Mało która formacja zbrojna XX wieku wywołuje tak skrajnie różne emocje jak Ukraińska Powstańcza Armia. Dla części Ukraińców to bohaterowie walki o niepodległość, ludzie, którzy z karabinem w ręku przez ponad dekadę stawiali opór dwóm totalitaryzmom. Polacy, zwłaszcza potomkowie mieszkańców Wołynia i Małopolski Wschodniej, widzą w niej sprawców jednej z najokrutniejszych rzezi w dziejach narodu. Historycy spoza obu krajów traktują zaś UPA jako przykład tego, jak ruch narodowowyzwoleńczy może równocześnie walczyć o wolność własnego narodu i dopuszczać się masowych zbrodni na innym.

Te trzy spojrzenia rzadko się spotykają. Polskie i ukraińskie narracje przez dekady mijały się niemal całkowicie, a politycy obu państw używali tej historii jako narzędzia. Spróbujmy więc zrekonstruować, czym UPA była naprawdę: skąd się wzięła, co zrobiła, jak skończyła i dlaczego pamięć o niej wciąż dzieli sąsiadów.

Zanim powstała armia: korzenie konfliktu

Historii UPA nie da się zrozumieć bez tła międzywojnia. Po I wojnie światowej Ukraińcy z Galicji Wschodniej i Wołynia, kilka milionów ludzi, znaleźli się w granicach odrodzonej Rzeczypospolitej, choć krótko, na przełomie 1918 i 1919 roku, próbowali zbudować własne państwo (Zachodnioukraińską Republikę Ludową). Konflikt zbrojny o Lwów i Galicję Polska wygrała. Dla ukraińskiej elity narodowej oznaczało to życie w państwie, które uważali za obce i okupacyjne.

Druga Rzeczpospolita prowadziła wobec ludności ukraińskiej politykę niespójną i często represyjną. Obietnice autonomii nie zostały spełnione, ukraińskie szkolnictwo ograniczano, a w 1930 roku przeprowadzono brutalną pacyfikację wsi galicyjskich w odpowiedzi na akty sabotażu. Ta atmosfera radykalizowała młode pokolenie. W 1929 roku powstała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), formacja konspiracyjna o profilu skrajnie nacjonalistycznym, czerpiąca z ideologii integralnego nacjonalizmu Dmytra Doncowa. OUN posługiwała się terrorem. To jej członkowie zorganizowali w 1934 roku zamach na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, a wśród skazanych w procesie znalazł się młody działacz Stepan Bandera.

Ideologia OUN była przy tym czymś więcej niż dążeniem do własnego państwa. Czerpała z myśli Dmytra Doncowa, który gloryfikował przemoc, wolę walki i bezwzględność wobec wrogów narodu, odrzucając liberalizm i kompromis. W tej wizji przyszła Ukraina miała być etnicznie jednolita, a obecność dużych mniejszości, zwłaszcza polskiej, traktowano jako przeszkodę do usunięcia. Przyjęty wiosną 1941 roku program działania na czas wojny zawierał wytyczne dotyczące „polityki mniejszościowej", które przewidywały usuwanie wrogich Polaków, Żydów i Rosjan oraz niszczenie ich warstw przywódczych. To właśnie ten sposób myślenia, a nie jedynie bieżące rachuby wojenne, badacze wskazują jako jedno ze źródeł późniejszej tragedii.

W 1940 roku OUN rozpadła się na dwie frakcje. Starszych i bardziej umiarkowanych skupiał Andrij Melnyk (OUN-M), młodszych i radykalnych, gotowych do natychmiastowego powstania, przyciągnął Bandera (OUN-B). Gdy w czerwcu 1941 roku III Rzesza uderzyła na ZSRR, banderowcy widzieli w tym szansę. 30 czerwca 1941 roku we Lwowie proklamowali niepodległe państwo ukraińskie. Niemcy nie zamierzali jednak tolerować ukraińskiej samodzielności. Już we wrześniu aresztowali Banderę i jego współpracownika Jarosława Stećkę, a od stycznia 1942 roku obaj przebywali w specjalnym bloku obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, gdzie Bandera pozostał do jesieni 1944 roku.

Ta data ma znaczenie, o którym często się zapomina. W czasie, gdy na Wołyniu rozgrywała się rzeź Polaków, Stepan Bandera siedział w niemieckim obozie. Nie kierował tymi wydarzeniami osobiście. Jego nazwisko stało się symbolem całego ruchu i bywa dziś używane jako skrót myślowy, lecz bezpośrednią odpowiedzialność za zbrodnie ponosili inni dowódcy.

Narodziny UPA

Sama nazwa „Ukraińska Powstańcza Armia" nie należała początkowo do banderowców. Posługiwał się nią Taras Boroweć, ataman znany jako „Taras Bulba", który już od 1941 roku tworzył na Polesiu i Wołyniu własne oddziały partyzanckie (dziś dla odróżnienia nazywane Poleską Siczą). Były to formacje o charakterze bardziej niezależnym, walczące głównie z Sowietami i Niemcami.

Banderowcy świadomie przejęli rozpoznawalną już nazwę. Za oficjalną datę powstania UPA historycy ukraińscy przyjmują 14 października 1942 roku, dzień święta Pokrowy (Opieki Matki Bożej), choć w rzeczywistości formacja krystalizowała się stopniowo na przełomie 1942 i 1943 roku. W połowie 1943 roku banderowcy rozbili konkurencyjne oddziały Borowcia i melnykowców, zdobywając monopol na ukraińską partyzantkę w regionie.

Pierwszym szefem sztabu wojskowego był Wasyl Iwachiw, który zginął w starciu z Niemcami w maju 1943 roku. Dowództwo na Wołyniu przejął wówczas Dmytro Klaczkiwski, posługujący się pseudonimem „Kłym Sawur". To on uchodzi za głównego architekta antypolskiej akcji. Naczelnym dowódcą całej UPA został w 1943 roku Roman Szuchewycz, w czasach II RP jeden z organizatorów zamachów OUN, podczas wojny oficer batalionu „Nachtigall", a następnie ukraińskiego batalionu policyjnego w służbie niemieckiej. Po jego śmierci w 1950 roku resztkami podziemia kierował Wasyl Kuk, ujęty przez Sowietów w 1954 roku.

Szeregi UPA rosły szybko. W szczytowym momencie, w 1944 roku, liczbę żołnierzy szacuje się ostrożnie na 25–40 tysięcy, choć część autorów podaje wartości znacznie wyższe, jeśli wliczyć rezerwy i siatkę pomocniczą. Wielkim zastrzykiem kadr okazało się przejście do partyzantki wiosną 1943 roku ukraińskich policjantów ze służby niemieckiej. Byli to ludzie przeszkoleni w posługiwaniu się bronią, a wielu z nich miało już za sobą udział w niemieckich akcjach eksterminacyjnych wobec Żydów. Ukraiński politolog Iwan Kaczanowski wyliczył, że co najmniej 46 procent dowódców OUN-B i UPA miało w życiorysie epizod kolaboracji z Niemcami.

Relacje z Niemcami były zmienne. UPA okazjonalnie atakowała niemieckie posterunki, jednak pod koniec wojny, gdy wspólnym wrogiem stała się Armia Czerwona, dochodziło do faktycznej współpracy: Niemcy przekazywali broń, a ukraińskie podziemie dostarczało wywiadowi SD informacje o Sowietach.

Wołyń 1943

Wczesną wiosną 1943 roku ukraińska partyzantka rozpoczęła rajdy, których celem nie byli już tylko Niemcy czy Sowieci, lecz polscy cywile. Za pierwszy masowy mord uznaje się wydarzenia z 9 lutego 1943 roku we wsi Parośla Pierwsza w powiecie sarneńskim. Oddział podający się za sowieckich partyzantów poprosił mieszkańców o posiłek, a następnie obezwładnił i wymordował co najmniej 155 osób, według niektórych ustaleń ponad 170. Brak jakiejkolwiek negatywnej reakcji ze strony kierownictwa OUN został przez struktury wołyńskie odczytany jako przyzwolenie.

Przez kolejne miesiące przemoc narastała. Polacy zaczęli organizować samoobronę, czasem zdobywając broń od Niemców, co postawiło dowództwo UPA przed wyborem: wycofać się czy zaostrzyć działania. Wybrano to drugie. Kulminacja nastąpiła w niedzielę 11 lipca 1943 roku, gdy ukraińskie oddziały zaatakowały jednocześnie blisko sto polskich miejscowości, w wielu wypadkach otaczając kościoły wypełnione wiernymi. Tego jednego dnia zginęły tysiące ludzi. Akcja na Wołyniu trwała do późnej jesieni 1943 roku.

Metody były wyjątkowo okrutne. Ofiary nierzadko mordowano nie z broni palnej, lecz siekierami, widłami i innymi narzędziami gospodarskimi, paląc domostwa i całe wsie. Ginęli starcy, kobiety i dzieci. W napadach uczestniczyły niekiedy oddziały UPA wsparte przez miejscową ludność cywilną. Wiosną 1944 roku „antypolska akcja" przeniosła się do Galicji Wschodniej, na tereny województw lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego. Tam, według założeń, miała być mniej drastyczna i sprowadzać się do wypędzeń pod groźbą śmierci, lecz w praktyce wielokrotnie kończyła się mordem na wszystkich mieszkańcach. Pamięć utrwaliły nazwy konkretnych miejsc. W Podkamieniu oddział UPA wymordował w klasztorze dominikanów od stu do około dwustu osób, w Berezowicy Małej zginęło ponad sto. Osobnym przypadkiem była Huta Pieniacka, zniszczona 28 lutego 1944 roku. Tę polską wieś spacyfikował głównie 4. pułk policji SS złożony z ukraińskich ochotników do dywizji SS „Galizien", wspierany przez oddziały UPA i miejscowych nacjonalistów. Według różnych szacunków zginęło tam od sześciuset do około tysiąca Polaków. Przykład ten pokazuje, że antypolska przemoc w Galicji nie była dziełem wyłącznie UPA, lecz szerszego nurtu ukraińskiego nacjonalizmu zbrojnego.

Choć główną ofiarą byli Polacy, terror dotknął także inne grupy. Ginęli Żydzi ukrywający się po likwidacji gett, Czesi, mieszane rodziny polsko-ukraińskie oraz ci Ukraińcy, którzy odmawiali udziału w zbrodni lub ratowali sąsiadów. Wydana przez Instytut Pamięci Narodowej „Kresowa Księga Sprawiedliwych" dokumentuje 2527 Polaków uratowanych przez Ukraińców. Co najmniej 384 z tych ratujących przypłaciło pomoc życiem.

Wielokulturowy Lwów pod koniec lat trzydziestych XX wieku
Przed wojną Lwów był miastem, w którym obok siebie żyli Polacy, Ukraińcy i Żydzi, tworząc niezwykle złożoną mozaikę kulturową.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Liczby, których nikt nie policzył do końca

Skala zbrodni jest przedmiotem badań i sporów do dziś, bo dokumentacja jest niepełna, a wielu świadków już nie żyje. Pionierzy tematu, Ewa i Władysław Siemaszkowie, ustalili z imienia i nazwiska blisko 36 tysięcy ofiar oraz oszacowali do 23 tysięcy dalszych, których okoliczności śmierci nie są znane.

Według dominującego wśród polskich historyków szacunku ukraińscy nacjonaliści zamordowali łącznie około 100 tysięcy Polaków: 40–60 tysięcy na Wołyniu, 20–40 tysięcy w Galicji Wschodniej i co najmniej kilka tysięcy na terenie dzisiejszej Polski. Rozpiętość ocen jest jednak szeroka, od około 60 do nawet 130 tysięcy, w zależności od przyjętej metodologii. Profesor Grzegorz Motyka, jeden z najważniejszych badaczy konfliktu, podaje liczby zbliżone do ustaleń Siemaszków.

Spór dotyczy też ofiar ukraińskich. Zbrodnia wołyńska wywołała polski odwet, w którym, według szacunków, zginęło około 10–12 tysięcy Ukraińców, w tym 3–5 tysięcy na samym Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Część ukraińskich autorów, jak krajoznawca Jarosław Caruk, kwestionuje polskie wyliczenia, twierdząc, że zawyżają liczbę polskich ofiar, a zaniżają ukraińskie. Jego ustalenia są jednak krytykowane przez polskich historyków, między innymi za przypisywanie stronie polskiej zbrodni popełnionych przez Niemców.

Niezależnie od dokładnych liczb skutek demograficzny był jednoznaczny. Polska społeczność Wołynia, licząca przed wojną około 350 tysięcy osób, praktycznie przestała istnieć. Setki tysięcy ludzi uciekły z domów do miast kontrolowanych przez Niemców lub w głąb kraju, dzieląc los wielu innych polskich wspólnot wygnanych w XX wieku z rodzinnych stron.

Dlaczego do tego doszło

Pytanie o przyczyny rzezi pozostaje przedmiotem badań, bo żadne pojedyncze wyjaśnienie nie wystarcza. Historycy wskazują na splot kilku czynników. U podstaw leżała ideologia integralnego nacjonalizmu, zakładająca, że trwałe państwo ukraińskie może powstać tylko na ziemiach oczyszczonych z obcych narodowo grup. Nakładał się na nią kontekst wojenny. Dwie okupacje, sowiecka i niemiecka, zniszczyły dotychczasowy porządek, znormalizowały masową przemoc i pokazały, że całe społeczności można usunąć bezkarnie. Bezpośrednim, makabrycznym wzorcem była zagłada Żydów, w której część przyszłych żołnierzy UPA brała udział jako ukraińska policja pomocnicza.

Doszła do tego kalkulacja polityczna. Kierownictwo OUN-B liczyło, że wojna zakończy się powstaniem niepodległej Ukrainy, a o jej granicach zdecyduje to, kto faktycznie zamieszkuje dany teren. Usunięcie polskiej ludności z Wołynia i Galicji miało więc uprzedzić ewentualne polskie roszczenia do tych ziem po wojnie.

Otwarty pozostaje spór o to, czy istniał scentralizowany rozkaz. Część polskich badaczy wskazuje na konferencję OUN-B w lutym 1943 roku jako moment podjęcia decyzji o usunięciu Polaków. Pion śledczy IPN przyjmuje jednak ostrożniej, że na szczeblu centralnym zapadła decyzja o budowie silnej partyzantki, a o rozpoczęciu masowych działań antypolskich zdecydowały struktury wołyńskie pod wodzą Klaczkiwskiego, niejako wyprzedzając ustalenia kierownictwa. Niezależnie od tego, gdzie zapadła pierwsza decyzja, brak reakcji na pierwsze mordy ze strony dowództwa OUN-B sprawił, że przemoc rozlała się bez hamulców.

Wieś na Wołyniu w 1943 roku przedstawiona w symboliczny i spokojny sposób
Wołyń 1943 – spokojny krajobraz, który stał się tłem jednego z najbardziej bolesnych rozdziałów historii polsko-ukraińskiej.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Wojna, która trwała po wojnie

Latem 1944 roku front przetoczył się na zachód, a tereny działania UPA znalazły się pod władzą sowiecką. Wtedy zaczął się drugi, dłuższy etap historii tej formacji: pełnowymiarowa wojna partyzancka z ZSRR. UPA przeszła do walki podziemnej, atakując struktury sowieckiej administracji, NKWD i kołchozy. Jednym z najgłośniejszych sukcesów było śmiertelne zranienie sowieckiego generała Nikołaja Watutina w 1944 roku.

Sowieci odpowiedzieli z całą bezwzględnością. Przeciw partyzantce skierowano regularne wojsko i służby bezpieczeństwa, a represje uderzyły w ludność cywilną zachodniej Ukrainy. W ramach jednej tylko operacji jesienią 1947 roku wywieziono w głąb ZSRR kilkadziesiąt tysięcy osób, by odciąć podziemie od zaplecza. Stosowano też metody prowokacji, tworząc fałszywe oddziały UPA, które dopuszczały się zbrodni, by zniszczyć zaufanie miejscowej ludności do partyzantów.

Mimo to opór trwał wyjątkowo długo. W szczytowym okresie partyzantka wiązała znaczne siły sowieckie, według niektórych ocen nawet do dwustu tysięcy żołnierzy i funkcjonariuszy skierowanych do walki z podziemiem. Roman Szuchewycz zginął otoczony przez oddziały sowieckiego MGB pod Lwowem 5 marca 1950 roku. Zorganizowane podziemie dogasało jeszcze przez kolejne lata, a pojedyncze grupy ukrywały się do połowy lat pięćdziesiątych. Z perspektywy ukraińskiej była to jedna z najdłuższych i najbardziej zaciętych antysowieckich partyzantek w całym bloku wschodnim, a jej cena była ogromna: dziesiątki tysięcy zabitych i deportowanych.

Oddział partyzancki prowadzący działania w górach po zakończeniu II wojny światowej
Po zakończeniu wojny UPA przez wiele lat prowadziła walkę partyzancką przeciw władzom sowieckim na terenach zachodniej Ukrainy.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Akcja „Wisła"

Polski rozdział historii UPA zamknęła akcja „Wisła". Po wojnie oddziały ukraińskiego podziemia działały jeszcze w Bieszczadach, na Pogórzu i Lubelszczyźnie, atakując polskie wsie i posterunki. Bezpośrednim pretekstem do rozprawy stała się śmierć wiceministra obrony narodowej generała Karola Świerczewskiego, zabitego w zasadzce UPA pod Baligrodem 28 marca 1947 roku.

Komunistyczne władze zdecydowały o przymusowym przesiedleniu. Rozpoczęta 28 kwietnia 1947 roku operacja objęła ludność ukraińską, łemkowską, bojkowską oraz rodziny mieszane. W ciągu kilku miesięcy przesiedlono ponad 140 tysięcy osób, rozpraszając je po tak zwanych Ziemiach Odzyskanych na zachodzie i północy kraju, z dala od dawnych siedzib. Wysiedlanym dawano kilka godzin na spakowanie się, a osoby podejrzane o związki z podziemiem kierowano do obozu w Jaworznie, gdzie z powodu głodu, chorób i tortur zginęło 161 osób.

Z wojskowego punktu widzenia akcja osiągnęła cel: pozbawiona zaplecza UPA w Polsce przestała istnieć jako siła. Z perspektywy przesiedlonych była to jednak czystka etniczna i trauma na pokolenia, do dziś bolesna dla społeczności łemkowskiej i ukraińskiej w Polsce. Spór o jej ocenę pozostaje żywy. Jedni widzą w niej zbrodnię komunistyczną, inni działanie podyktowane realnym zagrożeniem ze strony podziemia. Cała operacja wpisała się w brutalny krajobraz pierwszych lat Polski Ludowej, w których przymus i przesiedlenia były codziennym narzędziem władzy.

Trzy spojrzenia na jedną historię

Najtrudniejsza w całej tej opowieści nie jest chronologia, lecz ocena. Te same fakty układają się w trzy różne narracje.

Perspektywa polska

W polskiej pamięci UPA to przede wszystkim sprawca rzezi wołyńskiej, zbrodni o charakterze ludobójstwa, zaplanowanej i wymierzonej w bezbronnych cywilów wyłącznie z powodu ich narodowości. W 2016 roku Sejm RP przyjął uchwałę uznającą te wydarzenia za ludobójstwo dokonane przez ukraińskich nacjonalistów, a 11 lipca ustanowił Narodowym Dniem Pamięci Ofiar. Polscy historycy podkreślają planowy charakter akcji, jej zasięg i okrucieństwo metod oraz to, że ofiary nie brały udziału w żadnej walce. Dla środowisk kresowych kluczowe pozostają godne upamiętnienie ofiar i prawo do ekshumacji, podsumowane mottem „Nie o zemstę, lecz o pamięć i prawdę wołają ofiary". Polska pamięć honoruje też oddziały Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i Samoobrony Kresowej, które w wielu miejscach broniły cywilów przed napadami.

Perspektywa ukraińska

Ukraińska narracja, zwłaszcza w wersji oficjalnej i nacjonalistycznej, akcentuje co innego. UPA jawi się tu jako armia walcząca o niepodległość przeciw dwóm imperiom, sowieckiemu i niemieckiemu, w sytuacji, gdy naród ukraiński nie miał własnego państwa ani sojuszników. Wydarzenia na Wołyniu bywają przedstawiane jako element obustronnego konfliktu, „wojny polsko-ukraińskiej", w której obie strony ponosiły ofiary, a przemoc poprzedziły dziesięciolecia polskiej dyskryminacji. W 2015 roku ukraiński parlament w ramach ustaw dekomunizacyjnych przyznał członkom OUN i UPA status bojowników o niepodległość. Roman Szuchewycz (w 2007 roku) i Stepan Bandera (w 2010 roku) otrzymali pośmiertnie tytuły Bohatera Ukrainy, choć nadania te były potem kwestionowane i unieważniane przez sądy, a samo upamiętnianie Bandery pozostaje w Ukrainie tematem spornym.

Warstwa szeregowych żołnierzy bywa przy tym oddzielana w ukraińskiej pamięci od najciemniejszych kart, a w domach na zachodzie kraju partyzanci z lasu pozostają częścią rodzinnej historii, dziadkami i pradziadkami, którzy walczyli i ginęli za niepodległość. Ten wymiar pamięci tłumaczy, dlaczego rozliczenie Wołynia jest dla Ukraińców tak trudne. Oznacza bowiem przyznanie, że ludzie czczeni jako bohaterowie odpowiadają zarazem za masowe zbrodnie.

Spojrzenie zewnętrzne

Najwięcej do powiedzenia o obiektywnym obrazie mają historycy spoza obu narodów oraz ci polscy i ukraińscy badacze, którzy starają się wyjść poza narodowy interes. Wśród nich panuje daleko idąca zgoda co do samych faktów. Skala zabójstw, ich zorganizowany charakter, sprawstwo struktur OUN-B i UPA oraz to, że celem było usunięcie ludności polskiej z ziem uznawanych za ukraińskie, nie są poważnie kwestionowane. Amerykański historyk Timothy Snyder opisuje Wołyń jako czystkę etniczną, zwracając uwagę, że terror dotknął również Żydów i inne mniejszości. Grzegorz Motyka, którego prace cieszą się uznaniem po obu stronach granicy, używa pojęcia czystki etnicznej o znamionach ludobójstwa i dopuszcza określenie „ludobójstwo".

Spory między zewnętrznymi badaczami dotyczą głównie trzech rzeczy: doboru słów, stopnia centralnego zaplanowania oraz liczb. W kwestii nazewnictwa trwa dyskusja, czy „ludobójstwo" w sensie prawnym jest tu adekwatne, czy trafniejsza pozostaje „czystka etniczna".

Spór o nazwy nie jest wyłącznie akademicki. Ludobójstwo zakłada zamiar fizycznego zniszczenia grupy jako takiej — całkowicie lub częściowo. Czystka etniczna koncentruje się na innym celu: usunięciu grupy z danego obszaru i trwałym zerwaniu jej więzi z miejscem. Może obejmować masowe mordy, wypędzenia, palenie wsi, niszczenie świątyń i zastraszanie ocalałych. Dlatego w opisach Wołynia i Galicji Wschodniej oba określenia pojawiają się obok siebie: pierwsze akcentuje możliwy zamiar zniszczenia grupy, drugie — projekt przekształcenia struktury etnicznej terytorium. W praktyce oba pojęcia mogą się częściowo nakładać, bo czystka etniczna może być prowadzona metodami ludobójczymi, ale nie każda czystka etniczna jest automatycznie ludobójstwem w ścisłym sensie prawnym.

Co do planowania, dokumentów z jednoznacznym rozkazem brakuje, a śledztwo IPN przyjmuje, że decyzja o eskalacji zapadła w dużej mierze na poziomie struktur wołyńskich. Same liczby ofiar wciąż zaś różnią się w zależności od metody szacowania. Zewnętrzni historycy wskazują też na coś, co bywa pomijane po obu stronach: ten sam ruch, który mordował polskich cywilów, prowadził zarazem realną, wykrwawiającą walkę o niepodległość, a wielu jego szeregowych żołnierzy łączyło autentyczny patriotyzm z udziałem w zbrodniach. Krytycznie oceniają natomiast nurt ukraińskiej historiografii, kojarzony z Wołodymyrem Wjatrowyczem, który minimalizuje odpowiedzialność UPA i bywa nazywany rewizjonistycznym.

Wniosek z tego trzeciego spojrzenia jest niewygodny dla obu stron. Można jednocześnie uznać, że UPA była ruchem niepodległościowym i że dopuściła się masowej zbrodni na ludności cywilnej. Te zdania nie wykluczają się nawzajem.

Dwa drewniane krzyże na leśnym cmentarzu symbolizujące pamięć i pojednanie
Pamięć o ofiarach i szacunek dla ludzkiego cierpienia pozostają niezbędnym warunkiem budowania pojednania między narodami.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Spór o pamięć, który wciąż trwa

Pamięć o UPA nie jest dziś tylko sprawą historyków. Pozostaje jednym z najtrudniejszych punktów w relacjach Polski i Ukrainy, a wojna z Rosją dodatkowo skomplikowała sytuację. Z jednej strony Polska stała się głównym sojusznikiem Kijowa i zapleczem dla milionów uchodźców. Z drugiej polskie oczekiwania wobec rozliczenia Wołynia nie zniknęły, a politycy obu obozów wiązali tę kwestię nawet z poparciem dla ukraińskich aspiracji w Unii Europejskiej. Padały wypowiedzi, według których Ukraina nie wejdzie do Unii, dopóki sprawa Wołynia nie zostanie uczciwie zamknięta. Krytycy takiego stawiania sprawy ostrzegają, że historia bywa w ten sposób zakładnikiem bieżącej polityki, a tragedia ofiar zamienia się w kartę przetargową.

Symbolem konfliktu pamięci stała się sprawa ekshumacji. W 2017 roku strona ukraińska zamroziła zgody na poszukiwania i ekshumacje polskich ofiar, między innymi w reakcji na usunięcie nielegalnego pomnika UPA w Hruszowicach na Podkarpaciu. Impas trwał lata, choć nie brakowało gestów pojednania. W lipcu 2023 roku, w osiemdziesiątą rocznicę krwawej niedzieli, prezydenci Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski wspólnie uczestniczyli w nabożeństwie żałobnym w katedrze w Łucku, idąc obok siebie w geście, który miał symbolizować wolę wspólnego rozliczenia przeszłości. Przełom przyszedł na początku 2025 roku, gdy oba rządy ogłosiły porozumienie. Wiosną tego roku polsko-ukraiński zespół przeprowadził pierwsze od dawna prace w dawnej wsi Puźniki w obwodzie tarnopolskim, odnajdując szczątki co najmniej 42 osób, ofiar zbrodni z 1945 roku, w większości kobiet i dzieci. We wrześniu 2025 roku pochowano je w Niemysłowicach na Opolszczyźnie. Pod koniec 2025 roku Ukraina wyraziła zgodę na kolejne prace zaplanowane na 2026 rok, między innymi w Puźnikach, we Lwowie oraz na terenie dawnych wsi Huta Pieniacka i Ostrówki, podczas gdy po polskiej stronie analogiczne badania mają objąć Sahryń i Łasków, miejsca pamięci ukraińskich ofiar polskich akcji.

Ta wzajemność ma znaczenie. Trwałe pojednanie wymaga uznania cierpienia po obu stronach, a nie rachunku, czyje ofiary były liczniejsze. Tę samą prawdę widać we współczesnej Ukrainie, która sama doświadcza dziś zbrodni wojennych w starciu z rosyjskim najeźdźcą.

Historia UPA nie mieści się w jednym zdaniu. Była to armia walcząca o niepodległość narodu, który nie miał własnego państwa, i organizacja odpowiedzialna za śmierć dziesiątek tysięcy bezbronnych ludzi. Obie te rzeczy wydarzyły się naprawdę i żadna z nich nie unieważnia drugiej. Spór o ocenę tej formacji zapewne nie ucichnie, dopóki będzie dotykał tożsamości dwóch narodów jednocześnie.

Literatura i źródła