25 marca 1957 roku sześciu ministrów zasiadło w sali Horacjuszy i Kuriacjuszy na rzymskim Kapitolu, by podpisać dokument mający związać ich państwa na czas nieokreślony, bez przewidzianej drogi wyjścia. Pod ozdobnymi oprawami leżały jednak niemal same czyste kartki. Gotowy tekst nie zdążył dotrzeć z drukarni, a część roboczych arkuszy trafiła wcześniej do kosza, bo sprzątaczki wzięły je za makulaturę. Prawdziwe były tylko strony pierwsze i te przeznaczone na podpisy.
Ministrowie z pełną powagą sygnowali plik białego papieru. Nikt z obecnych dziennikarzy niczego nie zauważył.
Rzecz w tym, że to naprawdę niczego nie zmieniało. Treść uzgodniono wcześniej co do przecinka, w salach oddalonych od ceremonii o miesiące pracy. Podpis pod pustą kartką wiązał dokładnie tak samo jak podpis pod wydrukowanym paragrafem, bo ciężar spoczywał nie na papierze, lecz na zgodzie, do której dochodzono latami.
Ta scena pasuje do reszty tej historii. Powojenna Europa nie zjednoczyła się dzięki wielkim proklamacjom odczytywanym przed kamerami — te akurat zwykle kończyły się niczym. Wiązało co innego: żmudne, nudne uzgodnienia, których nikt nie oglądał.
Co zatem podpisano tamtego dnia w Rzymie: kartki czy porozumienie? Odpowiedź zależy od tego, gdzie umieścimy prawdziwy dokument — na stole z oprawami czy w latach rozmów, które go poprzedziły.