Wieczorem 15 grudnia 1981 roku, w trzecim dniu stanu wojennego, za ogrodzeniem kopalni „Wujek" w Katowicach słychać było warkot czołgowych silników. Trzy tysiące górników strajkowało w środku. Wiedzieli, co się zbliża.
Poprosili księdza o mszę. Pod koniec modlitwy, gdy metaliczny łoskot narastał, proboszcz Henryk Bolczyk udzielił absolucji generalnej — rozgrzeszenia, które Kościół przewiduje wyłącznie w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa.
Następnego dnia o jedenastej czołg wyłamał mur. Funkcjonariusze otworzyli ogień do cofających się górników. Zginęło dziewięciu ludzi, najmłodszy miał dziewiętnaście lat. Rany — w brzuch, w klatkę piersiową, w głowę — nie pozostawiały wątpliwości co do intencji strzelających.
W tym samym kraju, zaledwie szesnaście miesięcy wcześniej, dziesięć milionów ludzi zapisało się do jednego związku zawodowego. Postulaty tego ruchu spisano na stoczniowej sklejce, która trafiła na listę UNESCO obok Biblii Gutenberga. A potem przyszła grudniowa noc i generał w mundurze za biurkiem.
Między stoczniową bramą a kopalnianym murem mieści się cała historia dekady, w której Polacy odkryli własną siłę — i cenę, jaką system był gotów kazać im za nią zapłacić. Ile razy trzeba udzielić rozgrzeszenia in articulo mortis, żeby wolność stała się faktem?