W Chorzowie, pod adresem Truchana 7, stoi szpital dziecięcy. Otwarto go 1 stycznia 1964 roku. Dziś leczą się w nim dzieci z całego regionu — jest oddział hematologii, onkologii, nowoczesna pracownia z rezonansem magnetycznym i PET/CT. To miejsce ratuje życie.
Człowiek, którego nazwisko nosi ulica, tego otwarcia nie doczekał. Władysław Truchan zmarł trzynaście lat wcześniej, w lutym 1951 roku. Miał czterdzieści sześć lat.
Przez większość dorosłego życia Truchan nie miał nic wspólnego z medycyną. Był hutnikiem. Wytapiał stal w piecach martenowskich — najpierw siedemnaście lat w Lotaryngii, potem w Hucie Kościuszko w Chorzowie, gdzie skracał czas wytopów, nie tracąc na jakości stali. Prasa nazywała go „mistrzem szybkościowych wytopów". Pracował w tropikalnych temperaturach.
A mimo to gdzieś między jednym wytopem a następnym znajdował czas, żeby zbierać środki na budowę szpitala dla dzieci. Organizował przedszkola zakładowe. Myślał o tym, co będzie, gdy piece wygasną.
Piece wygasły — stalownię zamknięto w 1993 roku. Huta ogłosiła upadłość w 2012. Ale szpital przy ulicy Truchana stoi. I kto wie, czy to nie jest najcelniejszy wytop, jaki ten hutnik kiedykolwiek przeprowadził?