Żadna dekada PRL nie miała tak paradoksalnej logiki jak lata 1975–1985. Na każdym zakręcie władza próbowała zdusić napięcie siłą — i za każdym razem wytwarzała coś potężniejszego niż to, co chciała zniszczyć. Pałki w Radomiu zrodziły KOR. KOR dał struktury, które czekały na iskrę. Iskrą okazał się papież, a ogniem — Solidarność. Gdy generał Jaruzelski postanowił ugasić ten ogień czołgami, okazało się, że można internować dziesięć tysięcy ludzi, ale nie da się internować idei, która zdążyła zapuścić korzenie w dziesięciu milionach głów. To historia dekady, w której system PRL wygrywał każdą bitwę — i przegrywał wojnę.

Koniec cudu, początek rachunku

Fundament tej dekady stanowił ekonomiczny upadek. Edward Gierek budował „drugą Polskę" na zachodnich kredytach, ale pieniądze szły w wielkie projekty przemysłowe — Hutę Katowice, Port Północny, fabrykę Fiatów — których koszty dwukrotnie lub trzykrotnie przekraczały plany. Pod koniec 1975 roku dług zagraniczny Polski sięgał ośmiu miliardów dolarów — siedmiokrotnie więcej niż na początku rządów Gierka. Co gorsza, kredyty konsumowano zamiast inwestować w eksport, więc dewiz na spłatę nie było.

Klęskowa zima przełomu 1978 i 1979 roku, z temperaturami sięgającymi minus trzydziestu stopni, dobiła osłabioną gospodarkę. Paraliż transportu, wielogodzinne przerwy w dostawach prądu, puste półki sklepowe — tak wyglądał finał ery pozornego dobrobytu. Do końca dekady dług przekroczył dwadzieścia miliardów dolarów, a PKB na głowę zaczął spadać.

Pałki jako katalizator

24 czerwca 1976 roku premier Jaroszewicz zaproponował podwyżki cen żywności sięgające od sześćdziesięciu dziewięciu procent na mięso do stu pięćdziesięciu na ryż. Nazajutrz ponad osiemdziesiąt tysięcy robotników w stu dwunastu zakładach zastrajkowało spontanicznie. W Radomiu podpalono budynek komitetu partii, w Ursusie robotnicy zablokowali tory kolejowe, by informacja o proteście wydostała się na zewnątrz. Wieczorem Jaroszewicz wycofał podwyżki, ale odwet przyszedł natychmiast: aresztowanych przepuszczano przez „ścieżki zdrowia", szpalery milicjantów okładających ich pałkami.

Gdyby władza poprzestała na wycofaniu cen, historia mogłaby potoczyć się inaczej. Ale represje spowodowały coś bezprecedensowego w bloku wschodnim: 23 września czternastu intelektualistów — wśród nich Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski i Jerzy Andrzejewski — powołało jawny Komitet Obrony Robotników. Jawność była tu kluczowa: członkowie podawali nazwiska i adresy, zmieniając reguły gry między opozycją a służbami. W ślad za KOR-em powstały kolejne organizacje, Latający Uniwersytet zaczął prowadzić wykłady w prywatnych kuchniach, a podziemne wydawnictwa drukowały książki zakazane przez cenzurę. Między 1976 a 1980 rokiem Polska zbudowała infrastrukturę opozycyjną, jakiej nie znał żaden inny kraj za żelazną kurtyną.

Papież i duchowa próba generalna

16 października 1978 roku kardynał Karol Wojtyła został papieżem. Dla Polaków to była euforia, dla partii — „nieszczęście, które nas dotknęło", jak powtarzali funkcjonariusze MSW w nieoficjalnych rozmowach. Prawdziwy wstrząs nadszedł jednak dopiero z pielgrzymką w czerwcu 1979 roku. Na mszach papieskich zgromadziło się od sześciu do trzynastu milionów ludzi. Na krakowskich Błoniach stał tłum szacowany na milion do dwóch milionów osób, a milicja asystowała bezradnie na obrzeżach.

Znaczenie pielgrzymki wykraczało daleko poza religię. Polacy zobaczyli siebie nawzajem i odkryli, że jest ich więcej, niż ktokolwiek podejrzewał. Doświadczenie wspólnoty przeżyte bez konfrontacji — w atmosferze modlitwy, nie gniewu — zbudowało psychologiczny fundament pod to, co nastąpi rok później. Historyk Timothy Garton Ash nazwał pielgrzymkę „duchową próbą generalną rewolucji". Trafność tej metafory potwierdziło lato 1980.

Szesnaście dni w Stoczni

Latem 1980 roku półki sklepowe były puste, a rząd podniósł ceny. Przez kraj przetoczyła się fala strajków. Zapalnikiem eksplozji stało się zwolnienie Anny Walentynowicz ze Stoczni Gdańskiej — suwnicowej wielokrotnie odznaczanej, pozbawionej pracy na pięć miesięcy przed emeryturą. 14 sierpnia stocznia stanęła, a na jej teren wszedł zwolniony w 1976 roku elektryk Lech Wałęsa, przeskakując przez ogrodzenie.

W ciągu dwóch dni strajk przerodził się w ruch o skali niemożliwej do zignorowania. Międzyzakładowy Komitet Strajkowy koordynował protest ponad siedmiuset zakładów. Na stoczniowej sklejce spisano dwadzieścia jeden postulatów, z których pierwszy — wolne związki zawodowe niezależne od partii — przekraczał wszystko, czego dotąd żądano w bloku wschodnim. 31 sierpnia wicepremier Jagielski i Wałęsa podpisali Porozumienia Gdańskie. Do nowo powstałej Solidarności w ciągu kilku miesięcy zapisało się blisko dziesięć milionów Polaków — co czwarty obywatel kraju.

Czołgi na ulicach

Szesnaście miesięcy „karnawału Solidarności" — z niezależną prasą, klubami dyskusyjnymi, przełamaną cenzurą — skończyło się w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Siedemdziesiąt tysięcy żołnierzy, trzydzieści tysięcy milicjantów i czołgi na ulicach — nic porównywalnego nie widziano w Polsce od końca wojny. Do siódmej rano zatrzymano blisko trzy tysiące działaczy, wyciąganych z łóżek, niekiedy przy biciu domowników. Generał Jaruzelski w mundurze odczytał proklamację z telewizyjnego ekranu. Dekret o stanie wojennym był bezprawny nawet w świetle peerelowskiej konstytucji, a sto tysięcy egzemplarzy obwieszczeń wydrukowano wcześniej w drukarniach Związku Radzieckiego.

Najkrwawszym epizodem stała się pacyfikacja kopalni „Wujek" w Katowicach 16 grudnia. Funkcjonariusze ZOMO otworzyli ogień do górników. Zginęło dziewięciu ludzi, rany postrzałowe w brzuch, klatkę piersiową i głowę wskazywały na zamiar zabicia. Żaden z decydentów nie poniósł za to odpowiedzialności.

Podziemie, którego nie dało się zdławić

Stan wojenny rozbił struktury Solidarności, ale nie zdołał zniszczyć tego, co związek zbudował. Już w pierwszych tygodniach powstały podziemne komórki kierowane przez działaczy, którzy uniknęli internowania. Prasa podziemna rozrosła się do ponad tysiąca pięciuset tytułów — od biuletynów zakładowych po profesjonalnie redagowane tygodniki. Nadawało Radio Solidarność, którego kilkuminutowych emisji z nadajników ukrytych w bagażnikach samochodów nie potrafił namierzyć wywiad MSW.

Codzienność sprowadzała się do kartek na mięso, cukier, masło, mydło, benzynę i buty, do wielogodzinnych kolejek, w których stawało się nie wiedząc nawet, co „rzucą" na półkę. Ale obok szarości rozwijała się kultura oporu: zapalone świece w oknach trzynastego dnia każdego miesiąca, demonstracyjne spacery o dziewiętnastej — w godzinie Dziennika Telewizyjnego — i msze za ojczyznę, które pod osłoną liturgii były de facto zgromadzeniami politycznymi.

W połowie lat osiemdziesiątych PRL przypominał fasadę budynku, za którą pękały ściany nośne. Gospodarka tonęła w długach, propaganda traciła resztki wiarygodności w zderzeniu z podziemnym obiegiem informacji, a na Kremlu pojawił się reformator, którego polityka miała niedługo zmienić reguły gry w całym bloku. System wygrał grudniową noc. Ale to, co wyrosło z niej w podziemiu, było już silniejsze niż wszystko, co władza mogła przeciwko temu wystawić.