Mało która formacja zbrojna XX wieku układa się w dwie tak nieprzystające do siebie opowieści. Jedna to opowieść o partyzantce, która przez ponad dekadę z karabinem w ręku stawiała opór dwóm totalitaryzmom. Druga to opowieść o sprawcach jednej z najokrutniejszych rzezi w dziejach. Kłopot w tym, że obie dotyczą tej samej armii — i obie są prawdziwe. Spróbujmy prześledzić, skąd wzięła się Ukraińska Powstańcza Armia, co zrobiła i dlaczego do dziś nie da się jej zamknąć w jednym zdaniu.

Korzenie: nacjonalizm, który nie znosił kompromisu

Żeby zrozumieć UPA, trzeba cofnąć się do międzywojnia. Po I wojnie światowej kilka milionów Ukraińców z Galicji Wschodniej i Wołynia znalazło się w granicach odrodzonej Polski — państwa, które ukraińska elita narodowa uważała za obce. Krótka próba zbudowania własnej republiki zakończyła się przegraną wojną o Lwów, a polityka II Rzeczypospolitej wobec ukraińskiej mniejszości bywała represyjna: niespełnione obietnice autonomii, ograniczanie szkolnictwa, brutalna pacyfikacja wsi w 1930 roku.

W tej atmosferze radykalizowało się młode pokolenie. W 1929 roku powstała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów — konspiracja czerpiąca z myśli Dmytra Doncowa, który gloryfikował przemoc i bezwzględność wobec wrogów narodu, a kompromis traktował jak słabość. W tej wizji przyszła Ukraina miała być etnicznie jednolita, a duża polska mniejszość — przeszkodą do usunięcia. To nie była tylko retoryka. Wojenny program organizacji przewidywał wprost usuwanie wrogo nastawionych Polaków i niszczenie ich warstw przywódczych. Tu, a nie wyłącznie w bieżących rachubach wojny, historycy szukają źródeł późniejszej tragedii.

Wołyń: zbrodnia, która miała uprzedzić historię

UPA jako zorganizowana siła skrystalizowała się na przełomie 1942 i 1943 roku, gdy radykalna frakcja Bandery przejęła monopol na ukraińską partyzantkę na Wołyniu. Jej szeregi szybko zasilili ukraińscy policjanci, którzy wcześniej służyli Niemcom — ludzie przeszkoleni w broni, a często mający już za sobą udział w eksterminacji Żydów.

Wiosną 1943 roku partyzantka skierowała broń przeciw nowemu celowi: polskim cywilom. Za pierwszy masowy mord uznaje się Parośl Pierwszą, gdzie oddział podający się za sowietów wymordował ponad sto pięćdziesiąt osób. Brak reakcji dowództwa odczytano jako przyzwolenie i przemoc rozlała się bez hamulców. Kulminacja przyszła w niedzielę 11 lipca 1943 roku — tego jednego dnia zaatakowano niemal sto polskich miejscowości, często otaczając kościoły pełne ludzi. Mordowano nie tyle z broni palnej, ile siekierami i widłami, paląc całe wsie. Ginęli starcy, kobiety, dzieci. Rok później fala przeniosła się do Galicji Wschodniej.

Według dominującego szacunku ukraińscy nacjonaliści zabili łącznie około stu tysięcy Polaków. Polska społeczność Wołynia, przed wojną licząca jakieś 350 tysięcy osób, praktycznie przestała istnieć. Za tą zbrodnią stała chłodna kalkulacja: skoro o powojennych granicach miało zdecydować to, kto faktycznie zamieszkuje dany teren, usunięcie Polaków miało z góry przekreślić ich roszczenia do tych ziem. Zbrodnia miała wyprzedzić historię.

Wojna, która nie skończyła się w 1945 roku

I tu zaczyna się druga, rzadziej w Polsce opowiadana część tej historii. Gdy front przesunął się na zachód, tereny UPA znalazły się pod władzą sowiecką, a formacja przeszła do pełnowymiarowej wojny podziemnej z ZSRR. Atakowała NKWD, sowiecką administrację i kołchozy; w jednym ze starć śmiertelnie raniła sowieckiego generała.

Sowieci odpowiedzieli bezwzględnie — regularnym wojskiem, masowymi deportacjami ludności cywilnej, a nawet fałszywymi oddziałami UPA, które popełniały zbrodnie, by zniszczyć zaufanie ludzi do partyzantów. Mimo to opór trwał wyjątkowo długo. Naczelny dowódca Roman Szuchewycz zginął otoczony pod Lwowem w 1950 roku, a pojedyncze grupy ukrywały się jeszcze w połowie lat pięćdziesiątych. Z ukraińskiej perspektywy była to jedna z najdłuższych i najzacieklejszych antysowieckich partyzantek w całym bloku wschodnim — i jedna z najkrwawszych.

To właśnie ten rozdział sprawia, że historii UPA nie da się zamknąć jednym słowem. Ten sam ruch, który mordował polskich cywilów, prowadził równocześnie realną, wykrwawiającą walkę o niepodległość narodu, który nie miał własnego państwa. Wielu szeregowych żołnierzy łączyło autentyczny patriotyzm z udziałem w zbrodni — i to połączenie jest być może najtrudniejsze do udźwignięcia.

Dwie prawdy, które nie chcą się zmieścić

Najtrudniejsza w tej opowieści nie jest chronologia, lecz ocena, bo te same fakty układają się w dwie nie do pogodzenia narracje. W polskiej pamięci UPA to przede wszystkim sprawca rzezi wołyńskiej — zbrodni o znamionach ludobójstwa, wymierzonej w bezbronnych ludzi wyłącznie z powodu narodowości; rocznicę krwawej niedzieli ustanowiono dniem pamięci ofiar. W narracji ukraińskiej, zwłaszcza tej oficjalnej, UPA jawi się jako armia walcząca o niepodległość przeciw dwóm imperiom, a Wołyń bywa wpisywany w ramy obustronnego konfliktu. W 2015 roku ukraiński parlament przyznał jej żołnierzom status bojowników o niepodległość.

Historycy spoza obu narodów — i ci polscy oraz ukraińscy badacze, którzy próbują wyjść poza narodowy interes — co do faktów są w dużej mierze zgodni. Skala mordów, ich zorganizowany charakter i sprawstwo struktur OUN i UPA nie są poważnie kwestionowane. Spór dotyczy raczej słów (czy trafniejsze jest „ludobójstwo", czy „czystka etniczna") oraz tego, na jakim szczeblu zapadła decyzja o eskalacji. Wniosek z tego trzeciego spojrzenia jest niewygodny dla obu stron: można jednocześnie uznać, że UPA była ruchem niepodległościowym i że dopuściła się masowej zbrodni na cywilach. Te zdania się nie wykluczają.

Dlatego pamięć o UPA wciąż dzieli sąsiadów, choć Polska stała się dziś głównym sojusznikiem walczącej Ukrainy. Symbolem sporu pozostały ekshumacje ofiar — latami blokowane, od 2025 roku wreszcie wznawiane po obu stronach granicy. I może właśnie ta wzajemność jest tu najważniejsza. Pojednanie nie polega na zliczeniu, czyje ofiary były liczniejsze, lecz na zgodzie, by patrzeć na całą tę historię bez wybierania z niej sobie wyłącznie wygodnej połowy. Najuczciwsza odpowiedź na pytanie „kim była UPA" brzmi więc niewygodnie: na dwa głosy naraz.