Ślad biologiczny bywa jednocześnie najmocniejszym dowodem w sprawie i informacją zupełnie bezużyteczną. Rozstrzyga o tym jedna okoliczność: czy śledczy mają z czym go porównać.

Przez trzy dekady kryminalistyka opierała się na prostym schemacie. Z miejsca zdarzenia zabezpiecza się materiał, laboratorium oznacza profil genetyczny, potem następuje porównanie z próbką pobraną od podejrzanego albo z zasobem policyjnej bazy danych. Mechanizm działa znakomicie, dopóki poszukiwana osoba w tej bazie figuruje. Kiedy nie figuruje, postępowanie grzęźnie, choć w aktach leży materiał genetyczny bardzo dobrej jakości. Wiadomo, że pochodzi od sprawcy. Nie wiadomo, do kogo należy.

W amerykańskich, szwedzkich i norweskich archiwach czekały setki takich spraw. Niektóre po trzydzieści, czterdzieści lat. Zmieniło je narzędzie, które w literaturze fachowej nosi nazwę śledczej genealogii genetycznej, a w polskich opracowaniach akademickich bywa nazywane również genetyczną genealogią sądową. Punktem zaczepienia stają się w niej kuzyni sprawcy, zwykle dalecy i zupełnie nieświadomi swojej roli.

Metoda, która szuka rodziny zamiast człowieka

Klasyczna baza policyjna działa na zasadzie dopasowania jeden do jednego. Profil ze śladu albo odpowiada profilowi zapisanemu w bazie, albo nie odpowiada. Odpowiedź „brak trafienia” kończy tę ścieżkę.

Śledcza genealogia genetyczna zaczyna się dokładnie w tym punkcie. Profil uzyskany z materiału dowodowego trafia do zasobów zupełnie innego rodzaju: do komercyjnych i społecznościowych baz genealogii genetycznej, w których dziesiątki milionów ludzi szukają swoich przodków, krewnych i nieznanych gałęzi rodziny. Nikt nie liczy na to, że znajdzie tam samego sprawcę. Znacznie bardziej prawdopodobne jest odnalezienie jego trzeciego kuzyna, wnuka jego prababki albo osoby połączonej z nim przez dwie linie rodzinne, o których obie strony nigdy nie słyszały.

Anglojęzyczne nazewnictwo tej metody do dziś pozostaje rozchwiane, co dla czytelnika literatury źródłowej bywa uciążliwe. Najczęściej spotyka się skrót FIGG, czyli forensic investigative genetic genealogy, dosłownie „kryminalistyczna śledcza genealogia genetyczna”. Równolegle funkcjonuje IGG, investigative genetic genealogy, oraz węższe FGG, forensic genetic genealogy, obejmujące także zastosowania niekryminalne. Zespół badaczy z Uniwersytetu w Lejdzie zaproponował z kolei porządkujący termin iFGG, investigative forensic genetic genealogy, argumentując, że czynności wykonywane przez genealoga mają charakter operacyjny, a nie laboratoryjny. Amerykański Departament Sprawiedliwości posługuje się jeszcze innym określeniem: FGGS, forensic genetic genealogical DNA analysis and searching. W tekstach naukowych pojawia się także opisowe long-range familial searching, czyli „wyszukiwanie krewnych dalekiego zasięgu”, w odróżnieniu od stosowanego wcześniej familial searching, ograniczonego do bliskiej rodziny osób już zarejestrowanych w bazach policyjnych.

Wszystkie te skróty opisują ten sam pomysł. Jeżeli człowiek nie zostawił swojego DNA w żadnym rejestrze, informacja o nim i tak może istnieć, rozproszona po genomach jego krewnych.

Archiwalne księgi genealogiczne i próbka DNA jako symbol połączenia dokumentów historycznych z analizą genetyczną
Śledcza genealogia genetyczna łączy wyniki badań DNA z informacjami pochodzącymi z akt stanu cywilnego, spisów ludności, nekrologów i innych źródeł genealogicznych.
Ilustracja poglądowa AI: faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

STR, SNP i centymorgany

Żeby zrozumieć, dlaczego jedna baza pozwala wykryć dalekie pokrewieństwo, a druga nie, trzeba rozróżnić dwa sposoby patrzenia na genom.

Kryminalistyka od lat dziewięćdziesiątych opiera się na markerach STR, short tandem repeats, po polsku krótkie powtórzenia tandemowe. Są to miejsca w DNA, w których krótka sekwencja powtarza się kilkanaście albo kilkadziesiąt razy, a liczba powtórzeń różni się między ludźmi. Kilkanaście do dwudziestu kilku takich markerów wystarcza, żeby z ogromnym prawdopodobieństwem odróżnić jedną osobę od drugiej. Na tym opiera się polska krajowa baza danych DNA, amerykański system CODIS, Combined DNA Index System, i praktycznie każdy rejestr policyjny na świecie. Profil STR jest tani, szybki, dobrze znosi zdegradowany materiał i świetnie sprawdza się przy porównaniach osobniczych. Do wykrywania dalekiego pokrewieństwa pozostaje niemal bezużyteczny.

Genealogia genetyczna posługuje się markerami SNP, single nucleotide polymorphism, czyli polimorfizmami pojedynczego nukleotydu. To punktowe różnice w zapisie genetycznym, występujące w ściśle określonych miejscach genomu. Pojedynczy SNP nie mówi prawie nic. Pół miliona takich punktów tworzy już gęstą mapę, na której widać coś zupełnie innego: długie odcinki chromosomów odziedziczone w niezmienionej postaci po wspólnym przodku. W literaturze określa się je jako segmenty IBD, identity by descent, czyli tożsame przez pochodzenie.

Ich długość mierzy się w centymorganach (cM), jednostce odległości genetycznej nazwanej na cześć Thomasa Hunta Morgana. Im dłuższe wspólne odcinki i im więcej ich jest, tym bliższe pokrewieństwo. Rodzeństwo dzieli około dwóch i pół tysiąca cM. Kuzyni pierwszego stopnia zwykle około ośmiuset. Kuzyni trzeciego stopnia mieszczą się średnio w okolicach siedemdziesięciu pięciu, przy czym mniej więcej co dziesiąta taka para nie dzieli już niczego, co dałoby się wykryć. Wśród kuzynów czwartego stopnia bez wspólnego segmentu zostaje połowa. Ta sama wartość może przy tym odpowiadać kilku różnym układom rodzinnym, co jest jednym z najczęściej pomijanych ograniczeń metody.

Jak gęsta jest ta sieć, policzył w 2018 roku na łamach „Science” zespół Yaniva Erlicha. Badacze przeanalizowali dane 1,28 miliona osób badanych komercyjnie i wyliczyli, że dla mieszkańca Stanów Zjednoczonych o europejskim pochodzeniu około sześćdziesięciu procent wyszukiwań kończy się znalezieniem krewnego w stopniu trzeciego kuzyna lub bliższym. W piętnastu procentach przypadków najlepsze trafienie przekraczało trzysta cM, co odpowiada drugiemu kuzynowi. Autorzy oszacowali też, ile pracy zostaje po takim trafieniu: lista kandydatów liczy średnio około ośmiuset pięćdziesięciu osób. Zawężenie miejsca pobytu do promienia stu sześćdziesięciu kilometrów odsiewa przeciętnie 57 procent z nich, a znajomość wieku z dokładnością do pięciu lat eliminuje 91 procent pozostałych.

Siedem kroków od probówki do nazwiska

Droga od śladu do nazwiska ma dość sztywny przebieg i w każdym kraju, który metodę dopuścił, wygląda mniej więcej tak samo.

Infografika przedstawiająca etapy postępowania w śledczej genealogii genetycznej
Kolejne etapy postępowania w śledczej genealogii genetycznej.
Ilustracja własna: faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Najpierw sprawa musi się zakwalifikować. Wytyczne federalne, stanowe i szwedzkie zgodnie wymagają, żeby wcześniej wyczerpać zwykłe metody, z przeszukaniem krajowej bazy profili STR włącznie. Potem laboratorium sprawdza, czy zabezpieczony materiał w ogóle nadaje się do dalszej pracy. Krew, nasienie, ślina, cebulki włosów, kości i zęby dają bardzo różne rezultaty, a próbki z lat siedemdziesiątych bywają w opłakanym stanie.

Materiał, który przejdzie tę selekcję, trafia do genotypowania. Powstaje gęsty profil SNP, a następnie wędruje do bazy, której regulamin dopuszcza wyszukiwania na potrzeby organów ścigania. Odpowiedź systemu ma postać listy, na której figuruje od kilkudziesięciu do kilkuset osób uszeregowanych według liczby wspólnych centymorganów.

Tu kończy się część, którą da się zautomatyzować.

Genealog dostaje zestaw nazwisk i musi odnaleźć punkt, w którym gałęzie tych rodzin się schodzą. W ruch idą akty stanu cywilnego, spisy ludności, nekrologi, archiwa prasowe, dokumenty migracyjne oraz drzewa publikowane przez samych użytkowników serwisów. W norweskim badaniu pilotażowym zrekonstruowane drzewo objęło ostatecznie 3785 osób, w tym 1656 żyjących. Z takiej masy trzeba odsiać wszystkich, którzy w chwili zdarzenia byli za młodzi, za starzy, nieżyjący albo mieszkali kilka tysięcy kilometrów dalej.

Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, zostaje kilka nazwisk. Czasem jedno. Dopiero w tym momencie sprawa wraca do klasycznego dochodzenia.

W opisie brzmi to znacznie gładziej, niż przebiega w rzeczywistości. Szwedzkie Krajowe Centrum Kryminalistyczne, przygotowując się do rutynowego stosowania metody, opracowało standardowe procedury operacyjne obejmujące pełną odtwarzalność każdego kroku: dokumentację analizy śladu, przebiegu prac genealogicznych, sposobu przechowywania i archiwizacji danych. Dostęp do materiału ograniczono do przeszkolonego personelu, a wiosną 2025 roku zakończono formalną ocenę skutków dla ochrony danych. Metoda przestała być pojedynczym eksperymentem i stała się procesem, który trzeba obudować regulaminami.

Od nazwiska w drzewie do dowodu procesowego

Wynik pracy genealoga nie jest dowodem. Jest wskazówką, w dodatku obarczoną kilkoma rodzajami błędów naraz.

Drzewa genealogiczne bywają nieprawdziwe. Ojciec wpisany do dokumentów nie zawsze jest ojcem biologicznym, a badacze genealogii genetycznej regularnie natrafiają na takie rozbieżności, określane w literaturze jako misattributed parentage albo non-paternity event. Adopcje, dzieci pozamałżeńskie i zmiany nazwisk nierzadko nie zostawiają śladu w aktach. Do tego dochodzi wspomniana wieloznaczność statystyczna: siedemdziesiąt centymorganów może oznaczać kuzyna czwartego stopnia, może oznaczać coś zupełnie innego.

Dlatego procedury przyjęte w Stanach Zjednoczonych stawiają w tym miejscu wyraźną barierę. Wytyczne Departamentu Sprawiedliwości zakazują zatrzymania osoby wyłącznie na podstawie powiązania genetycznego wygenerowanego przez serwis genealogiczny i wymagają, żeby trop potwierdzić klasycznym profilem STR wykonanym w akredytowanym laboratorium. Próbkę porównawczą uzyskuje się za zgodą, na podstawie decyzji procesowej albo z przedmiotu porzuconego przez obserwowaną osobę. W literaturze anglojęzycznej ta ostatnia praktyka nosi nazwę abandoned DNA lub shed DNA, a jej dopuszczalność jest w Europie znacznie bardziej sporna niż w Ameryce.

Analiza dalekich dopasowań DNA i budowanie rozbudowanego drzewa genealogicznego
Dalekie dopasowania DNA nie wskazują bezpośrednio poszukiwanej osoby. Badacze muszą ustalić wspólnych przodków, rozbudować drzewa poszczególnych rodzin i stopniowo zawęzić krąg kandydatów.
Ilustracja poglądowa AI: faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Sprawa, która zmieniła kryminalistykę

Od połowy lat siedemdziesiątych do 1986 roku w Kalifornii działał człowiek znany kolejno jako Visalia Ransacker, East Area Rapist i Original Night Stalker. Dopiero po latach analiza DNA wykazała, że wszystkie te serie popełniła jedna osoba, której przypisano co najmniej trzynaście zabójstw, około pięćdziesięciu gwałtów i ponad sto dwadzieścia włamań. Ostatecznie przylgnął do niego przydomek Golden State Killer.

Śledczy dysponowali jego profilem genetycznym od dawna. Przez kilkanaście lat nie mieli go z czym porównać.

Przełom przyniosło przekształcenie starego śladu z hrabstwa Ventura w gęsty profil SNP i wgranie go do serwisu GEDmatch. Zespół prowadzony przez Paula Holesa otrzymał listę kilkunastu odległych krewnych, z której dało się zbudować drzewa rodzinne i stopniowo zawężać krąg kandydatów. 24 kwietnia 2018 roku zatrzymano siedemdziesięciodwuletniego Josepha Jamesa DeAngela, byłego policjanta. Bezpośrednie porównanie jego DNA z materiałem dowodowym potwierdziło tożsamość. W czerwcu 2020 roku przyznał się do trzynastu zabójstw, a także do stu sześćdziesięciu jeden dodatkowych czynów popełnionych wobec czterdziestu ośmiu osób, których nie można było objąć aktem oskarżenia ze względu na przedawnienie. W sierpniu tego samego roku usłyszał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności bez możliwości warunkowego zwolnienia.

Sprawa nie była pierwszym zastosowaniem genealogii genetycznej w śledztwie. Stała się natomiast momentem, w którym metoda przestała być ciekawostką. W ciągu kilkunastu miesięcy powstały wyspecjalizowane firmy, a policyjne archiwa w kilku krajach zaczęły przeglądać swoje najstarsze teczki.

Przestroga z Idaho Falls

Znacznie rzadziej opowiada się historię, która wydarzyła się cztery lata wcześniej i pokazuje drugą stronę tej samej techniki.

W 1996 roku w Idaho Falls zamordowano osiemnastoletnią Angie Dodge. Po zdarzeniu za zbrodnię skazano Christophera Tappa, choć jego DNA nie odpowiadało śladom z miejsca zdarzenia. Po latach w 2014 roku śledczy sięgnęli po bazę genealogiczną utworzoną przez Sorenson Molecular Genealogy Foundation, przejętą później przez Ancestry.com. Porównanie dotyczyło markerów chromosomu Y, dziedziczonych w linii męskiej, i przyniosło zgodność 34 z 35 badanych układów z profilem Michaela Usry’ego seniora.

Sprawca musiał być młodszy, więc podejrzenie padło na jego syna, filmowca z Nowego Orleanu. Michael Usry junior bywał wcześniej w Idaho, a jeden z jego krótkich metraży opowiadał o brutalnej śmierci młodej kobiety. Przesłuchano go w grudniu 2014 roku i pobrano próbkę śliny. Sześć tygodni później otrzymał informację, że jego DNA nie ma nic wspólnego ze śladem. Zbieżność nazwiska, geografii i tematyki filmów okazała się przypadkiem.

Prawdziwego sprawcę wskazano dopiero w 2019 roku, przy użyciu gęstych profili SNP i pełnej procedury genealogicznej. Brian Leigh Dripps mieszkał w 1996 roku po drugiej stronie ulicy i policjanci rozmawiali z nim pięć dni po zabójstwie, podczas rutynowego obchodu sąsiedztwa. Ćwierć wieku później detektywi obserwowali go tak długo, aż wyrzucił przez okno samochodu niedopałek papierosa. DNA z niego odpowiadało śladom z mieszkania ofiary. Dripps przyznał się i został zatrzymany 15 maja 2019 roku. Dwa miesiące później sąd uchylił wyrok wobec Christophera Tappa, który wyszedł z więzienia już w 2017 roku, ale na formalne oczyszczenie z zarzutów czekał do lipca 2019. Była to pierwsza w Stanach Zjednoczonych ekskulpacja oparta na genealogii genetycznej.

Obie fazy tej samej sprawy dzieli jakość narzędzia oraz dyscyplina procedury. Częściowe dopasowanie chromosomu Y wskazuje w najlepszym razie krąg mężczyzn o wspólnym przodku w linii męskiej, czyli często po prostu grupę nosicieli tego samego nazwiska. Wyciąganie z tego wniosków o konkretnej osobie kończy się tak, jak w Idaho Falls.

Przywracanie nazwisk

Drugie zastosowanie metody rzadziej trafia na pierwsze strony gazet, a bywa równie ważne.

Kiedy przedmiotem badania są niezidentyfikowane szczątki ludzkie, w literaturze określane skrótem UHR, unidentified human remains, kierunek rozumowania jest ten sam. Z kości albo zębów uzyskuje się profil SNP, szuka się krewnych, buduje drzewa i sprawdza, kto z tej rodziny zaginął, przestał pojawiać się w dokumentach albo odpowiada oszacowanemu wiekowi i pochodzeniu. Potwierdzenie przychodzi zwykle z porównania z DNA bliskiej rodziny, dokumentacji stomatologicznej albo odcisków palców.

Do grudnia 2023 roku metodzie przypisywano 651 rozwiązanych spraw kryminalnych i wskazanie 318 sprawców, a niezależnie od tego identyfikację 464 zmarłych. Firma Parabon NanoLabs ogłosiła dwusetną identyfikację w grudniu 2021 roku, po trzech i pół roku działalności w tym obszarze. Opublikowana w 2025 roku analiza czterystu siedemdziesięciu siedmiu zakończonych sukcesem identyfikacji szczątków w Ameryce Północnej wykazała przy okazji rzecz istotną dla polityki karnej: część spraw pierwotnie zakwalifikowanych jako zgony o nieustalonych przyczynach okazała się po identyfikacji zabójstwami.

Dla rodzin osób zaginionych oznacza to koniec wieloletniej niepewności, a przy okazji ujawnia zbrodnie, o których wcześniej nikt nie wiedział.

Gdzie metoda zawodzi

Śledcza genealogia genetyczna bywa przedstawiana jako uniwersalny klucz do zakurzonych archiwów. W praktyce potyka się o cztery przeszkody i żadnej z nich nie da się zbyć machnięciem ręki.

Zacznijmy od próbki. Mikromacierze SNP, standardowe narzędzie genealogii komercyjnej, wymagają materiału dobrej jakości i odpowiedniego stężenia DNA. Przy materiale zdegradowanym lub śladowym generują dużą liczbę błędów genotypowania, najczęściej fałszywie odczytując homozygotę jako heterozygotę. Badania porównawcze pokazują, że w takich przypadkach lepiej sprawdza się sekwencjonowanie całogenomowe (WGS, whole genome sequencing), a przy szczątkach kostnych panele wzbogacania hybrydyzacyjnego zapożyczone z badań DNA kopalnego. Opublikowana w 2025 roku praca oparta na dwudziestu próbkach kostnych z autentycznych spraw osób zaginionych wykazała, że przy bardzo niskiej zawartości ludzkiego DNA panele celowane dawały więcej użytecznych genotypów niż sekwencjonowanie całego genomu. Technologię trzeba więc dobierać osobno do każdej sprawy. Żadna z nich nie radzi sobie dobrze z mieszaninami materiału pochodzącego od kilku osób, a takie mieszaniny stanowią spory odsetek zabezpieczanych śladów.

Osobnym problemem jest demografia samych baz. Zdominowali je klienci o europejskim pochodzeniu, mieszkający w Ameryce Północnej i Europie Zachodniej. Osoba wywodząca się z populacji słabo reprezentowanej ma po prostu mniej krewnych do znalezienia, a skuteczność metody spada. Trudności rosną również w społecznościach endogamicznych, w których przez pokolenia zawierano małżeństwa wewnątrz niewielkiej grupy. Wspólne odcinki DNA pochodzą wtedy z wielu nakładających się linii, a proste przełożenie liczby centymorganów na stopień pokrewieństwa przestaje działać.

Trzeci kłopot nazywa się czas. Nawet przy dobrych dopasowaniach budowa drzewa trwa tygodnie albo miesiące i zależy od tego, czy zachowały się księgi metrykalne, jak przebiegały migracje i czy granice państw nie przesuwały się akurat przez okolicę, z której pochodzi rodzina. Dla części Europy Środkowej jest to uwaga bardzo praktyczna. Zniszczenia archiwów, powojenne przesiedlenia i zmiany pisowni nazwisk potrafią zatrzymać rekonstrukcję już na poziomie pradziadków.

Czwarta przeszkoda ma charakter prawny, a w Europie akurat ona okazała się najtrudniejsza do pokonania.

Amerykańskie reguły gry

Stany Zjednoczone przez pierwsze półtora roku po sprawie DeAngela używały metody bez jakichkolwiek reguł. Zmieniło się to 24 września 2019 roku, kiedy Departament Sprawiedliwości ogłosił dokument o nazwie Interim Policy on Forensic Genetic Genealogical DNA Analysis and Searching, obowiązujący od 1 listopada 2019 roku.

Dokument dopuszcza metodę wyłącznie w sprawach o przestępstwa z użyciem przemocy, przez które rozumie się zabójstwa i przestępstwa seksualne, oraz przy identyfikacji nieznanych szczątków. Warunkiem wstępnym jest wcześniejsze, nieskuteczne przeszukanie systemu CODIS. Samo powiązanie genetyczne nie może stanowić podstawy zatrzymania, a korzystać wolno wyłącznie z serwisów, których regulamin dopuszcza wyszukiwania na potrzeby organów ścigania. Reguły wiążą agencje federalne oraz wszystkie podmioty korzystające z federalnych dotacji.

W 2021 roku pojawiły się pierwsze na świecie ustawy stanowe. Maryland przyjęła regulację najbardziej rozbudowaną: przeszukanie wymaga zgody sądu, katalog przestępstw jest zamknięty, wolno korzystać wyłącznie z baz opartych na wyraźnej zgodzie użytkowników, obowiązuje zakaz potajemnego pobierania próbek od osób testowanych na potrzeby zawężania drzewa, dostęp do metody przysługuje także obronie, a organy ścigania mają obowiązek corocznego raportowania. Montana wybrała rozwiązanie prostsze i wymaga nakazu sądowego na przeszukanie komercyjnej bazy DNA. Podobny projekt w Utah przepadł.

Europa uczy się na własnych błędach

Poza Ameryką Północną metodę wykorzystano po raz pierwszy w Szwecji.

19 października 2004 roku w Linköping zginęli ośmioletni Mohammed Ammouri i pięćdziesięciosześcioletnia Anna-Lena Svensson. Zabójca zostawił nóż motylkowy, czapkę i swoje DNA. Akta rozrosły się do drugiego pod względem objętości zbioru w historii szwedzkiej policji, zaraz po sprawie zabójstwa Olofa Palmego. W 2019 roku Krajowe Centrum Kryminalistyczne uzyskało zgodę na przeprowadzenie badania pilotażowego. Genealog Peter Sjölund odtworzył drzewo sięgające początku XIX wieku, korzystając z dopasowań w serwisach GEDmatch i FamilyTreeDNA. 9 czerwca 2020 roku zatrzymano trzydziestosiedmioletniego Daniela Nyqvista. Przyznał się w ciągu kilku godzin, a 1 października sąd orzekł wobec niego środek zabezpieczający w postaci leczenia psychiatrycznego.

Rok później szwedzki organ ochrony danych osobowych IMY wstrzymał dalsze stosowanie metody. Zarzuty były dwa. Organ wskazał brak wyraźnej podstawy ustawowej oraz przekazywanie wrażliwych danych osobowych do państwa trzeciego. Prace nad ustawą trwały kilka lat. Parlament przyjął ją w lutym 2025 roku, a przepisy weszły w życie 1 lipca 2025 roku, ograniczając metodę do zabójstwa i zgwałcenia w typie kwalifikowanym. Dania szykuje własną regulację. Norwegia przeprowadziła badanie pilotażowe na trzech starych sprawach i zidentyfikowała dawcę DNA w dwóch z nich. W Holandii zgodę na zastosowanie metody wydał sąd, co część prawników uznała za podstawę zbyt wątłą.

Wielka Brytania, kraj o najdłuższej tradycji policyjnych baz DNA w Europie, wstrzymuje się z decyzją. Tamtejsza Biometrics and Forensics Ethics Group, komitet doradzający ministerstwu spraw wewnętrznych, uznała potencjał metody, ale zaleciła wcześniejsze zbudowanie formalnych ram etycznych i prawnych. Wśród przyczyn zwłoki wymienia się wątpliwości wokół zgody użytkowników baz, ryzyko nierównego traktowania grup słabiej reprezentowanych oraz brak wyraźnie wskazanego organu nadzoru.

Sceptycyzm ma solidne oparcie w orzecznictwie strasburskim. Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie wypowiadał się o przechowywaniu i wykorzystywaniu danych genetycznych przez policję, między innymi w sprawach S. i Marper przeciwko Wielkiej Brytanii z 2008 roku oraz Gaughran przeciwko Wielkiej Brytanii z 2020 roku. W wyroku dotyczącym Serbii Trybunał zwrócił uwagę na brak „szczególnych przepisów prawnych” regulujących pobieranie próbek DNA. Ingerencja w życie prywatne jest w tej metodzie oczywista, więc musi mieć wyraźną podstawę ustawową, realizować uzasadniony cel i pozostawać proporcjonalna. Ogólne przepisy o czynnościach dowodowych tego wymogu nie spełniają. Debata przypomina spór, który toczy się wokół nowych regulacji sztucznej inteligencji: przepisy powstają dopiero po pierwszym głośnym zastosowaniu technologii.

Symboliczna ilustracja prywatności danych DNA i powiązań genetycznych pomiędzy krewnymi
Informacje genetyczne dotyczą nie tylko osoby przekazującej próbkę. Dzięki dziedziczeniu wspólnych fragmentów DNA mogą pośrednio ujawniać również powiązania i tożsamość jej krewnych.
Ilustracja poglądowa AI: faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

A jak wygląda to w Polsce

Polska krajowa baza danych DNA działa od kwietnia 2007 roku i prowadzi ją Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji na podstawie art. od 21a do 21e ustawy o Policji. Gromadzi profile osób podejrzanych, oskarżonych i skazanych, nieletnich, osób o nieustalonej tożsamości, zwłok o nieustalonej tożsamości, osób zaginionych oraz śladów pozostawionych przez nieznanych sprawców. Są to profile STR. Służą do łączenia sprawcy ze śladem oraz śladów z różnych miejsc zdarzeń. Do szacowania pokrewieństwa w piątym pokoleniu wstecz nikt ich nie projektował.

Pobranie materiału od podejrzanego reguluje art. 74 § 2 Kodeksu postępowania karnego i nie wymaga jego zgody. Osobną instytucją są badania eliminacyjne z art. 192a § 1 k.p.k., pozwalające pobrać wymaz, ślinę czy włosy „w celu ograniczenia kręgu osób podejrzanych”. Przepis ten zawiera istotne zastrzeżenie: materiał zbędny dla postępowania należy niezwłocznie usunąć z akt i zniszczyć. Polski ustawodawca potraktował więc masowe pobieranie próbek jako czynność wyjątkową i ściśle ograniczoną celem.

Żaden przepis nie przewiduje natomiast przeszukiwania komercyjnych baz genealogicznych. Dane genetyczne należą do szczególnych kategorii danych osobowych w rozumieniu art. 9 RODO, a przetwarzanie ich przez organy ścigania podlega odrębnemu reżimowi ustawy z 14 grudnia 2018 roku, wdrażającej unijną dyrektywę policyjną. Wymiana informacji między państwami Unii opiera się na decyzjach z Prüm z 2008 roku, zastąpionych rozporządzeniem Prüm II z 13 marca 2024 roku, które rozszerzyło zautomatyzowane przeszukiwanie o wizerunki twarzy i dane z rejestrów policyjnych, a także wprost objęło poszukiwanie osób zaginionych i identyfikację nieznanych szczątków. Cały ten system dotyczy jednak wyłącznie państwowych baz kryminalistycznych. Serwisy genealogiczne działające w Stanach Zjednoczonych pozostają poza nim całkowicie.

Gdyby polski ustawodawca zechciał tę lukę wypełnić, natrafiłby dokładnie na te same przeszkody, które na cztery lata zatrzymały Szwecję. Największym problemem byłoby przekazywanie danych genetycznych do państwa trzeciego, ponieważ serwisy dopuszczające wyszukiwania na potrzeby organów ścigania działają w Stanach Zjednoczonych. Zaraz za nim pojawia się kwestia reprezentatywności. Liczba Polaków, którzy wykonali komercyjny test pochodzenia i udostępnili wynik w takim serwisie, jest nieporównanie mniejsza niż w krajach skandynawskich czy w Ameryce Północnej, co realnie obniża szansę na znalezienie użytecznego krewnego. Zostaje wreszcie nadzór, bo polskie prawo nie zna dziś procedury zbliżonej do kontroli sądowej wprowadzonej w Maryland.

Doświadczenie w budowaniu tożsamości z fragmentarycznych danych genetycznych Polska ma za to spore, tyle że w innym obszarze. Polska Baza Genetyczna Ofiar Totalitaryzmów przy Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie oraz Biuro Poszukiwań i Identyfikacji IPN od kilkunastu lat identyfikują ofiary represji i konfliktów zbrojnych. Do lipca 2025 roku odnaleziono szczątki ponad dwóch i pół tysiąca osób, zidentyfikowano blisko trzysta, a w bazie materiału genetycznego zabezpieczono około trzech tysięcy siedmiuset próbek pobranych od ofiar i ich krewnych. Metodyka jest tu jednak inna: porównuje się DNA szczątków z DNA konkretnych, znanych z imienia i nazwiska rodzin, które same zgłosiły się do badania. Trudności zaczynają się dokładnie tam, gdzie bliskich krewnych już nie ma.

Kiedy DNA jednej osoby ujawnia całą rodzinę

Najpoważniejszy zarzut wobec śledczej genealogii genetycznej sprowadza się do pytania, czyją właściwie zgodę ta metoda wykorzystuje.

DNA różni się od hasła, numeru telefonu i adresu zamieszkania. Jest trwałe, praktycznie niemożliwe do anonimizacji i z natury opisuje całą sieć spokrewnionych ze sobą ludzi. Użytkownik, który przesyła swój profil do serwisu genealogicznego, podejmuje decyzję świadomie. Jego kuzyni, rodzeństwo i dzieci takiej decyzji nie podejmowali. Czy jednostka może samodzielnie rozporządzać informacją, która z natury należy do całej rodziny?

Do tego dochodzi zawartość samego profilu. Gęsty odczyt kilkuset tysięcy SNP zawiera znacznie więcej niż wskazówki genealogiczne. Pozwala szacować pochodzenie biogeograficzne, przewidywać niektóre cechy wyglądu i wykrywać predyspozycje chorobowe, w tym warianty genów o dobrze udokumentowanym znaczeniu klinicznym, jak te związane z ryzykiem nowotworów piersi i jajnika. Kryminalistyczny profil STR takiej informacji nie niesie i właśnie ta różnica leży u podstaw europejskich zastrzeżeń.

Rynek pokazał przy okazji, jak kruche bywają deklaracje prywatności. GEDmatch, serwis użyty w sprawie DeAngela, zmienił w maju 2019 roku zasady na model zgody wyraźnej. Do listopada tego roku na przeszukiwanie przez organy ścigania zgodziło się około stu osiemdziesięciu pięciu tysięcy użytkowników spośród mniej więcej miliona trzystu tysięcy. Kilka miesięcy po tej zmianie funkcjonariusz z Florydy uzyskał nakaz sądowy pozwalający przeszukać całą bazę, z pominięciem ustawień prywatności wybranych przez użytkowników, co pokazało, jak łatwo regulamin serwisu ustępuje decyzji procesowej. W grudniu 2019 roku serwis przejęła firma kryminalistyczna Verogen, później wchłonięta przez koncern Qiagen.

Jeszcze wyraźniejszym sygnałem była historia 23andMe. Firma zgromadziła dane około piętnastu milionów klientów, w 2023 roku straciła w wyniku ataku informacje dotyczące blisko siedmiu milionów kont, a w marcu 2025 roku złożyła wniosek o upadłość. Bazę genetyczną wystawiono na licytację. Pierwszą ofertę na 256 milionów dolarów złożył koncern farmaceutyczny Regeneron, aukcję wznowiono, a ostatecznie zbiór trafił za 305 milionów dolarów do TTAM Research Institute, organizacji non-profit założonej przez Anne Wojcicki, współzałożycielkę 23andMe. Sprzedaż sfinalizowano 14 lipca 2025 roku, mimo sprzeciwu ponad dwudziestu stanów, które argumentowały, że dane genetyczne nie są zwykłym składnikiem masy upadłościowej.

Podobne pytania o kontrolę nad własnymi danymi wracają dziś w wielu miejscach, od medycyny po spory o architekturę serwisów społecznościowych. W przypadku genomu stawka jest jednak wyższa, ponieważ raz ujawnionej informacji nie da się zmienić ani odwołać.

Skuteczność, za którą płaci ktoś inny

W popularnych opisach metoda urasta do rangi technologicznej rewolucji, zdolnej zamknąć każdą starą sprawę. Z takim ujęciem jest pewien kłopot, bo sama analiza DNA nie tworzy nazwiska ani nie rekonstruuje drzewa. Metoda działa dzięki połączeniu biologii molekularnej, statystyki, archiwistyki, genealogii i zwyczajnej pracy operacyjnej, a każdy z tych elementów wnosi własny margines błędu.

Dorobek metody i tak robi wrażenie. Setki spraw uznanych za beznadziejne doczekały się rozstrzygnięcia, kilkuset zmarłym przywrócono nazwiska, a co najmniej kilku niesłusznie skazanych odzyskało wolność, ponieważ analiza wskazała rzeczywistego sprawcę.

Cena tej skuteczności jest jednak specyficzna i trzeba ją nazwać wprost. Poszukiwany człowiek nie musi udostępniać swojego DNA nikomu. Wystarczy, że zrobi to odpowiednio duża liczba jego krewnych, często ludzi, którzy nigdy o nim nie słyszeli i nie mieli pojęcia, że ich decyzja o zamówieniu testu na pochodzenie ma jakikolwiek związek z postępowaniem karnym.

Kraje, które zdecydowały się metodę dopuścić, odpowiadają na to podobnym zestawem zabezpieczeń: zamknięty katalog przestępstw, kontrola sądowa, ograniczenie do baz opartych na wyraźnej zgodzie, obowiązek potwierdzenia tropu klasycznym badaniem, jawna sprawozdawczość. W Polsce dyskusja ta dopiero się zaczyna — i nie jest już wyłącznie teoretyczna. W lipcu 2026 roku Prokuratura Regionalna w Gdańsku poinformowała o zatrzymaniu podejrzanego o zabójstwo 13-letniej Izabeli Strzałkowskiej, popełnione w Gdyni piętnaście lat wcześniej. Do wytypowania mężczyzny po raz pierwszy w polskim śledztwie wykorzystano genealogię genetyczną: analiza pokrewieństwa oraz danych metrykalnych pozwoliła przejść od profilu DNA osoby spokrewnionej z poszukiwanym do konkretnego podejrzanego. Sam trop genealogiczny miał charakter wykrywczy, a nie dowodowy. Dopiero klasyczne porównanie materiału pobranego po zatrzymaniu z DNA zabezpieczonym na ciele ofiary potwierdziło zgodność profili. Sprawa pokazała więc jednocześnie potencjał metody i pilną potrzebę określenia zasad, na jakich organy ścigania mogą korzystać z danych genetycznych krewnych osób podejrzewanych o najcięższe przestępstwa.

Literatura i źródła