Cła we wzajemnym handlu państw Szóstki zniknęły w 1968 roku. Na papierze rynek był otwarty.
Jedenaście lat później francuski likier porzeczkowy wciąż nie trafiał do niemieckich sklepów. Nikt go nie zakazał. Niemieckie przepisy żądały po prostu, by trunek tej kategorii zawierał określony minimalny procent alkoholu, a porzeczkówka tego progu nie sięgała. Granica przesunęła się z posterunku celnego do paragrafu.
20 lutego 1979 roku Trybunał Sprawiedliwości rozstrzygnął, że jeśli produkt wolno sprzedawać w jednym państwie członkowskim, pozostałe muszą go u siebie dopuścić — chyba że stoi za tym poważny interes publiczny, a nie sama odmienność krajowej normy. Bruksela przestała musieć ujednolicać każdy przepis techniczny z osobna.
W następnej dekadzie ta sama zasada zderzyła się z niemieckim prawem o czystości piwa i z włoskimi regulacjami składu makaronu. Sędziowie za każdym razem dochodzili do podobnego wniosku: ochrona tradycji bywa nazwą, pod którą zamyka się rynek przed konkurencją z zewnątrz.
Decyzji nie podjął żaden szczyt ani konferencja międzyrządowa. Zapadła w sporze o butelkę.
Najtrudniejsze do usunięcia okazały się bariery, których nikt nie musiał stawiać, bo już stały — wpisane w wymóg techniczny, uzasadnione troską o jakość, nieobecne w jakiejkolwiek taryfie celnej. Ile takich granic przecina dziś Europę i czy przekraczając je, w ogóle się to zauważa?