Muzeum Śląskie w Katowicach ma historię, którą trudno opowiedzieć jako ciągłą narrację. To raczej trzy osobne początki — trzy instytucje noszące to samo imię, z których każda musiała zaczynać od nowa. I każda z nich mówi coś innego o regionie, który ją powołał.
Gest polityczny
Kiedy Sejm Śląski tworzył muzeum w styczniu 1929 roku, nie chodziło wyłącznie o gromadzenie zbiorów. Górny Śląsk — po plebiscycie, po trzech powstaniach, po niepewnym podziale — potrzebował instytucji, która zakotwiczałaby polską obecność w przestrzeni symbolicznej. Muzeum było takim kotwicą.
Początki wypadły skromnie: czterdzieści sal na piątym piętrze Urzędu Wojewódzkiego, kilkadziesiąt tysięcy zwiedzających rocznie. Ale zbiory rosły szybko — pod koniec lat trzydziestych obejmowały blisko sto tysięcy eksponatów przyrodniczych, tysiące obiektów etnograficznych i artystycznych, w tym malarstwo Boznańskiej, Chełmońskiego, Fałata, Malczewskiego, Matejki. Instytucja, która miała być gestem, zaczęła nabierać realnej wagi.
Gdy sale w Urzędzie Wojewódzkim przestały wystarczać, wojewoda Michał Grażyński zlecił projekt nowego gmachu architektowi Karolowi Schayerowi. Schayer zaprojektował budynek bezprecedensowy w polskim muzealnictwie — siedmiopiętrowy, funkcjonalny, naszpikowany rozwiązaniami technicznymi, które wyprzedzały europejskie standardy. Drzwi na fotokomórkę, schody ruchome, klimatyzacja chroniąca zbiory przed pyłem przemysłowego miasta. Budowę ukończono latem 1939 roku. Otwarcie wyznaczono na wiosnę 1940.
Nie doszło do niego nigdy.
Ruina z premedytacją
Dyrektor Tadeusz Dobrowolski zdążył w sierpniu 1939 roku wysłać transportem kolejowym do Lublina skrzynie z najcenniejszymi obrazami i dokumentacją. Reszta kolekcji pozostała w Katowicach. Po wkroczeniu Niemców gmach zamieniono w magazyn rekwirowanych mebli, a potem zdecydowano o rozbiórce. Prasa okupacyjna opisała budynek jako pomnik „pychy polsko-żydowskiej". Demontaż trwał od 1941 do 1944 roku — prowadzili go między innymi więźniowie z Oświęcimia.
Z budynku ocalało jedno boczne skrzydło mieszkalne, zachowane wyłącznie dlatego, że w okupowanym mieście brakowało lokali. Stoi do dziś przy ulicy Kobylińskiego.
Sam Schayer uciekł przez Rumunię na Bliski Wschód. W Bejrucie zaprojektował Hotel Carlton, który stał się architektoniczną ikoną miasta — i który z kolei zniszczyła libańska wojna domowa. Architekt, którego budynki niszczyły kolejne wojny.
Pół wieku w poczekalni
Po wojnie władze PRL nie miały interesu w odbudowie muzeum kojarzącego się z sanacją i przedwojenną polityką polskości na Śląsku. Na fundamentach zburzonego gmachu stanął socrealistyczny biurowiec. O restytucji muzeum zaczęto myśleć dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych; formalnie przywrócono je do życia w grudniu 1984 roku — w budynku dawnego hotelu przy alei Korfantego.
To były dekady prowizorki. Część ocalałych zbiorów wędrowała przez magazyny bytomskie i warszawskie, niektóre dzieła odnajdywały się latami w przypadkowych miejscach. Adaptacja hotelowego gmachu trwała do 1992 roku, kiedy udostępniono ostatnie sale. Muzeum istniało, ale bez własnego adresu — dosłownie i symbolicznie.
Pod ziemię
Przełom nastąpił w 2006 roku, gdy ogłoszono międzynarodowy konkurs na nową siedzibę. Wygrało go austriackie biuro Riegler Riewe Architekten z Grazu, a ich projekt rozwiązywał fundamentalny problem w nieoczekiwany sposób. Nowe muzeum miało stanąć na terenie dawnej kopalni „Katowice" w dzielnicy Bogucice — miejsca, które od 1823 roku definiowało krajobraz i tożsamość miasta, wydobywając w sumie około stu dwudziestu milionów ton węgla, zanim w latach dziewięćdziesiątych zakończyło działalność. Zamiast postawić nad zabytkową tkanką kopalnianą nowy gmach, architekci schowali przestrzenie wystawiennicze pod ziemią. Na powierzchni pozostały jedynie przeszklone pawilony — świetliki, wejścia, elementy wentylacyjne.
Budowa trwała od 2011 do 2013 roku; muzeum otworzyło nową siedzibę w 2015. Kompleks o powierzchni niemal czterdziestu tysięcy metrów kwadratowych mieści podziemne galerie, audytorium, bibliotekę i garaż, a łączy je centralny hol o wysokości dwunastu i pół metra. Na terenie zachowano czterdziestosiedmiometrową wieżę szybu Warszawa II z panoramiczną windą — łącznik między kopalnianą przeszłością a muzealną teraźniejszością.
Projekt trafił w 2015 roku do grona nominowanych do nagrody im. Miesa van der Rohe — jednego z najważniejszych wyróżnień architektonicznych w Europie.
Kolekcja, która tłumaczy miejsce
W podziemiach przechowywanych jest ponad sto osiemnaście tysięcy eksponatów. Trzon stanowi kolekcja malarstwa polskiego sprzed 1945 roku — budowana od lat trzydziestych, uszczuplona przez wojnę, odbudowywana przez dekady. Obok niej funkcjonuje galeria śląskiej sztuki sakralnej z obiektami od XIV do XVIII wieku, kolekcja ponad piętnastu tysięcy polskich plakatów i zbiory fotografii.
Ale to, co odróżnia Muzeum Śląskie od innych polskich instytucji, kryje się gdzie indziej — w galerii plastyki nieprofesjonalnej. To największa w kraju kolekcja sztuki tworzonej poza obiegiem akademickim: górnicy rzeźbiący w węglu, artyści outsiderzy, grupy twórcze powstające przy hutach i kopalniach. Ekspozycja zorganizowana jest wokół metafory kopalni — szyb spina trzy sfery: podziemną pracę, powierzchnię życia społecznego i duchowość. W muzeum zbudowanym w podziemiach starej kopalni ta metafora nie jest literacka. Jest dosłowna.
Trzy początki, jedno trwanie
Muzeum Śląskie zaczynało trzykrotnie i za każdym razem w innych okolicznościach — jako polityczny gest młodej autonomii, jako prowizorka w hotelowych wnętrzach, jako podziemna architektura na terenie nieczynnej kopalni. Żadna z tych wersji nie była kontynuacją poprzedniej w prostym sensie. A jednak coś je łączy: uporczywość instytucji, która nie chciała przestać istnieć, nawet gdy nie miała gdzie.
Ulica, przy której stoi dziś muzeum, nosi imię Tadeusza Dobrowolskiego — dyrektora, który w sierpniu 1939 roku pakował skrzynie z obrazami na transport do Lublina. To nieprzypadkowy adres. Niektóre instytucje definiuje to, co zgromadzą. Tę — to, czego nie pozwoliła utracić.