Czwartego czerwca 1989 roku w dwóch miejscach na świecie władza autorytarna stanęła przed buntem własnego społeczeństwa. Odpowiedziała na dwa różne sposoby.

W Pekinie, na placu Tiananmen, na demonstrantów ruszyły czołgi. Tej samej doby w Warszawie komisje liczyły karty wyborcze, na których Polacy właśnie wykreślili rządzącą partię. Na uprzywilejowanej liście krajowej umieszczono trzydzieści pięć nazwisk partyjnej elity, ludzi bez realnych kontrkandydatów, którzy mieli wejść do Sejmu niemal automatycznie. Próg poparcia przekroczyło dwóch. Resztę wyborcy skreślili ołówkiem.

Polski reżim wciąż miał wojsko, milicję i tajną policję. Po klęsce przy urnie mógł unieważnić wybory i wyprowadzić czołgi, tak jak robił to dekadę wcześniej. Tym razem tego nie zrobił. Działacze Solidarności do ostatniej chwili obawiali się, że jednak zrobi.

Dwa miasta, jedna data, dwie decyzje. W Pekinie dyktatura odpowiedziała na pytanie o swoją prawomocność seriami z karabinów. W Warszawie przyjęła odpowiedź, której sobie nie życzyła, i zaczęła się pakować.

Co sprawia, że jedna władza strzela, a druga liczy głosy do końca, choć wie, że przegrała? Nad Wisłą zadecydowało kilka rzeczy naraz. Żadna z nich nie była z góry przesądzona.