Na metryce widniało imię Farrokh. Bulsara, syn Bomiego i Jer, przyszedł na świat 5 września 1946 roku w Stone Town, kamiennej dzielnicy Zanzibaru, wtedy jeszcze brytyjskiego protektoratu u wschodnich wybrzeży Afryki. Czterdzieści pięć lat później cały muzyczny świat znał go pod nazwiskiem, które sam sobie wymyślił, i pod głosem, którego nikt nie mylił z żadnym innym. Mało który artysta tak gruntownie zamazał ślady własnego pochodzenia, a jednocześnie tak wyraźnie wniósł je do swojej sztuki. Historia Freddiego Mercury’ego zaczyna się daleko od londyńskich studiów nagraniowych, na wyspie pachnącej goździkami i solą, i prowadzi przez trzy kontynenty, zanim zatrzyma się na scenie stadionu Wembley przed największą widownią, jaką oglądała ówczesna muzyka rozrywkowa. To opowieść o przemianie nieśmiałego chłopca w postać sceniczną tak wyrazistą, że z czasem przesłoniła ona człowieka, który ją stworzył. Rozgłos rósł z roku na rok, a wokalista coraz staranniej strzegł swojej prywatności.
Zanzibar, korzenie i Persja
Ojciec przyszłego wokalisty pracował jako kasjer w kolonialnej administracji brytyjskiej, najpierw w Indiach, później na Zanzibarze, dokąd rodzina przeniosła się za posadą. Bulsarowie należeli do społeczności Parsów, potomków wyznawców zaratusztrianizmu, którzy po podboju arabskim opuścili przedislamską Persję i osiedlili się w indyjskim Gudżaracie, by zachować swoją wiarę. Samo nazwisko pochodzi od miasta Bulsar, dziś Valsad, jednego z dawnych ośrodków religii zaratusztriańskiej. Rodzina praktykowała tę wiarę przez całe życie Farrokha. Pogrzeb urządzono mu według parsyjskiego obrządku.
Dom stał na skrzyżowaniu kultur. Arabski meczet, hinduska świątynia, brytyjski urząd i suahilijski targ mieściły się w promieniu kilku ulic. Matka, Jer, lubiła operę i śpiewała w domu, a wokół rozbrzmiewała muzyka taarab, charakterystyczna dla wybrzeża mieszanka rytmów arabskich, afrykańskich i indyjskich, która po latach wróci echem w dziwacznym, perkusyjnym utworze „Mustapha" z płyty Jazz. Mercury w 1980 roku odwiedził wyspę po raz pierwszy od dzieciństwa. Według biografów był poruszony, bo Stone Town zmieniło się nie do poznania, a zarazem zachowało rdzeń miejsca, w którym się urodził. Już nigdy tam nie wrócił.
Publicznie milczał na temat pochodzenia. Najbliżej tematu znalazł się, gdy zapytano go o ekscentryczny image i odparł półżartem, że zawsze będzie się obnosił jak „perski pajac". Była to jedna z nielicznych aluzji do parsyjskich korzeni, jakie kiedykolwiek wypowiedział. Resztę zostawiał piosenkom i scenicznej masce.
Indie, fortepian i The Hectics
W 1954 roku ośmioletniego chłopca wysłano do szkoły z internatem. Trafił do St. Peter’s School w Panchgani, miejscowości oddalonej o około osiemdziesiąt kilometrów od Bombaju. Była to placówka prowadzona na brytyjską modłę, z mundurkami, krykietem i lekcjami po angielsku, typowa dla zamożnych parsyjskich rodzin, które posyłały tam synów. Tam zaczął uczyć się gry na fortepianie. Tam też koledzy zaczęli nazywać go Freddie, a imię przyjęło się tak mocno, że posługiwała się nim potem cała rodzina.
Mając dwanaście lat, założył szkolny zespół. The Hectics grali covery, głównie amerykański i brytyjski rock and roll w wykonaniu takich gwiazd jak Little Richard czy Cliff Richard. Jeden z kolegów z tamtego składu wspominał potem, że Freddie miał niezwykłą zdolność: słuchał piosenki w radiu i niemal natychmiast odtwarzał ją na fortepianie ze słuchu. Inny dodawał, że interesowała go wyłącznie zachodnia muzyka popularna, mimo że indyjska kultura dźwiękowa otaczała go ze wszystkich stron i mimo że jedną z jego wczesnych idolek była indyjska wokalistka Lata Mangeshkar. Ciągnęło go gdzie indziej. W stronę Anglii, której jeszcze nie znał, a którą już zdążył pokochać przez modę i radiowe przeboje.
W szkolnych latach kolekcjonował też znaczki pocztowe, a jego dziecięcy album filatelistyczny trafił po dekadach do londyńskiego Postal Museum. W lutym 1963 roku skończył szkołę i wrócił na Zanzibar, do rodziców. Spędzał czas na plażach i wokół targowisk. Ten spokój nie miał trwać długo.
Feltham i powstanie Queen
W styczniu 1964 roku wybuchła rewolucja zanzibarska. Obalono arabskiego sułtana, a w fali przemocy zginęły tysiące osób pochodzenia arabskiego i indyjskiego. Wielu mieszkańców o korzeniach brytyjskich i hinduskich opuściło wyspę. Wśród nich byli Bulsarowie. Siedemnastoletni Freddie wraz z rodziną wylądował w Anglii i zamieszkał w Feltham pod Londynem, w skromnym szeregowym domu. Zapisał się najpierw do Isleworth Polytechnic, a następnie do szkoły artystycznej Ealing Art College, gdzie w 1969 roku uzyskał dyplom z projektowania graficznego. Dorabiał jako bagażowy na lotnisku Heathrow i na targu, sprzedając używane ubrania.
Studia okazały się dla niego ważniejsze towarzysko niż zawodowo. W Ealing i okolicach krążyli młodzi muzycy, a Bulsara śpiewał kolejno w kilku efemerycznych zespołach o nazwach Ibex, Wreckage i Sour Milk Sea, zanim odnalazł właściwych partnerów. Jednym z nich był gitarzysta Brian May, który razem z perkusistą Rogerem Taylorem prowadził grupę Smile. Kiedy ich wokalista Tim Staffell odszedł, Freddie, dotychczas zapalony kibic zespołu, namówił obu na nowy projekt i sam stanął przed mikrofonem. W 1970 roku grupa przyjęła nazwę Queen, a Bulsara zaczął przedstawiać się jako Mercury. Inspiracji szukać należy w jego własnym tekście do piosenki „My Fairy King", w której padają słowa o Matce Merkury.
Zanim Queen zaczęli cokolwiek zarabiać, Mercury i Roger Taylor prowadzili wspólnie stoisko z ubraniami i grafikami na targu Kensington Market. Mercury, z dyplomem grafika w kieszeni, zaprojektował zespołowi godło. Połączył w nim znaki zodiaku wszystkich czterech muzyków: dwa lwy dla Rogera Taylora i Johna Deacona, raka dla Briana Maya oraz dwie wróżki Panny dla siebie, a całość zwieńczył literą Q i koroną. Skład dopełnił się rok później. Basista John Deacon dołączył 1 marca 1971 roku i przetrwał w grupie do samego końca jej klasycznej formy.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
„Bohemian Rhapsody" i przełom
Debiutancki album Queen z 1973 roku nie zrobił furory. Wydany rok później Queen II przyniósł rozpoznawalność w Wielkiej Brytanii, a prawdziwy hit pojawił się jeszcze w 1974 roku. „Killer Queen" z krążka Sheer Heart Attack dotarł do drugiego miejsca brytyjskiej listy i pokazał, że Mercury potrafi pisać błyskotliwe, dopracowane piosenki o nieoczywistej tematyce. Tym razem napisał najpierw tekst, dopiero potem muzykę. Rok później nastąpiło wydarzenie, które zdefiniowało całą resztę jego kariery.
„Bohemian Rhapsody" trwa blisko sześć minut, nie ma refrenu i składa się z kilku zupełnie różnych części: spokojnej ballady, sekcji operowej, ostrego rocka i wyciszonej kody. Nagrywano ją w studiu Rockfield w Walii oraz w czterech innych obiektach, a środkowy fragment dogrywano przez tydzień, warstwa po warstwie, aż taśma w niektórych miejscach niemal się przecierała. Album A Night at the Opera, na którym piosenka się znalazła, uchodził wówczas za jedną z najdroższych produkcji w historii. Wytwórnia obawiała się, że tak długi i tak dziwny utwór w ogóle nie nadaje się do radia. Przekonanie publiczności zawdzięczamy w dużej mierze didżejowi Kenny’emu Everettowi, który zapowiedział, że nie wolno mu puścić piosenki, po czym odtworzył ją na antenie Capital Radio kilkanaście razy w ciągu dwóch dni i wywołał szturm na sklepy płytowe.
Efekt przerósł wszelkie kalkulacje. Singiel spędził dziewięć tygodni na szczycie brytyjskiej listy przebojów, od 23 listopada 1975 roku do 25 stycznia roku następnego, i został świątecznym numerem jeden. W Stanach Zjednoczonych dotarł wtedy do dziewiątego miejsca. Co rzadkie w dziejach list przebojów, utwór wrócił na sam szczyt brytyjskiej listy szesnaście lat później, po śmierci Mercury’ego, i jako jedyny był bożonarodzeniowym numerem jeden dwukrotnie. W 1992 roku, dzięki scenie z komedii Świat Wayne’a, piosenka znów weszła do amerykańskiej czołówki. Towarzyszący jej teledysk z 1975 roku uznaje się za jeden z pierwszych, które pokazały przemysłowi muzycznemu komercyjną siłę takiej formy, i od tej pory zespół kręcił klip do niemal każdego singla.
Sam tekst pozostał zagadką, której zespół nigdy nie rozszyfrował. Padają w nim operowe zawołania, Scaramouche, Galileo i Fandango, oraz dramatyczna spowiedź syna, który wyznaje matce, że zabił człowieka. Mercury konsekwentnie odmawiał wyjaśnień i radził słuchaczom, by każdy sam zdecydował, o czym jest piosenka. Krytycy długo nie wiedzieli, co o tym myśleć, a brytyjska prasa muzyczna przyjęła utwór z mieszaniną podziwu i zażenowania. Publiczność rozstrzygnęła spór po swojemu. W 2002 roku Księga rekordów Guinnessa uznała utwór za najlepszy brytyjski singiel wszech czasów.
Cztery autorskie głosy
Queen wyróżniał się na tle innych zespołów tym, że przeboje pisali wszyscy czterej muzycy, a nie wyłącznie jeden lider. Mercury odpowiadał za „Bohemian Rhapsody", „Killer Queen" oraz „Somebody to Love". Spod ręki Briana Maya wyszły „We Will Rock You" i melancholijne „Who Wants to Live Forever". Roger Taylor dał zespołowi „Radio Ga Ga", a największy z komercyjnych hitów grupy, „Another One Bites the Dust", napisał najcichszy z całej czwórki, basista John Deacon, autor także wcześniejszego „You’re My Best Friend". Taki układ rodził twórcze tarcia, bo każdy walczył o miejsce dla swoich kompozycji na płycie i o tantiemy. Z tych napięć brała się rozpiętość brzmienia, której nie powstydziłaby się żadna inna grupa epoki.
W studiu Mercury bywał perfekcjonistą. Przy „Somebody to Love", piosence utrzymanej w duchu gospel, zespół wielokrotnie nakładał własne głosy, aż brzmiał jak liczny chór, mimo że śpiewało ich tylko troje. Podobną metodę zastosowano w operowej części „Bohemian Rhapsody", gdzie warstwy wokali piętrzono przez wiele dni. Mercury komponował przy fortepianie i potrafił, jak wspominali współpracownicy, układać kolejne fragmenty utworu w głowie, zanim w ogóle dotknął instrumentu. Brian May twierdził, że konstrukcja „Bohemian Rhapsody" istniała w umyśle wokalisty w całości, na długo przed pierwszą sesją nagraniową.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Stadionowy rytuał i Live Aid
Album News of the World z 1977 roku dał grupie dwie pieśni, które wyszły poza obieg radiowy i weszły do języka stadionów. „We Will Rock You" zbudowano wokół najprostszego możliwego rytmu, tupania i klaskania, tak by tłum mógł go odtworzyć bez instrumentów. „We Are the Champions" stało się hymnem zwycięskich drużyn na całym świecie. Mercury rozumiał, że koncert to nie tylko muzyka. To rytuał, w którym kilkadziesiąt tysięcy ludzi staje się jednym organizmem reagującym na gest jednego człowieka. Jego scenicznym znakiem firmowym był dialog z publicznością prowadzony przy pomocy pojedynczych, powtarzanych dźwięków, improwizacja, która narodziła się przypadkiem na koncercie w Montrealu w 1978 roku, a potem wracała na każdym wielkim występie. Stroje projektowała mu między innymi Zandra Rhodes, a sam wokalista przeszedł z czasem od cekinowych trykotów ku oszczędnej sylwetce z wąsem i w prostym podkoszulku.
Najpełniejszy dowód tej umiejętności padł 13 lipca 1985 roku. Na londyńskim stadionie Wembley odbywał się Live Aid, koncert na rzecz ofiar głodu w Etiopii, transmitowany do ponad stu trzydziestu krajów dla widowni szacowanej na blisko dwa miliardy osób. Z perspektywy lat brzmi to zaskakująco, ponieważ tuż przed występem wielu obserwatorów uważało Queen za zespół, który ma już za sobą najlepszy okres. Grupa potraktowała wyzwanie z chłodną precyzją, ćwicząc skrócony, dwudziestominutowy zestaw przez tydzień w niewielkim teatrze. Wynik przeszedł do legendy. Mercury, przemierzając wielką scenę i prowadząc słynny dialog z tłumem, zapanował nad publicznością w sposób, który w licznych zestawieniach branżowych uznano za najlepszy występ koncertowy w dziejach rocka. Zestaw liczył zaledwie kilka pozycji, ułożonych tak, by w parę minut przejść przez historię zespołu, od fragmentu „Bohemian Rhapsody", przez „Radio Ga Ga" i „Hammer to Fall", aż po „We Will Rock You" oraz „We Are the Champions". Organizator Bob Geldof stwierdził później bez ogródek, że Queen byli tego dnia najlepszym zespołem na scenie. Występ odświeżył ich karierę.
Rok później przyszła trasa Magic Tour, ostatnia z klasycznym składem. Zespół był wtedy u szczytu możliwości koncertowych, a stadionowe granie miał opanowane od lat. Już na początku 1981 roku Queen zagrali pierwszą w swojej karierze serię występów w Ameryce Południowej, w tym na Estádio do Morumbi w São Paulo, gdzie pierwszego wieczoru zgromadziło się około stu trzydziestu jeden tysięcy widzów. Była to wówczas rekordowa płatna widownia jednego zespołu, a cała trasa uczyniła grupę jedną z pierwszych gwiazd rocka grających na stadionach tego kontynentu. Trasa z 1986 roku zakończyła się 9 sierpnia w parku Knebworth, gdzie zgromadziło się około stu dwudziestu tysięcy widzów. Nikt wówczas nie wiedział, że to ostatni raz, gdy Mercury śpiewa ze sceny z Queen, a samego koncertu, przez przeoczenie organizacyjne, nikt nawet porządnie nie nagrał na taśmę filmową. Po tym występie wokalista oznajmił zespołowi, że nie chce już dawać wielkich widowisk. Powodów było więcej, niż mogli się domyślać.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Eksperymenty, Bowie i Barcelona
Twórczość Queen nigdy nie trzymała się jednego gatunku, lecz w latach osiemdziesiątych zespół wykonał kilka ryzykownych zwrotów. Jeszcze w 1980 roku grupa nagrała muzykę do filmu science fiction Flash Gordon, po raz pierwszy mierząc się z formą filmowej ścieżki dźwiękowej. Album The Game z 1980 roku przyniósł dwa amerykańskie numery jeden, rockabilly „Crazy Little Thing Called Love" pióra Mercury’ego oraz funkujące „Another One Bites the Dust". Dwa lata później płyta Hot Space skręciła zdecydowanie w stronę funku i muzyki tanecznej, czym zniechęciła część rockowej publiczności. Wcześniej, w 1981 roku, powstał jeden z najtrwalszych utworów w dorobku grupy, „Under Pressure", nagrany wspólnie z Davidem Bowie i zakończony brytyjskim numerem jeden. Charakterystyczna linia basu i napięcie między dwiema silnymi osobowościami złożyły się na piosenkę, która do dziś brzmi świeżo.
Z albumu The Works z 1984 roku pochodziły „Radio Ga Ga" oraz „I Want to Break Free". Do tej drugiej nakręcono teledysk, w którym muzycy przebrali się za bohaterki brytyjskiej opery mydlanej. W Wielkiej Brytanii odebrano go jako żart, w Stanach Zjednoczonych jednak stacja MTV przyjęła klip chłodno, co zaszkodziło pozycji zespołu na tamtejszym rynku. Mercury nagrywał także solo. Płyta Mr. Bad Guy z 1985 roku pokazała jego upodobanie do rozmachu i orkiestrowej oprawy, a dwa lata później nagrał przebojową przeróbkę standardu „The Great Pretender". W międzyczasie ukazał się zespołowy album A Kind of Magic z 1986 roku, luźno związany z filmem Nieśmiertelny, z którego pochodziły tytułowy utwór oraz podniosłe „Who Wants to Live Forever" z partią orkiestry.
Najbardziej osobisty projekt narodził się z fascynacji operą. Wokalista od dawna podziwiał kataloński sopran Montserrat Caballé i w 1987 roku doszło do ich współpracy, z której wyrósł utwór „Barcelona", a następnie cała płyta pod tym samym tytułem, łącząca rockowy głos z klasycznym śpiewem. Para zaprezentowała materiał z tej płyty publicznie 8 października 1988 roku podczas festiwalu La Nit w Barcelonie, urządzonego z okazji przybycia flagi olimpijskiej do miasta, choć występ odbył się z playbacku. Był to zarazem ostatni raz, gdy Mercury stanął na scenie przed publicznością. Singiel „Barcelona" dotarł do ósmego miejsca brytyjskiej listy, a kompozycję napisano z myślą o igrzyskach, które miasto miało gościć w 1992 roku. Mercury nie dożył tego wydarzenia, lecz nagranie zabrzmiało podczas ceremonii otwarcia. Znamienne, że odrzucił kiedyś propozycję zaśpiewania partii barytonowej w duecie operowym, bo obawiał się, że fani znający go jako rockowego wokalistę nie rozpoznają jego głosu. Ta uwaga prowadzi prosto do najciekawszej zagadki jego sztuki.
Anatomia głosu
Wokół skali głosu Mercury’ego narosła legenda o czterech oktawach. Brzmi efektownie i powtarzana jest w niezliczonych artykułach, lecz nauka studzi entuzjazm. W 2016 roku zespół badaczy z Austrii, Czech i Szwecji pod kierunkiem Christiana Herbsta opublikował w czasopiśmie Logopedics Phoniatrics Vocology akustyczną analizę nagrań wokalisty. Wnioski okazały się trzeźwiejsze od mitu. Zmierzona skala śpiewu obejmowała około trzydziestu siedmiu półtonów, mniej więcej od dźwięku Fis w drugiej oktawie po G w oktawie piątej. Mediana częstotliwości mowy, wyliczona z sześciu wywiadów, wynosiła około stu siedemnastu herców i wskazywała na baryton. Mówiąc prościej, Mercury z natury był barytonem, który śpiewał jak tenor, a popularnej tezy o ponadczterooktawowej rozpiętości po prostu nie udało się potwierdzić.
Wyjątkowość tkwiła gdzie indziej niż w samym zasięgu. Badacze zwrócili uwagę na bardzo szybkie i nieregularne vibrato, o częstotliwości około siedmiu drgań na sekundę, znacznie szybsze niż u wyszkolonych śpiewaków klasycznych. Analizowali również charakterystyczne „warczenie", które wokalista wprowadzał w mocniejszych fragmentach. Posługując się rockowym śpiewakiem naśladującym tę technikę, sfilmowali jego krtań kamerą rejestrującą ponad cztery tysiące klatek na sekundę. Okazało się, że za efekt odpowiadają subharmoniczne drgania fałdów rzekomych, zjawisko spotykane w skrajnej postaci u tuwińskich śpiewaków gardłowych z Republiki Tuwy na południu Syberii. Sam Mercury chętnie podtrzymywał inny, znacznie prostszy mit. Twierdził, że za jego głos odpowiadają cztery dodatkowe siekacze, z którymi się urodził i których nigdy nie kazał usunąć w obawie o brzmienie.
Głos był jego głównym instrumentem, lecz nie jedynym. Podstawą pozostawał fortepian, na którym komponował i grał w studiu oraz na scenie, a w kilku utworach, w tym w „Crazy Little Thing Called Love", sięgał także po gitarę rytmiczną. Na estradzie świadomie ograniczał aranż do tego, co da się odtworzyć przed wielotysięcznym tłumem, i właśnie dlatego jego najprostsze pomysły, pojedynczy dźwięk rzucony publiczności albo rytm wyklaskany przez stadion, działały najmocniej.
Człowiek za sceną
Sceniczna pewność siebie kłóciła się z prywatną naturą wokalisty. Ludzie, którzy go znali, opisywali człowieka nieśmiałego i uprzejmego, dalekiego od buńczucznej postaci z reflektorów. Jego wieloletni asystent Peter Freestone ujął to żartobliwie, mówiąc, że gdyby Freddie mógł decydować, urodziłby się od razu jako osiemnastolatek w Feltham. W tym dowcipie kryła się prawda o człowieku, który całe pochodzenie wolał zostawić za sobą i zbudować się od nowa. Znajomi wspominali popołudniowe wizyty w jego mieszkaniu, podczas których wyciągał porcelanę i kostki cukru, parzył herbatę i zachowywał się, jak to ujmowali, zaskakująco „angielsko".
Kolekcjonował sztukę i japońskie przedmioty, a koty traktował jak domowników. Słynął także z wystawnych przyjęć urodzinowych, organizowanych z przepychem w Monachium czy Nowym Jorku, które przeszły do obyczajowej legendy tamtej dekady. Wobec znajomych i współpracowników potrafił być hojny ponad miarę. Szczególne miejsce zajmowało w jego życiu szwajcarskie Montreux nad Jeziorem Genewskim, gdzie mieściło się studio, w którym Queen wielokrotnie nagrywali, i które wokalista pokochał za spokój, jakiego nie dawał mu Londyn. Lojalność wobec ludzi, do których się przywiązał, była u niego cechą stałą, choć kręgu najbliższych strzegł zazdrośnie.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Mary Austin, Jim Hutton i prawo do prywatności
Najważniejszą osobą w jego życiu okazała się Mary Austin, którą poznał na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Byli przez kilka lat parą, a po rozstaniu zostali przyjaciółmi do końca. Mercury mówił o niej jak o jedynej prawdziwie bliskiej osobie, a w testamencie zapisał jej swój londyński dom, posiadłość Garden Lodge w dzielnicy Kensington. W ostatnich latach jego partnerem był Jim Hutton, irlandzki fryzjer, który towarzyszył mu do końca i był przy nim, gdy umierał. W opiece nad chorym Hutton i Austin współpracowali. Po jego śmierci Mary Austin zachowała w tajemnicy miejsce, w którym spoczęły prochy wokalisty. Przez wiele lat mieszkała w Garden Lodge, a o lokalizacji prochów nie powiedziała nikomu spoza najbliższego kręgu, dotrzymując danego mu słowa.
Mercury nie składał publicznych deklaracji na temat orientacji seksualnej i konsekwentnie unikał wywiadów. Współcześni dziennikarze spierali się, czy ukrywał swoją seksualność, czy też żył otwarcie, a prawda mieściła się gdzieś pośrodku tych ocen. W brytyjskiej prasie muzycznej już w 1974 roku padały pod jego adresem bezpośrednie pytania, na które odpowiadał wymijająco, z błyskotliwym poczuciem humoru. Działo się to zaledwie kilka lat po tym, jak w Wielkiej Brytanii zdekryminalizowano stosunki między dorosłymi mężczyznami. Cenił prywatność na tyle mocno, że uczynił z niej żelazną zasadę, której trzymał się nawet wtedy, gdy choroba przestała być wyłącznie jego sprawą.
Ostatnie lata i pożegnanie
Diagnozę postawiono wiosną 1987 roku. Niektóre relacje sugerują, że objawy pojawiły się wcześniej, a wokalista miał szukać pomocy lekarskiej już na początku dekady, choć tych ustaleń nie da się w pełni zweryfikować. Mercury nie ujawnił choroby. Brytyjskie tabloidy polowały na sensację, drukując nagłówki o jego stanie zdrowia, on zaś zaprzeczał i pracował dalej. Stygmatyzacja chorych na AIDS była wtedy ogromna, a panika wokół nowej epidemii uruchamiała mechanizmy, które w innej skali wróciły później przy okazji kolejnej pandemii.
Mimo postępującej choroby zespół nagrywał. Album The Miracle z 1989 roku i wydany w 1991 roku Innuendo powstawały, gdy Mercury był już ciężko chory. Po The Miracle zespół oznajmił prasie, że chce przerwać cykl płyta, trasa, płyta, trasa, i świadomie zrezygnował z koncertów, a prawdziwy powód tej decyzji pozostawał wówczas tajemnicą. Na Innuendo znalazł się utwór „The Show Must Go On", zaśpiewany w studiu z najwyższym wysiłkiem, niemal bez sił, by ustać o własnych nogach. Do nagranego wcześniej „These Are the Days of Our Lives" powstał czarno-biały teledysk, w którym wyniszczenie chorobą widać już gołym okiem. 23 listopada 1991 roku, po latach milczenia, wokalista wydał krótkie oświadczenie. Potwierdził w nim, że jest nosicielem wirusa HIV i choruje na AIDS, prosząc fanów o wsparcie w walce z chorobą. Niewiele ponad dobę później, 24 listopada 1991 roku, zmarł w swoim domu w Kensington na bronchopneumonię będącą następstwem AIDS. Miał czterdzieści pięć lat. Pogrzeb odbył się zgodnie z parsyjskim obrządkiem zaratusztriańskim, a wśród żałobników był jego wieloletni przyjaciel Elton John, któremu Mercury kazał jeszcze przed śmiercią przekazać na Boże Narodzenie akwarelę jego ulubionego malarza.
Co zostało
20 kwietnia 1992 roku na Wembley odbył się koncert ku jego pamięci, w którym wystąpili muzycy z całego świata, między innymi David Bowie, Elton John, George Michael, Annie Lennox i Liza Minnelli. Z tej inicjatywy wyrosła fundacja Mercury Phoenix Trust, powołana przez pozostałych członków Queen oraz menedżera Jima Beacha i działająca do dziś na rzecz walki z AIDS. W 1995 roku ukazała się płyta Made in Heaven, złożona z ostatnich nagrań wokalisty i materiału dokończonego przez zespół.
Liczby mówią o skali zjawiska. Składanka Greatest Hits z 1981 roku, sprzedana w samej Wielkiej Brytanii w ponad sześciu milionach egzemplarzy, pozostaje najlepiej sprzedającym się albumem w historii tamtejszego rynku, a łączną sprzedaż wszystkich wydawnictw Queen szacuje się na setki milionów egzemplarzy. Po śmierci Mercury’ego zainteresowanie muzyką zespołu gwałtownie wzrosło. Ta biografia bywa zresztą przywoływana w dyskusjach o tożsamości narodowej i imigracji, bo trudno o wyrazistszy przykład człowieka znikąd, urodzonego jako poddany brytyjski na afrykańskiej wyspie, w rodzinie o perskich korzeniach, wychowanego w Indiach, a uznawanego dziś za jedną z najbardziej brytyjskich postaci kultury masowej.
Pamięć przybiera czasem formy niespodziewane. W 2001 roku Queen trafili do Rock and Roll Hall of Fame, a w 2022 roku amerykańska Biblioteka Kongresu wpisała „Bohemian Rhapsody" do rejestru nagrań uznanych za szczególnie istotne kulturowo. Jeszcze dalej sięga gest astronomiczny. W 1991 roku belgijski astronom Henri Debehogne odkrył w obserwatorium La Silla w Chile planetoidę o średnicy około trzech i pół kilometra, a 4 września 2016 roku, w przeddzień siedemdziesiątych urodzin wokalisty, Brian May, sam z wykształcenia astrofizyk, ogłosił, że obiekt nosi odtąd nazwę 17473 Freddiemercury. Film fabularny Bohemian Rhapsody z 2018 roku przyniósł Ramiemu Malekowi Oscara za rolę Mercury’ego, choć krytycy zarzucali produkcji wygładzenie trudnych obszarów jego biografii. Mimo tych zastrzeżeń obraz stał się jednym z najbardziej dochodowych filmów muzycznych w historii kina.
Sam zespół nie zniknął ze sceny. Queen wracali na estrady z innymi wokalistami, najpierw u boku Paula Rodgersa w pierwszej dekadzie nowego stulecia, a od 2011 roku z amerykańskim śpiewakiem Adamem Lambertem, choć John Deacon wycofał się z muzyki i nie wziął udziału w tych przedsięwzięciach. Występ z Live Aid obrósł z czasem własną mitologią i wciąż bywa wskazywany w branżowych ankietach jako szczyt koncertowego rzemiosła.
W epoce serwisów streamingowych jego piosenki zaczęły żyć kolejnym życiem. „Don’t Stop Me Now" z 1978 roku, w czasach premiery przyjęte raczej chłodno, stało się po latach jednym z najchętniej odtwarzanych utworów zespołu i niemal synonimem muzyki dodającej energii. Katalog Queen trafił do kolejnych pokoleń słuchaczy, które nie pamiętają ani Live Aid, ani pogrzebu z 1991 roku, a mimo to znają te refreny na pamięć.
Materialne ślady wciąż osiągają zawrotne ceny. We wrześniu 2023 roku na aukcji w domu Sotheby’s fortepian Yamaha, na którym powstała „Bohemian Rhapsody", sprzedano za ponad 1,7 miliona funtów. Nad Jeziorem Genewskim w Montreux, w mieście, które wokalista pokochał i w którym Queen nagrywali, od 1996 roku stoi jego pomnik zwrócony twarzą ku wodzie.
Literatura i źródła
- Freddie Mercury — Wikipedia — artykuł encyklopedyczny
- Bohemian Rhapsody — Wikipedia — artykuł encyklopedyczny o utworze i jego notowaniach
- Queen discography — Wikipedia — zestawienie dyskografii i sprzedaży
- Magic Tour (Queen) — Wikipedia — artykuł encyklopedyczny o ostatniej trasie z klasycznym składem
- 17473 Freddiemercury — Wikipedia — artykuł encyklopedyczny o planetoidzie
- Freddie Mercury — acoustic analysis of speaking fundamental frequency, vibrato, and subharmonics — PubMed — abstrakt publikacji naukowej
- Logopedics Phoniatrics Vocology, t. 42, nr 1 — Taylor & Francis — publikacja naukowa o analizie głosu
- Freddie Mercury — Encyclopædia Britannica — artykuł encyklopedyczny
- An acoustic analysis of Freddie Mercury's voice — Phys.org — materiał popularnonaukowy
- A force of nature: an acoustic analysis of Freddie Mercury's voice — ScienceDaily — materiał popularnonaukowy
- The Real Story Behind Queen's Iconic Live Aid Performance — History.com — artykuł analityczny
- Bohemian Rhapsody, dane notowań — Official Charts — oficjalne dane list przebojów
- Queen's Live Aid Performance: How They Stole the Show — uDiscover Music — materiał muzyczny
- When Queen played Knebworth: Freddie Mercury's last show — Louder — artykuł publicystyczny
- Asteroid Freddiemercury 17473 — brianmay.com — oficjalny komunikat Briana Maya
- Biography — oficjalna strona Freddiego Mercury'ego — biografia oficjalna
- Asteroid Named for Freddie Mercury Is Announced on His Birthday — NPR — materiał informacyjny