Skąd się bierze to zdanie

Na pierwszy rzut oka to pytanie brzmi jak prowokacja albo internetowy skrót zbiorowej frustracji. „90% ludzi jest głupich, 9% jakoś ogarnia, a 1% pcha świat do przodu" – takie zdanie można wysnuć z rozmów prywatnych, internetowych komentarzy i półironicznych diagnoz rzeczywistości. Pojawia się w dyskusjach o mediach społecznościowych, polityce, edukacji i kulturze masowej. Ale zamiast je wyśmiać albo przyjąć bezrefleksyjnie, warto potraktować je serio i sprawdzić, czy opisuje ono cokolwiek realnego.

Nie jako ocenę ludzi. Nie jako statystykę inteligencji. Lecz jako model działania społeczeństw.

Bo być może pytanie „czy ludzie są głupi" jest źle postawione. A właściwe brzmi inaczej: jak rozkłada się sprawczość, rozsądek i podatność na manipulację w dużych zbiorowościach? I czy struktura tego rozkładu rzeczywiście przypomina proporcje 90–9–1?

Głupota jako błąd kategorii

Pierwszy problem z tezą 90–9–1 tkwi w samym słowie „głupi". W naukach społecznych i poznawczych nie istnieje ono jako mierzalna cecha. Psychologia i socjologia operują innymi pojęciami, znacznie bardziej precyzyjnymi. Możemy tu wyróżnić:

  • heurystyki poznawcze – uproszczone reguły decyzyjne, które człowiek stosuje, gdy pełna analiza jest zbyt kosztowna,
  • racjonalność ograniczona – zdolność do racjonalnych decyzji w warunkach niedostatku informacji i czasu,
  • podatność na dezinformację – tendencja do przyjmowania fałszywych informacji, szczególnie gdy zgodne są z istniejącymi przekonaniami,
  • myślenie reaktywne – reagowanie emocjonalne bez głębszej analizy przyczyn,
  • kompetencje domenowe – umiejętność w konkretnym obszarze (zawód, hobby, nauka),
  • sprawczość systemowa – zdolność do inicjowania zmian na poziomie struktur i reguł.

Człowiek może mieć wysoką inteligencję mierzoną IQ i jednocześnie podejmować irracjonalne decyzje. Może być wykształcony formalnie, a mimo to ulegać manipulacji i schematycznym narracjom. Może też mieć przeciętne zdolności poznawcze, a działać rozsądnie i skutecznie w konkretnym obszarze życia – jako fachowiec, rodzic czy członek wspólnoty lokalnej.

Dlatego mówienie o „głupich ludziach" jako trwałej kategorii prowadzi donikąd. Etykieta nie objaśnia niczego i nie pozwala na analityczną rozbudowę. Ale gdy zastąpimy ocenę rolami i stanami poznawczymi, teza zaczyna działać.

90–9–1 jako model ról, nie ludzi

Najlepiej broniąca się wersja tej tezy brzmi następująco:

W każdym społeczeństwie większość ludzi funkcjonuje reaktywnie – reaguje na informacje zamiast je projektować. Mniejszość stabilizuje system operacyjnie – wykonuje procedury, zarządza procesami, buduje infrastrukturę. Bardzo wąska grupa realnie wpływa na kierunek zmian – projektuje reguły, tworzy paradygmaty, ustawia ramy, w których inni działają.

To nie są typy osobowości. To nie jest tak, że ktoś „jest" reaktywny na całe życie. To role i stany, w które ludzie wchodzą w zależności od warunków, dostępnych informacji, presji czasu i struktury systemu, w którym działają.

90% – tryb reaktywny

To nie są „idioci". Skutki bywają jednak nie do odróżnienia. To ludzie, którzy:

  • korzystają z uproszczonych schematów poznawczych – bo jest to energetycznie tańsze niż głęboka analiza każdej informacji,
  • reagują emocjonalnie na informacje masowe – szybsze i naturalniejsze niż analityczna odpowiedź,
  • przejmują narracje zamiast je analizować – skupiają się na tym, co słyszą od grupy, którą uważają za wiarygodną,
  • nie inicjują zmian systemowych – nie pytają „czy te reguły mogłyby być inne", lecz „jak funkcjonować w obecnych regułach".

Ten tryb jest energetycznie najtańszy i ewolucyjnie skuteczny w warunkach masowych. Problem pojawia się wtedy, gdy staje się dominującą formą reagowania na świat informacyjny, szczególnie w warunkach mediów masowych i algorytmów wzmacniających emocjonalne treści. Mówiąc wprost: te warunki ogłupiają i nie powstały przypadkiem.

Ekonomia opisała to zjawisko dużo wcześniej niż psychologia internetu. Anthony Downs nazwał je w 1957 roku racjonalną ignorancją: skoro pojedynczy głos ma znikomy wpływ na wynik wyborów, prywatny bodziec do inwestowania czasu w kosztowną wiedzę obywatelską pozostaje minimalny. Niewiedza jest tu decyzją opłacalną, a nie wadą człowieka. Hipotezę Downsa sprawdziły empirycznie Fernanda Lopez de Leon i Renata Rizzi, wykorzystując brazylijski system, w którym o obowiązku głosowania decyduje data urodzenia. Nie znalazły wpływu udziału w wyborach na wiedzę polityczną ani na konsumpcję informacji.

Przykład: człowiek może pracować jako inżynier – operacyjnie kompetentny – ale wobec informacji politycznej lub dotyczącej zdrowia publicznego wchodzi w tryb reaktywny. I to jest normalne. Reaktywność w dziedzinach, w których nie mamy kompetencji, jest naturalna. Problem zaczyna się, gdy reaktywność staje się dominującą strategią poznawczą nawet w sprawach, które wymagają głębszej analizy.

To, że jest to normalne i naturalne, nie znaczy, że takie zachowania należy usprawiedliwiać i przechodzić nad nimi do porządku dziennego.

9% – stabilizatorzy

To grupa kompetentna operacyjnie. Należą do niej między innymi:

  • inżynierowie – projektują i budują systemy techniczne,
  • lekarze praktycy – działają w ramach sprawdzonych procedur, ratując życie na podstawie doświadczenia i nauki,
  • urzędnicy techniczni – wdrażają regulacje, prowadzą procedury administracyjne,
  • menedżerowie procesów – optymalizują przepływy pracy i informacji, zarządzają zespołami,
  • administratorzy systemów i specjaliści – utrzymują infrastrukturę w ruchu.

Nie pchają świata do przodu – przynajmniej nie w sensie tworzenia nowych kierunków czy paradygmatów. Ale sprawiają, że świat funkcjonuje. Bez nich każda wielka idea pozostaje tylko teorią, każdy projekt się rozpada, a każda rewolucja kończy się chaosem.

Z punktu widzenia stabilności systemu jest to rola kluczowa. Ci ludzie mogą być niezadowoleni z reguł, ale rozumieją, jak one funkcjonują i potrafią je wdrażać. Są niezbędni dla każdego nowoczesnego państwa, korporacji czy instytucji.

Michael Lipsky pokazał zresztą, że warstwa operacyjna robi więcej, niż sama o sobie sądzi. Pracownicy pierwszej linii, od nauczycieli po urzędników i pracowników socjalnych, dysponują sporą swobodą uznania przy codziennym stosowaniu przepisów i faktycznie pełnią funkcję swoistych decydentów. Przeciążeni, sięgają po racjonowanie zasobów, selekcję petentów i rutynizację kontaktu, a skumulowany efekt tych drobnych rozstrzygnięć potrafi przekierować zamierzony kierunek polityki. Wykonywanie reguł nigdy nie jest więc czynnością czysto techniczną.

1% – sprawczy kierunek

Najmniejsza i najbardziej niejednoznaczna grupa. To ludzie i środowiska, które:

  • projektują reguły gry – decydują, jakie są możliwości dla reszty,
  • tworzą nowe paradygmaty – pokazują świat w zupełnie inny sposób,
  • zmieniają struktury zamiast opinii – nie przekonują poprzez słowa, lecz poprzez zmianę bodźców, regulacji, technologii, infrastruktury.

Ten 1% może tworzyć postęp technologiczny, naukowy i społeczny – albo może tworzyć katastrofę, manipulację i zniszczenie. Historia zna oba warianty. Sprawczość jest moralnie neutralna. To narzędzie. Wszystko zależy od tego, kto je trzyma i do czego je stosuje.

Psychologia społeczna zna też mechanizm, dzięki któremu tak mała grupa w ogóle cokolwiek przesuwa. W klasycznym eksperymencie Serge’a Moscoviciego dwóch współpracowników eksperymentatora wśród czterech badanych uparcie nazywało niebieskie slajdy zielonymi. Mniejszość konsekwentna przechylała większość w 8,2% odpowiedzi, mniejszość niekonsekwentna zaledwie w 1,25%. Decydowała nie liczebność, lecz to, czy grupa trzymała się swojego zdania.

Malarska scena przedstawiająca dawną drukarnię, duchownego z otwartą księgą oraz ludzi czytających i słuchających w przestrzeni europejskiego miasta.
Drukarnia, obieg książek i dyskusja religijna – symboliczne zestawienie przemian w rozpowszechnianiu wiedzy w XV–XVI wieku. Scena nie przedstawia konkretnego wydarzenia. Rekonstrukcja poglądowa · grafika AI – nie jest materiałem archiwalnym · FaleInspiracji.pl · CC0 1.0.

Przykłady historyczne: kiedy model działał

Historia dostarcza empirycznych potwierdzeń tego modelu, choć nigdy nie występuje on w postaci czystej ani jednoznacznej.

Druk i nowoczesna wiedza (XV–XVI wiek)

Wynalazek druku nie zmienił świata dlatego, że większość ludzi raptem zapragnęła czytać książki. Zmienił go, bo zmieniła się struktura dystrybucji informacji. Wąska grupa innowatorów – Gutenberg i pierwsi drukarze – stworzyła technologię. Elity operacyjne – urzędnicy, nauczyciele, księża, kupcy – ją wdrożyły. Większość społeczeństwa – głównie analfabeci – zaczęła żyć w świecie, którego zasad nie projektowała i początkowo nawet nie rozumiała.

Efekt był radykalny: reformacja protestancka (bo przekłady Pisma na języki narodowe wyszły poza krąg duchowieństwa), nowoczesna nauka (bo wiedza mogła się łatwiej kumulować), administracja państwowa (bo mogła się scentralizować dzięki instrukcjom pisemnym).

Skalę tej zmiany da się zmierzyć. Jeremiah Dittmar wykazał, że europejskie miasta, w których prasy drukarskie stanęły jeszcze w XV wieku, rosły w latach 1500–1600 o 60% szybciej niż porównywalne ośrodki bez nich, choć wcześniej nie miały nad nimi żadnej przewagi. Do 1500 roku prasę miało sześćdziesiąt ze stu największych miast Europy, a wydrukowano blisko osiem milionów książek, w większości religijnych i po łacinie.

Rewolucja naukowa XVII wieku

Modele świata stworzone przez niewielką grupę uczonych – Newton, Galileusz, Kepler – nie były demokratycznym konsensusem. Tworzyła je ta część społeczeństwa, która rozumiała matematykę i eksperyment oraz miała dostęp do przyrządów obserwacyjnych. Modele te były po prostu lepszym opisem rzeczywistości. Elity techniczne zaczęły je stosować w żegludze (tablice astronomiczne), wojsku (balistyka), inżynierii (maszyny). Społeczeństwo skorzystało z efektów – lepszych statków, lepszych fortyfikacji – nie rozumiejąc mechanizmów ani nie uczestnicząc w ich tworzeniu.

Ta sama wąska warstwa potrafi jednak hamować równie skutecznie, jak popychać. Pierre Azoulay wraz ze współpracownikami prześledził losy 452 wybitnych biologów, którzy zmarli u szczytu możliwości. Po śmierci każdej z takich gwiazd napływ prac badaczy spoza jej kręgu rósł średnio o 8%, a teksty te nieproporcjonalnie często zdobywały wysoką cytowalność. Wniosek autorów jest niewygodny: dopóki autorytet żyje, outsiderzy niechętnie kwestionują jego przywództwo w dziedzinie, choć mogą mieć rację.

Totalitaryzmy XX wieku – mroczna strona modelu

To jeden z najmocniejszych dowodów, że sprawczość 1% jest moralnie niejednoznaczna. Nie „dobra" ani „zła" z natury – to zależy od intencji i kontekstu. Adolf Hitler, Józef Stalin – to były osoby należące do tego 1%, czyli do grupy zdolnej do projektowania nowych struktur, tworzenia paradygmatów, zmieniania reguł gry.

Proste narracje (wyższość rasowa, dyktatura proletariatu), wskazanie wewnętrznego i zewnętrznego wroga, obietnica sensu i bezpieczeństwa – wystarczyły, by masy reaktywne zostały uruchomione przeciw własnym interesom, przy aktywnym udziale aparatu operacyjnego (biurokraci, policja, wojsko). Efekt: kilkadziesiąt milionów zabitych, destrukcja gospodarek, zniszczenie kultur.

To pokazuje, że „pchanie świata do przodu" może oznaczać również pchanie ku przepaści.

Kryzys kubański (1962)

W momencie największego napięcia nuklearnego świata – dwa systemy ideologiczne z bronią jądrową o włos od konfrontacji – świat nie został uratowany przez większość. Nie poprzez demokratyczne głosowanie czy zbiorową mądrość mas. Został uratowany przez kilku ludzi zdolnych zatrzymać impuls reaktywny – Kennedy i doradcy, Chruszczow i jego zespół. To przykład, w którym 1% nie przyspieszył zmian, lecz je powstrzymał. Nie zawsze sprawczość oznacza akcję; czasami oznacza wstrzymanie się od akcji w krytycznym momencie.

Graham Allison pokazał jednak, że nawet ten sztandarowy przypadek nie jest tak prosty, jak się wydaje. Decyzja o blokadzie morskiej wygląda na racjonalny wybór jednolitego państwa tylko z pierwszej perspektywy. Z drugiej okazuje się działaniem ograniczonym przez standardowe procedury aparatu wykonawczego, z trzeciej zaś wynegocjowanym kompromisem wewnątrz sztabu doradców Kennedy’ego. Warstwa decyzyjna i operacyjna są tu splecione, a nie ustawione jedna nad drugą.

Transformacja Europy Środkowej (1989–1991)

Zmiana ustrojowa w Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech nie była spontanicznym dziełem mas. Były masy – społeczne niezadowolenie, Solidarność, protesty – ale bez projektów, bez ram prawnych, bez kompetencji operacyjnych do wdrożenia nowego systemu, transformacja mogłaby się skończyć chaosem. Wymagała technokratów, ekonomistów (Balcerowicz w Polsce, Klaus w Czechosłowacji), instytucji przygotowujących zmiany.

Społeczne niezadowolenie było siłą napędową, ale 1% (reformatorzy systemowi) i 9% (biurokracja zdolna do wdrażania) były warunkami koniecznymi, by to niezadowolenie przerodziło się w trwały system, a nie w wojnę domową.

Timur Kuran dodał do tego obrazu element, którego w potocznych opisach 1989 roku zwykle brakuje: zaskoczenie. Rewolucja zaskoczyła własnych przywódców, uczestników, ofiary i obserwatorów, ponieważ przez lata ludzie tłumili niechęć do ustroju i wprowadzali w błąd wszystkich, łącznie z samymi sobą, co do szans powodzenia. Prywatnie pogardzanym rządom nadali w ten sposób aurę niezwyciężoności, a opozycja publiczna była gotowa eksplodować w chwili, gdy dość osób przestało się bać ujawnienia swoich rzeczywistych preferencji.

Malarska scena z tłumem demonstrantów, flagami Polski, Czechosłowacji i Węgier oraz postaciami analizującymi dokumenty na pierwszym planie.
Społeczna mobilizacja i praca nad nowymi regułami – symboliczna wizja transformacji Europy Środkowej w latach 1989–1991. Kompozycja łączy motywy protestów i reform instytucjonalnych; nie odtwarza konkretnego wydarzenia ani spotkania. Rekonstrukcja poglądowa · grafika AI – nie jest materiałem archiwalnym · FaleInspiracji.pl · CC0 1.0.

Dlaczego liczby 90–9–1 są jednocześnie trafne i mylące

Jako dokładne proporcje – opisane z precyzją „90% ludzi jest głupich, 9% to normalne osoby, 1% to geniusze" – są nie do obrony. Z nauki poznawczej i genetyki wyłania się inny obraz: rozkład inteligencji jest ciągły, nie skokowy. Nie ma granicy, gdzie kończy się „głupi" i zaczyna się „średni".

Same liczby mają przy tym konkretny rodowód. Jakob Nielsen sformułował regułę 90–9–1 w 2006 roku, opierając się na aktywności na blogach i w Wikipedii, a samo zjawisko nierówności uczestnictwa przypisywał wcześniejszym badaniom Willa Hilla z Bell Communications Research. To statystyka publikowania na platformach o zerowym progu wejścia, nie pomiar sprawczości społecznej. Gdy Mattia Gasparini i jego zespół sprawdzili tę regułę na danych z GitHuba, okazało się, że dla platformy traktowanej jako całość ona się nie utrzymuje, choć nadal opisuje niektóre typy projektów.

Kiedy zamiast kliknięć mierzy się rzeczywiste zachowania, obraz wychodzi inny. Lester Milbrath, badając uczestnictwo polityczne, wyodrębnił trzy grupy: nielicznych „gladiatorów", którzy kandydują i prowadzą kampanie, szeroką warstwę „widzów", którzy śledzą politykę i głosują, oraz apatycznych, którzy nie uczestniczą wcale. Robert Kurzban i Daniel Houser, klasyfikując uczestników gry o dobro publiczne, stwierdzili, że większość, bo 63%, stanowią typy recyprokalne, wnoszące wkład zależnie od tego, czego spodziewają się po innych. Badanie kompetencji dorosłych PIAAC z 2023 roku daje średnio w krajach OECD 26% osób na najniższych poziomach rozumienia tekstu i 12% na najwyższych. W Polsce udział osób na najniższych poziomach sięga blisko 40%, a średnie wyniki we wszystkich trzech badanych domenach plasują się poniżej średniej OECD, choć sama OECD zaleca ostrożność przy interpretacji polskich danych z tego cyklu ze względu na wysoki odsetek nietypowych wzorców odpowiedzi. Everett Rogers w modelu dyfuzji innowacji wydzielił 2,5% innowatorów i 13,5% wczesnych naśladowców.

Żaden z tych pomiarów nie mierzy tego samego co pozostałe i żaden nie daje proporcji 90–9–1. Ale wszystkie mają podobny kształt: umiarkowany dół, obszerny środek, wąska góra. Nielsen mierzył platformę, na której większość rzeczywiście nic nie robi, bo nic nie musi. Kiedy stawką jest coś realnego, środek przestaje być bierny.

Dlatego liczby z tytułu są tu tylko punktem wyjścia. Istotna jest struktura trzech trybów, nie stosunek, w jakim występują, a ten zmienia się zależnie od dziedziny, kraju i sposobu pomiaru.

Te proporcje nie są sztywne. Im większy chaos informacyjny, presja czasu i polaryzacja, tym więcej ludzi przesuwa się w stronę reaktywności. Im stabilniejsze instytucje i lepsza jakość informacji, tym większa rola stabilizatorów.

Wersja dynamiczna: gdy świat przyspiesza

Ten model nie jest statyczny – to jego największa siła i największa złożoność.

W warunkach stabilności (długa faza spokoju gospodarczego, zaufanie do instytucji) rozkład pozostaje względnie trwały. Ludzie mogą sobie pozwolić na nieuwagę, bo system działa bez ich udziału. Sprawczość rozprasza się w drobne zmiany proceduralne i innowacje przyrostowe.

W kryzysach nagłych (pandemia, katastrofa, krach) większość społeczeństwa przechodzi w głęboką reaktywność: strach dominuje nad refleksją, a reakcje obronne wypierają analizę. Stabilizatorzy, czyli osoby zdolne do racjonalnego działania w warunkach niepewności, są dramatycznie przeciążeni, bo istniejące procedury nie są w stanie przetworzyć skali kryzysu. Równocześnie zdolność jednostek do autonomicznego działania zawęża się drastycznie, ponieważ świat traci przewidywalność i przestają działać wcześniejsze doświadczenia oraz schematy myślowe.

W wojnach informacyjnych (polaryzacja, fake news, algorytmy mediów społecznościowych) rośnie rola manipulatorów uwagi – zajmujących się nie tworzeniem wartości, lecz operowaniem emocjami. Ten mechanizm daje się zmierzyć. Soroush Vosoughi, Deb Roy i Sinan Aral prześledzili na Twitterze około 126 tysięcy zweryfikowanych historii z lat 2006–2017 i stwierdzili, że fałsz rozchodził się dalej, szybciej, głębiej i szerzej niż prawda we wszystkich kategoriach informacji, najsilniej w polityce. Fałszywe doniesienia wywoływały w odpowiedziach strach, obrzydzenie i zaskoczenie, prawdziwe raczej wyczekiwanie, smutek, radość i zaufanie. Steve Rathje ze współpracownikami przeanalizował z kolei ponad 2,7 miliona wpisów kont medialnych i amerykańskich kongresmenów: każde pojedyncze słowo odnoszące się do politycznego przeciwnika zwiększało szanse udostępnienia o 67%, a język wymierzony w obcą grupę okazał się najsilniejszym predyktorem zasięgu ze wszystkich badanych. Autorzy piszą wprost o przewrotnych bodźcach, jakie platformy tworzą dla treści dzielącej.

W tym trybie większość ulega fragmentacji na wiele małych plemion, każde przekonane, że wszyscy inni są głupi. To przekonanie bywa przy tym systematycznie błędne. Matthew Levendusky i Neil Malhotra wykazali, że ludzie postrzegają społeczeństwo jako znacznie bardziej podzielone wzdłuż linii partyjnych, niż jest w rzeczywistości, a ich wyobrażenia o przeciwnikach są zniekształcone mocniej niż wyobrażenia o własnym obozie.

Stabilizatorzy są marginalizowani jako „nudziarze" i „przemądrzali", których nikt nie słucha. Eric Merkley pokazał, że problem sięga głębiej niż obojętność. U osób o wysokim poziomie antyintelektualizmu, czyli uogólnionej nieufności wobec ekspertów, sama informacja o istnieniu konsensusu naukowego nie tylko nie przekonuje, ale zwiększa sprzeciw wobec stanowiska specjalistów.

W przełomach technologicznych (wynalazek elektryczności, Internetu, AI) chwilowo rośnie znaczenie bardzo wąskich grup decyzyjnych – ludzi rozstrzygających o tym, jak technologia będzie wdrażana. Potem, gdy technologia się stabilizuje, ta sprawczość przenosi się do monopoli i regulatorów.

Dlatego pytanie „ilu ludzi jest głupich" nie ma sensu. Sens ma pytanie: w jakim trybie poznawczym działa dziś społeczeństwo i kto ustawia ramy tego działania?

Najtrudniejsza konkluzja

Najbardziej niewygodna prawda tego modelu brzmi: większość ludzi nie chce być w 1%.

W części przypadków nie dlatego, że ludzie nie potrafią lub że są „genetycznie ograniczeni". Lecz dlatego, że sprawczość na poziomie systemów oznacza:

  • odpowiedzialność – jeśli coś się nie powiedzie, nie możesz powiedzieć „to nie moja decyzja",
  • konflikt – systemy istniejące zawsze będą się bronić przed zmianami,
  • brak natychmiastowej nagrody – zmiany strukturalne trwają bardzo długo, a rezultaty mogą się pokazać dopiero po latach,
  • samotność poznawczą – wizja świata, którą nosisz, będzie się różnić od wizji większości.

Systemy masowe nie promują takich cech i nie jest to ich wada, lecz warunek stabilności. Gdyby wszyscy naraz chcieli przeprojektować reguły, żadne reguły nie zdążyłyby zadziałać. Większość musi być zadowolona z obecnego stanu lub przynajmniej wystarczająco przystosowana, by go znosić.

Próg, po przekroczeniu którego reguły jednak się zmieniają, bywa przy tym niższy, niż podpowiada intuicja. W eksperymentach Damona Centoli mniejszość forsująca nową normę zawodziła, dopóki nie stanowiła około jednej czwartej grupy. Po przekroczeniu tej granicy większość przejmowała nową normę gwałtownie, a w jednej z prób o powodzeniu całego procesu zadecydowała jedna osoba.

Edukacja masowa premiuje reprodukcję wiedzy bardziej niż niezależne myślenie. Media głównego nurtu nagradzają konformizm częściej niż herezję. Algorytmy – Facebook, TikTok, YouTube – optymalizują na zaangażowanie, co oznacza emocje, a emocje są najprostsze u osób reaktywnych, nie refleksyjnych.

Charlan Nemeth opisała mechanizm poznawczy, który to napędza. Kontakt ze stanowiskiem większości zawęża myślenie do rozwiązania, które większość już zaproponowała. Kontakt ze stanowiskiem mniejszości otwiera je na kilka możliwości naraz. Konformizm nie jest więc wyłącznie postawą. Jest też skutkiem tego, czyj głos słyszymy najczęściej.

To nie jest spisek. To po prostu efekt układu bodźców.

Czy więc ludzie są głupi?

Nie. Ale świat działa tak, jakby przez większość czasu nie było potrzeby, by byli refleksyjni. To ogromna różnica.

Mark Granovetter sformułował tę myśl najostrzej. W jego modelach progowych każdy człowiek ma własny próg, czyli odsetek innych, którzy muszą zacząć działać, zanim zacznie on sam. Grupy o niemal identycznych przeciętnych preferencjach dają wtedy skrajnie różne wyniki, zależnie od rozkładu tych progów. Wniosek Granovettera brzmi: wnioskowanie o cechach jednostek na podstawie zagregowanych rezultatów jest ryzykowne. Z tego, że nic się nie dzieje, nie wynika, że ludzie są bierni albo głupi.

Człowiek jest zdolny do krytycznego myślenia – badania pokazują, że nawet osoby bez formalnego wykształcenia potrafią analizować problemy, gdy są im bliskie i gdy mają czas. Pokazują to konsekwentnie sondaże deliberatywne Jamesa Fishkina, prowadzone od lat w kilkudziesięciu krajach. W eksperymencie „America in One Room" ponad pięciuset reprezentatywnie dobranych wyborców dyskutowało przez długi weekend o pięciu najważniejszych sprawach kraju i wyszło z tego z wyraźnie mniej spolaryzowanymi poglądami, zarówno w kwestiach programowych, jak i w stosunku do ludzi po drugiej stronie sporu.

Problem polega na tym, że współczesny świat informacyjny nie daje ani czasu, ani przestrzeni do takiej analizy. Algorytmy wzmacniają emocjonalne skrajności. Media komercyjne zarabiają na polaryzacji. Polityka opiera się na uproszczeniach.

Dlatego „masowa głupota" to nie jest diagnoza natury ludzkiej. To diagnoza projektu społecznego – tego, jak struktury wzmacniają reaktywność kosztem refleksji.

Pytanie, które się liczy

Prawdziwym pytaniem nie jest to, ilu ludzi „jest głupich", lecz:

  • Kto projektuje reguły gry?
  • Kto je wykonuje?
  • A kto tylko na nie reaguje?
  • I w jakim momencie historii akurat jesteśmy – w fazie konstruowania, czy w fazie rozpadu?

Odpowiadając na te pytania, możemy coś zrobić. Możemy zmienić projektujących reguły (jeżeli system się rozpada), albo wzmocnić kompetentnych operacyjnie (jeśli są marginalizowani lub usuwani z systemu), albo – co najważniejsze – zadać sobie pytanie: czy istnieje perspektywa, w której ja, czytając te słowa, mogę przesunąć się z 90% do 9%, a może nawet mieć szansę na 1%?

Odpowiedź brzmi: tak, możesz. Ale będzie to trudne. Bo wymaga rezygnacji z wygody reaktywności.

Literatura i źródła