziny politycznemu zbiegowi okoliczności. I ta przypadkowość wiele mówi o naturze komiksu, który — choć pisany dla dzieci — nigdy do końca nie należał wyłącznie do nich.
Szympans z polityczną przepustką
Henryk Jerzy Chmielewski, rocznik 1923, warszawiak urodzony przy Nowomiejskiej, rysownik z wojennym doświadczeniem Powstania Warszawskiego — pseudonim „Jupiter" — i powojenną praktyką w redakcji „Świata Młodych", miał gotowy komiks o dwóch chłopcach i szympansie jeszcze w 1956 roku. Problem polegał na tym, że tematyka kosmiczna — rakiety, loty w przestrzeń — była w Polsce Ludowej terytorium propagandowym, ściśle kontrolowanym. Historyjka o małpie w kosmosie leżała więc w redakcyjnym archiwum, czekając na odpowiedni moment.
Moment nadszedł 4 października 1957 roku, kiedy Związek Radziecki wystrzelił Sputnika. Nagle kosmos stał się tematem nie tylko dopuszczalnym, lecz wręcz pożądanym. Chmielewski opowiadał potem z rozbawieniem, że decydujący był entuzjazm syna jednego z urzędników Wydziału Prasowego KC PZPR. Osiemnaście dni po Sputniku, 22 października, na łamach „Świata Młodych" ukazał się pierwszy odcinek. Tytus pojawił się dopiero w kolejnym numerze — i natychmiast zdominował całą serię.
W wersji gazetowej szympans był małpą doświadczalną obcego naukowca, znalezioną na pokładzie rakiety. W pierwszym wydaniu albumowym z 1966 roku Chmielewski przepisał genezę: Tytus wyłania się z przypadkowej plamy tuszu na podłodze pracowni autora. Zmiana nie była kosmetyczna. Wersja gazetowa wpisywała się w zimnowojenną propagandę; album otwierał grę z konwencją — metatekstową, surrealistyczną, zupełnie inną w tonie.
Podwójny kod
Centralnym pomysłem serii jest uczłowieczanie szympansa. Romek i A’Tomek — dwaj harcerze, opiekunowie Tytusa — próbują uczynić z niego człowieka. Uczą go, prowadzą przez kolejne zawody i role społeczne: Tytus bywa kosmonautą, żołnierzem, dziennikarzem, olimpijczykiem, kowbojem, a nawet piernikarzem w średniowiecznym Toruniu. Projekt nigdy nie dochodzi do końca. W decydującym momencie instynkt zwycięża nad edukacją, impulsywność nad dyscypliną, małpia natura przebija przez ludzki kostium.
I właśnie ta niedokończoność czyni serię czymś więcej niż komiksem dydaktycznym. Można czytać Tytusa jako opowieść o socjalizacji — o tym, co odróżnia nas od zwierząt. Można też widzieć w nim ironiczny komentarz do PRL-owskiego projektu kształtowania nowego człowieka, przeniesionego na postać, która z definicji człowiekiem nie jest.
Chmielewski budował ten podwójny kod z rosnącą maestrią. Gry słowne, wieloznaczne nazwiska postaci drugoplanowych, napisy na szyldach i banerach — wszystko to działało na dwóch poziomach jednocześnie. Dziecko śmiało się z fizycznego humoru i absurdalnych maszyn profesora T.Alenta. Dorosły, czytający przez ramię, wychwytywał aluzje do rzeczywistości, której oficjalnie nie wolno było nazywać wprost. Kiedy w jednej z Ksiąg pojawiło się zdanie „Precz z preczem", zrobiło karierę w pewnych kręgach jako gramatyczny absurd podniesiony do rangi mądrości. Komiks mówił w dwóch językach naraz i obu był wierny.
Korytarz ideologiczny
Seria od pierwszych lat istniała pod presją. Kiedy w 1965 roku Wydawnictwo Harcerskie przejęło prawa, bohaterowie musieli zostać harcerzami — nie z woli autora, lecz dlatego, że wydawca miał licencję wyłącznie na tematykę harcerską. Wczesne Księgi nosiły wyraźne ślady propagandy: gloryfikacja armii, krytyka kapitalizmu, wzorcowa młodzież PRL.
Ale Chmielewski, krok po kroku, poszerzał granice. Od mniej więcej Księgi XIII pojawiła się zawoalowana krytyka systemu — dyskretna, wpleciona w absurdalny humor, ale czytelna dla uważnego odbiorcy. Po 1989 roku presja nie znikła, tylko zmieniła nadawcę. Do pracowni autora przychodzili emisariusze nowych ideologii z prośbami o zaangażowanie serii w ich sprawy. Chmielewski odpowiadał na to z iście szympansią zręcznością: szympansa nie da się oskarżyć o poglądy.
Seria nie była wolna od kompromisów, ale żaden z nich nie zniszczył jej rdzenia. Trzydzieści jeden Ksiąg, wydawanych od 1966 do 2021 roku, przeszło przez PRL, transformację ustrojową, internet i erę cyfrową. Nie każda Księga miała jednakową wartość — krytycy i fani wskazują lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte jako złoty wiek — ale ciągłość stylu i tożsamości serii na przestrzeni ponad pół wieku jest zjawiskiem wyjątkowym w polskiej kulturze.
Trwalszy niż systemy
Henryk Jerzy Chmielewski zmarł 22 stycznia 2021 roku. Miał dziewięćdziesiąt siedem lat. Powstaniec Warszawski, pseudonim „Jupiter". Kawaler Orderu Orła Białego i Orderu Uśmiechu. Jedenaście milionów sprzedanych egzemplarzy jego serii — przy czterdziestu milionach mieszkańców kraju, to liczba, która nie potrzebuje komentarza.
Seria wykraczała poza komiks: była spektaklem teatralnym, filmem animowanym, grą, znaczkiem pocztowym, muralem na ścianie szkoły. Ale jej trwałość nie wynika z ekspansji na inne formaty. Wynika z czegoś prostszego — z tego, że Tytus jest postacią, którą kolejne pokolenia rozumiały na nowo, za każdym razem znajdując w niej coś innego.
Dziecko z lat siedemdziesiątych śmiało się z Wannolotu. Dorosły z lat osiemdziesiątych wychwytywał podteksty. Rodzic z lat dwutysięcznych czytał to samo swoim dzieciom i odkrywał warstwy, których wcześniej nie zauważył. Seria rosła razem ze swoimi czytelnikami — a kiedy ci dorastali, przychodziły następne dzieci.
Na ścianie Szkoły Podstawowej numer 361 na warszawskiej Białołęce, noszącej imię Papcia Chmiela, wisi mural. Uczniowie chodzą obok niego codziennie. Większość z nich nie pamięta Sputnika ani Wydziału Prasowego KC. Ale wiedzą, że szympans z kleksem to ktoś, kogo warto znać — nawet jeśli nie potrafią do końca powiedzieć dlaczego.