W pierwszej części cyklu opisaliśmy narodziny systemu komunistycznego w Polsce i mrok stalinizmu. Druga część przyniosła odwilż, Poznański Czerwiec i obietnice Gomułki. W trzeciej prześledziliśmy antysemicką czystkę Marca ‘68, krwawą masakrę robotników Grudnia ‘70 i złudny „cud gospodarczy" Edwarda Gierka. Teraz wkraczamy w lata 1975–1985, dekadę najgęstszą od wydarzeń i najważniejszą dla zrozumienia, dlaczego PRL w końcu upadł.

To dziesięciolecie, w którym zmieściło się wszystko: ekonomiczny krach po latach kredytowego dobrobytu, pierwszy od wieków papież spoza Włoch, dziesięciomilionowy ruch społeczny, który wstrząsnął całym blokiem wschodnim, i wreszcie czołgi na ulicach polskich miast w grudniową noc. Od euforii stoczniowej bramy po ciszę godziny milicyjnej, od modlitwy na krakowskich Błoniach po „ścieżki zdrowia" w radomskich komisariatach. Ta historia nie zmieściłaby się w żadnym scenariuszu filmowym, a mimo to wydarzyła się naprawdę.

Koniec „cudu": gospodarka na krawędzi

Kredyty, które zjadły przyszłość

Pierwsza połowa dekady Gierka przyniosła Polsce wzrost gospodarczy, jakiego kraj nie doświadczył od zakończenia wojny. Między 1971 a 1975 rokiem płace wzrosły o blisko czterdzieści procent, dochód narodowy zwiększył się o sześćdziesiąt procent, a na ulicach pojawiły się Fiaty 126p, kolorowe telewizory i meble z zachodnich katalogów. Polakom wydawało się, że wreszcie żyją w normalnym europejskim kraju. Problem tkwił w sposobie finansowania tego boomu. Gierek zaciągał ogromne kredyty w zachodnich bankach i rządach, inwestując je w wielkie projekty przemysłowe: Hutę Katowice, Port Północny w Gdańsku, fabrykę Fiata w Bielsku-Białej, zakłady petrochemiczne w Płocku. Wiele z tych inwestycji było rozplanowanych chaotycznie, z wieloletnimi opóźnieniami i kosztorysami przekraczanymi dwukrotnie lub trzykrotnie.

Pod koniec 1975 roku zadłużenie zagraniczne Polski przekroczyło osiem miliardów dolarów. Było to ponad siedmiokrotnie więcej niż w momencie dojścia Gierka do władzy. Co gorsza, znaczna część kredytów nie została zainwestowana w modernizację eksportu, lecz w konsumpcję wewnętrzną, przez co Polska nie generowała dewiz na obsługę długu. Sam Gierek podczas VII Zjazdu PZPR w grudniu 1975 roku przyznał ostrożnie, że „problem struktury cen podstawowych artykułów żywnościowych wymaga dalszej analizy". Była to ukryta zapowiedź podwyżek, ale nikt nie podejrzewał, jak szybko i brutalnie one przyjdą.

Zima stulecia i spirala kryzysu

Sytuację pogorszyła klęskowa zima przełomu 1978 i 1979 roku, jedna z najsurowszych w XX-wiecznej historii Polski. Temperatury spadły do minus trzydziestu stopni, paraliżując transport, energetykę i zaopatrzenie. W wielu miastach wyłączano prąd na kilka godzin dziennie, a kolejki po węgiel ciągnęły się kilometrami. Rolnictwo poniosło dotkliwe straty w pogłowiu zwierząt. Gospodarka, już osłabiona nieudanymi inwestycjami i rosnącym zadłużeniem, wpadła w otwartą spiralę kryzysu. Do końca dekady zadłużenie zagraniczne PRL przekroczyło dwadzieścia miliardów dolarów, a produkt krajowy brutto na mieszkańca zaczął spadać. Sklepy pustoszały w tempie, które pamięć zbiorowa zachowała jako charakterystyczny obraz tamtych lat: puste półki i niekończące się kolejki po wszystko, od masła po papier toaletowy.

Czerwiec 1976: Radom, Ursus, Płock

Podwyżka, której nie było

24 czerwca 1976 roku premier Piotr Jaroszewicz wystąpił na forum Sejmu z propozycją drastycznych podwyżek cen żywności. Mięso i ryby miały zdrożeć średnio o sześćdziesiąt dziewięć procent, a lepsze gatunki wędlin nawet o sto dziesięć procent. Cukier miał podskoczyć o dziewięćdziesiąt procent, ryż o sto pięćdziesiąt procent, nabiał o sześćdziesiąt cztery procent. W praktyce kilogram schabu wieprzowego miał kosztować sto złotych zamiast dotychczasowych pięćdziesięciu sześciu, a kilogram szynki gotowanej podskoczyłby z dziewięćdziesięciu złotych do stu osiemdziesięciu sześciu. Jako rekompensatę rząd zaproponował dodatki pieniężne, ale ich wysokość uznano powszechnie za skrajnie niesprawiedliwą, bo osoby zarabiające więcej dostawały wyższe rekompensaty od tych, którzy zarabiali najmniej.

Reakcja była natychmiastowa. Nazajutrz, 25 czerwca, w stu dwunastu zakładach pracy na terenie dwudziestu czterech województw ponad osiemdziesiąt tysięcy osób rozpoczęło strajki i demonstracje. Nie była to akcja zaplanowana ani koordynowana z góry. Robotnicy strajkowali spontanicznie, informacje rozchodziły się pocztą pantoflową i przez łączność kolejową. Władze blokowały telefony między miastami, Służba Bezpieczeństwa próbowała odcinać strajkujące zakłady od sąsiadujących fabryk, ale fala protestu rosła zbyt szybko.

Radom w ogniu

Najostrzejszy przebieg miały wydarzenia w trzech ośrodkach: Radomiu, Ursusie pod Warszawą i Płocku. W Radomiu strajk rozpoczął się rano w Zakładach Metalowych Predom-Łucznik, produkujących broń, maszyny do szycia i maszyny do pisania. Fabryka zatrudniała blisko jedenaście tysięcy osób i strajk objął ponad dziewięć tysięcy z nich. Gdy dyrekcja nie mogła zaspokoić żądań, kilkutysięczny tłum ruszył pochodem w kierunku gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Doszło do starć z milicją i ZOMO, podpalono budynek komitetu, zdemolowano ponad sto sklepów.

W podwarszawskim Ursusie robotnicy Zakładów Mechanicznych wyszli na tory kolejowe łączące Warszawę z Łodzią, Poznaniem i Katowicami. Ponad tysiąc osób siedzących na torowisku utworzyło żywą zaporę, blokując ruch pociągów. Robotnicy rozkręcili szyny i na uszkodzone tory zepchnęli przód elektrowozu pociągu pospiesznego „Opolanin". Ich celem było rozprzestrzenienie informacji o strajku, bo media milczały jak zaklęte. W Płocku protestowały zakłady rafineryjne i petrochemiczne.

Wieczorem 25 czerwca premier Jaroszewicz wystąpił w telewizji i wycofał podwyżki. Fala protestów opadła, ale władze wzięły odwet. Zatrzymanych robotników przepuszczano przez osławione „ścieżki zdrowia", czyli szpalery milicjantów okładających ich pałkami po całym ciele. Bito również przypadkowe osoby schwytane na ulicach. Ofiarą spotkania z milicyjnym patrolem stał się Jan Brożyna, śmiertelnie pobity przez funkcjonariuszy, o którego zabójstwo absurdalnie oskarżono potem świadków zdarzenia. Drugą śmiertelną ofiarą był ksiądz Roman Kotlarz, który po 25 czerwca modlił się publicznie w intencji robotników. Był kilkukrotnie nachodzony i bity przez SB. Zmarł 18 sierpnia 1976 roku w okolicznościach wskazujących na to, że został skatowany.

Robotnicy blokujący tory kolejowe w Ursusie podczas protestów Czerwca 1976
Ursus, czerwiec 1976 – robotnicy blokują tory kolejowe w proteście przeciw drastycznym podwyżkom cen żywności.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Narodziny opozycji: od KOR do Latającego Uniwersytetu

Komitet Obrony Robotników

Represje po Czerwcu ‘76, zamiast zastraszyć społeczeństwo, wywołały reakcję bez precedensu w dziejach bloku wschodniego. 23 września 1976 roku grupa czternastu intelektualistów ogłosiła publicznie powołanie Komitetu Obrony Robotników. Apel podpisali ludzie o bardzo różnych biografiach: Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski, Antoni Macierewicz, pisarz Jerzy Andrzejewski, ekonomista Edward Lipiński, ksiądz Jan Zieja, adwokatka Aniela Steinsbergowa. KOR był organizacją jawną, co w warunkach PRL stanowiło rewolucję samą w sobie. Członkowie podawali pełne nazwiska i adresy, narażając się na szykany, ale jednocześnie utrudniając władzom zastosowanie wobec nich metod konspiracyjnych. Wkrótce do działalności Komitetu włączyli się kolejni, młodsi aktywiści, w tym Adam Michnik i Zbigniew Romaszewski.

KOR organizował pomoc prawną i materialną dla represjonowanych robotników z Radomia i Ursusa, zbierał i upowszechniał informacje o łamaniu praw człowieka, naciskał na władze, by zwolniły skazanych. Presja przyniosła skutek: w lutym 1977 roku wypuszczono większość więzionych uczestników protestu, a w lipcu ogłoszono amnestię obejmującą wszystkich represjonowanych. KOR stał się szkołą, z której wyrosło całe pokolenie działaczy opozycji i polityków biorących potem aktywny udział w transformacji ustrojowej.

Ruch się rozrasta

W ślad za KOR-em powstawały kolejne organizacje. W marcu 1977 roku Andrzej Czuma i Leszek Moczulski założyli Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. W maju 1977 roku studenci krakowscy i warszawscy utworzyli Studenckie Komitety Solidarności. W wielu miastach zaczęto organizować spotkania dyskusyjne w prywatnych mieszkaniach, gdzie nikt nie musiał się obawiać cenzury ani partyjnego nadzoru. Towarzystwo Kursów Naukowych, znane jako Latający Uniwersytet, prowadziło wykłady z historii, filozofii i nauk społecznych w kuchniach i salonach, daleko od oczu oficjalnych programów nauczania. Wykładali profesorowie usunięci z uczelni lub pozbawieni możliwości publikowania.

Równolegle rozwijało się podziemne wydawnictwo. We wrześniu 1976 roku ukazał się pierwszy numer „Biuletynu Informacyjnego" KOR, a rok później Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWa rozpoczęła druk książek zakazanych przez cenzurę. Do końca dekady w Polsce działało kilkadziesiąt niezależnych wydawnictw, a łączny nakład podziemnej prasy sięgał kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy. Milicja konfiskowała powielacze i matryce, ale nie była w stanie zatrzymać rozprzestrzeniania się wolnego słowa.

Stefan Kisielewski, publicysta i kompozytor znany ze złośliwej celności, zanotował w dzienniku po Czerwcu ‘76: „Myślę, że w gruncie rzeczy pierwszy żałobny dzwon dla ekipy Gierka już zadzwonił, wprawili go w ruch robotnicy z Ursusa, Radomia, Płocka i innych miast". Miał rację. Między 1976 a 1980 rokiem w Polsce powstała infrastruktura opozycyjna, jakiej nie znał żaden inny kraj bloku wschodniego.

Papież z dalekiego kraju

16 października 1978

Wieczorem 16 października 1978 roku, o godzinie 18.44 czasu rzymskiego, z balkonu bazyliki Świętego Piotra padły słowa, które zmieniły bieg polskiej historii. Kardynał Karol Wojtyła, pięćdziesięcioośmioletni metropolita krakowski, został wybrany na papieża i przyjął imię Jan Paweł II. Był pierwszym od ponad czterystu pięćdziesięciu lat papieżem spoza Włoch, pierwszym Słowianinem na Stolicy Piotrowej, a przede wszystkim pierwszym papieżem zza żelaznej kurtyny. Na placu Świętego Piotra powiedział do wiwatujących tłumów: „Powołali go z dalekiego kraju, z dalekiego, lecz zawsze tak bliskiego przez łączność w wierze i tradycji chrześcijańskiej".

Reakcja Polaków była spontaniczna i oszałamiająca. W Krakowie ulice zapełniły się ludźmi w ciągu kilkudziesięciu minut od ogłoszenia wyniku konklawe. Studenci z klasztoru dominikanów przy ulicy Stolarskiej wylegali na krużganki, dzwony kościelne biły nieprzerwanie, nieznajomi ściskali się na ulicach. W budynku Komitetu Centralnego PZPR przy Nowym Świecie w Warszawie światła paliły się całą noc. Edward Gierek, według jednej z krążących anegdot, miał zareagować słowami „habemus klapam". Historyk Jan Żaryn z IPN stwierdził, że w każdej nieoficjalnej wypowiedzi dostojników partyjnych i funkcjonariuszy MSW od listopada 1978 roku pojawiał się motyw „nieszczęścia, które nas dotknęło". To, co stanowiło radość społeczeństwa, oznaczało dla komunistów poważny problem.

Pielgrzymka, która zmieniła Polskę

Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do ojczyzny, trwająca od 2 do 10 czerwca 1979 roku, stała się wydarzeniem bez precedensu w dziejach PRL. Na mszach i spotkaniach z papieżem zgromadziło się, według różnych szacunków, od sześciu do nawet trzynastu milionów ludzi. Na krakowskich Błoniach, 10 czerwca, zebrał się tłum szacowany na milion do dwóch milionów osób, jedno z największych pokojowych zgromadzeń w powojennej historii Europy.

Najsłynniejsze zdanie padło podczas inauguracyjnej homilii na Placu Zwycięstwa w Warszawie: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi". Tłum skandował w odpowiedzi przez kilkanaście minut. Władze transmitowały pielgrzymkę w telewizji, ale operatorzy mieli zakaz pokazywania pełnych ujęć tłumów, by nie dokumentować ich rzeczywistej skali. Kamery unikały szerokich planów, skupiając się na zbliżeniach. Polakom to nie przeszkadzało. Wychodzili z domów, stali wzdłuż trasy przejazdu papieskiej kolumny, modlili się na placach kościelnych, a milicja asystowała bezradnie na obrzeżach, nie mając żadnego planu na sytuację, w której miliony ludzi po prostu ignorują system.

Pielgrzymka miała głęboki skutek psychologiczny. Polacy zobaczyli siebie nawzajem i przekonali się, że jest ich więcej, niż ktokolwiek podejrzewał. Doświadczenie zbiorowej siły, przeżyte w atmosferze modlitwy, a nie konfrontacji, zbudowało fundament pod to, co nastąpi rok później w Stoczni Gdańskiej. Historyk Timothy Garton Ash nazwał pielgrzymkę „duchową próbą generalną rewolucji".

Tłumy wiernych podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1979 roku na krakowskich Błoniach
Czerwiec 1979 – pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski i miliony ludzi odkrywających własną społeczną siłę.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Sierpień 1980: szesnaście dni, które zmieniły Europę

Iskra w Stoczni Gdańskiej

Latem 1980 roku polska gospodarka znajdowała się w stanie otwartego kryzysu. Na półkach sklepowych brakowało mięsa, masła, mąki. Rząd próbował ratować sytuację, podnosząc 1 lipca ceny w sklepach komercyjnych, co uderzyło przede wszystkim w robotników i ich rodziny. W lipcu przez kraj przetoczyła się fala drobniejszych strajków, od Lublina po Świdnik. Władze reagowały tradycyjną metodą: obiecywały podwyżki płac w zamian za powrót do pracy i starały się tłumić każdy strajk z osobna, zanim zdąży się rozlać.

Zapalnik pełnowymiarowej eksplozji przyszedł 7 sierpnia, kiedy Stocznia Gdańska imienia Lenina zwolniła z pracy Annę Walentynowicz, działaczkę Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, na pięć miesięcy przed przejściem na emeryturę. Walentynowicz, suwnicowa, była jedną z najbardziej szanowanych pracownic stoczni, wielokrotnie odznaczaną, zasłużoną i uczciwą. Jej zwolnienie potraktowano jako prowokację. W nocy z 13 na 14 sierpnia działacze opozycji rozrzucili po Trójmieście ulotki wzywające do strajku w jej obronie. O świcie 14 sierpnia Stocznia Gdańska stanęła.

Na teren stoczni wszedł Lech Wałęsa, elektryk zwolniony stamtąd w 1976 roku za działalność opozycyjną. Przeskoczył przez ogrodzenie i stanął na czele strajku. Wałęsa, trzydziestosześcioletni ojciec sześciorga dzieci, miał w sobie coś, co trudno zdefiniować jednym słowem: charyzmę człowieka z ludu, który potrafi rozmawiać i z robotnikami, i z ministrami, i z kamerami telewizyjnymi. To on ogłosił strajk okupacyjny i zażądał rozmów z dyrekcją.

21 postulatów na sklejce

16 sierpnia, gdy część robotników chciała zakończyć strajk po uzyskaniu lokalnych ustępstw, Wałęsa i grupa działaczy Wolnych Związków Zawodowych podjęli ryzykowną decyzję: przekształcili protest w strajk solidarnościowy z innymi zakładami. Powołano Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, do którego przystępowały kolejne fabryki, porty, stocznie, zakłady komunikacyjne, szkoły. W szczytowym momencie MKS w Gdańsku koordynował strajk ponad siedmiuset zakładów, w których pracowało około siedmiuset tysięcy osób.

W nocy z 16 na 17 sierpnia osiemnastu członków MKS sformułowało listę dwudziestu jeden postulatów, skondensowaną z kilku tysięcy żądań przesłanych przez poszczególne zakłady. Na pierwszym miejscu znalazło się żądanie powołania niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych. Był to postulat przekraczający wszystko, czego dotąd domagano się w krajach bloku wschodniego. Dalsze punkty dotyczyły prawa do strajku, wolności słowa i druku, przywrócenia do pracy osób zwolnionych po strajkach z 1970 i 1976 roku, uwolnienia więźniów politycznych, obniżenia wieku emerytalnego, poprawy warunków w służbie zdrowia, wprowadzenia wolnych sobót.

Postulaty spisano na pięciowarstwowej sklejce używanej w stoczni przez traserów. Czerwoną farbą olejną i ołówkiem nakreślił je Arkadiusz Rybicki, student historii, i Maciej Grzywaczewski, student filozofii z Akademii Teologii Katolickiej, obaj związani z Ruchem Młodej Polski. 18 sierpnia tablice zawieszono nad bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej. Te drewniane deski trafiły w 2003 roku na listę UNESCO „Pamięć Świata", obok takich dokumentów jak Biblia Gutenberga czy Magna Carta.

Porozumienia sierpniowe

Władze stanęły przed dramatycznym wyborem. Siłowe spacyfikowanie strajku, w którym uczestniczyły setki tysięcy ludzi w całym kraju, groziło rozlewem krwi na skalę nieporównywalną z grudniem 1970 roku. Kreml, choć naciskał na rozwiązanie siłowe, sam nie był skłonny do interwencji zbrojnej. Zdecydowano się na negocjacje. Do Gdańska pojechał wicepremier Mieczysław Jagielski, do Szczecina Kazimierz Barcikowski. Rozmowy trwały ponad tydzień. 30 sierpnia podpisano porozumienie w Szczecinie, a 31 sierpnia w Sali BHP Stoczni Gdańskiej doszło do podpisania Porozumień Gdańskich. Wałęsa złożył podpis wielkim, pamiątkowym długopisem z wizerunkiem Jana Pawła II.

Wynikiem porozumień było powstanie ogólnokrajowego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność", zarejestrowanego sądownie 10 listopada 1980 roku. W ciągu kilku miesięcy do związku zapisało się blisko dziesięć milionów Polaków, czyli co czwarty obywatel kraju, licząc niemowlęta i starców.

Był to największy niezależny ruch społeczny w dziejach bloku wschodniego. Kreml nie potrafił zinterpretować go inaczej niż jako kontrrewolucję.

Szesnaście miesięcy wolności

Karnawał Solidarności

Okres od września 1980 do grudnia 1981 roku, nazywany „karnawałem Solidarności", był czasem bezprecedensowej aktywności społecznej. Powstawały niezależne wydawnictwa, gazety związkowe, komitety zakładowe, kluby dyskusyjne. Cenzura nadal istniała, ale obok oficjalnego obiegu kwitł coraz bujniejszy obieg niezależny, w którym drukowało się wszystko: od Orwella i Miłosza po komunikaty strajkowe i podręczniki samoorganizacji. Solidarność wydawała własny tygodnik, regionalne biuletyny, plakaty, ulotki, odezwy.

Jednocześnie narastały napięcia. Gospodarka pogrążała się coraz głębiej w kryzysie. W lutym 1981 roku na czele rządu stanął generał Wojciech Jaruzelski, łącząc funkcję premiera z ministerstwem obrony narodowej. 28 lutego Rada Ministrów wprowadziła ogólnokrajowy system kartek na mięso i jego przetwory, obowiązujący od 1 kwietnia. Był to jeden z postulatów Sierpnia ‘80, ale jego realizacja stała się symbolem zapaści: Polska cofnęła się do systemu, który kojarzyła z wojną. Wkrótce na kartki kupowano już nie tylko mięso, lecz także cukier, masło, mąkę, ryż, kaszę, kawę, herbatę, mydło, papierosy, alkohol, benzynę, a nawet buty. Puste półki sklepowe i wielogodzinne kolejki stały się tłem codzienności milionów rodzin.

Kreml naciskał coraz silniej. Już trzy tygodnie po podpisaniu porozumień sierpniowych sowieckie władze przygotowały instrukcje dla kierownictwa PZPR, zalecając „kontrattak" i „powrót na utracone pozycje w klasie robotniczej". W grudniu 1980 roku przygotowano plany wkroczenia wojsk radzieckich do Polski pod pretekstem ćwiczeń „Sojuz 80". Gotowość operacyjną wyznaczono na 8 grudnia. Ostatecznie Moskwa wycofała się z inwazji, ale presja nie zelżała. „Polscy towarzysze" mieli poradzić sobie sami.

18 października 1981 roku generał Jaruzelski został wybrany na I sekretarza KC PZPR, skupiając w swoich rękach kontrolę nad rządem, partią i wojskiem. Od tego momentu przygotowania do rozprawy z Solidarnością nabrały tempa.

Kartki na mięso i długa kolejka przed sklepem spożywczym w PRL lat 80.
Kartki na mięso i kolejki pod sklepami – codzienny obraz kryzysu gospodarczego w Polsce początku lat osiemdziesiątych.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Noc generała: stan wojenny

Operacja „Jodła"

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku, w sobotę, kiedy większość Polaków szykowała się do snu po tygodniu pracy, na ulice polskich miast wyjechało około siedemdziesięciu tysięcy żołnierzy, trzydzieści tysięcy milicjantów i kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Do akcji skierowano czołgi, transportery opancerzone, śmigłowce. Nic porównywalnego nie widziano na polskich ulicach od końca drugiej wojny światowej.

Jeszcze przed północą ruszyła operacja o kryptonimie „Jodła". Uzbrojone grupy składające się z funkcjonariuszy SB i milicjantów, wyposażone w łomy do wyważania drzwi, wyciągały z mieszkań działaczy Solidarności i opozycji. Listy internowanych przygotowywano od początku roku. Do godziny siódmej rano 13 grudnia zatrzymano 2874 osoby, czyli około dwóch trzecich z 4318 wytypowanych. Wielu z nich wyciągano z łóżek, niekiedy bijąc domowników. Równolegle, w ramach operacji „Azalia", siły MSW i wojska zajęły obiekty Polskiego Radia i Telewizji, zablokowały połączenia telefoniczne, wyłączyły łączność krajową i zagraniczną.

O szóstej rano 13 grudnia na ekranach telewizorów i w głośnikach radioodbiorników pojawił się generał Jaruzelski w mundurze, za biurkiem, na tle polskiej flagi. Monotonnym głosem odczytał proklamację Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Ogłosił stan wojenny na całym terytorium PRL. Zawieszono działalność związków zawodowych, wprowadzono godzinę milicyjną, zakazano zgromadzeń i strajków, zmilitaryzowano kluczowe zakłady pracy, ustanowiono cenzurę korespondencji. Dzieci nie poszły do szkoły, dorośli nie mogli wyjść z domu po dwudziestej drugiej.

Polska obudziła się w innym kraju.

Stan wojenny wprowadzono dekretem Rady Państwa. Jak później ustalili prawnicy i historycy, akt ten był bezprawny nawet w świetle obowiązującej wówczas konstytucji PRL, ponieważ Rada Państwa nie miała uprawnień do wydawania dekretu w czasie trwania sesji Sejmu. Obwieszczenia o stanie wojennym, w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy, wydrukowano wcześniej w Związku Radzieckim.

Opór i represje

Mimo zaskoczenia, opór nie został złamany natychmiast. W kilkudziesięciu zakładach pracy w całym kraju ogłoszono strajki okupacyjne. Najdłużej, bo aż do 28 grudnia, utrzymywał się strajk w kopalni „Piast" w Bieruniu. Strajkowały stocznie, huty, kopalnie, fabryki. ZOMO pacyfikowało je kolejno, stosując siłę, gaz łzawiący, armatki wodne, a w przypadku kopalń śląskich również broń ostrą.

W trakcie trwania stanu wojennego internowano łącznie 10 131 osób. Życie straciło, według różnych szacunków, od czterdziestu do ponad stu osób. Zawieszono podstawowe prawa obywatelskie, zakazano strajków i demonstracji. Wprowadzono powszechną cenzurę, kontrolę korespondencji, zakaz przemieszczania się między województwami bez specjalnych przepustek. Większość aktorów i twórców zbojkotowała media państwowe, odmawiając występów w radiu i telewizji. Przez pierwsze tygodnie stanu wojennego w telewizji nie emitowano prawie żadnych programów rozrywkowych, a spikerzy czytali wiadomości w mundurach.

Kopalnia „Wujek": krew na węglu

Ostatnia absolutio generalis

Najbardziej krwawym epizodem stanu wojennego stała się pacyfikacja kopalni „Wujek" w Katowicach. Strajk okupacyjny w „Wujku" rozpoczął się 14 grudnia, dzień po wprowadzeniu stanu wojennego. Górnicy żądali odwołania stanu wojennego i uwolnienia Jana Ludwiczaka, szefa zakładowej Solidarności, wyciągniętego z mieszkania i internowanego w pierwszych godzinach operacji. Strajkowało około trzech tysięcy górników.

Wieczorem 15 grudnia, gdy do uszu strajkujących dochodziły odgłosy przemieszczających się za ogrodzeniem kopalni ciężkich pojazdów wojskowych, górnicy poprosili proboszcza pobliskiej parafii, księdza Henryka Bolczyka, o odprawienie mszy. Pod koniec modlitwy, słysząc warkot silników czołgowych, Bolczyk udzielił zgromadzonym absolucji generalnej, rozgrzeszenia udzielanego w obliczu niebezpieczeństwa śmierci.

16 grudnia, w środę, około godziny jedenastej, oddziały ZOMO i wojska ruszyły do szturmu. Jedną z bram zatarasowano przewróconymi wagonami, więc czołg wyłamał fragment muru. Górnicy bronili się łańcuchami, kilofami, prętami i śrubami miotanymi z proc domowej roboty. Funkcjonariusze plutonu specjalnego ZOMO otworzyli ogień z broni palnej. Strzały padły do tłumu z odległości kilkudziesięciu metrów, w momencie, gdy górnicy zdołali wypchnąć napastników za bramę i wydawało się, że walka się skończyła.

Zginęło dziewięciu górników. Pięciu na miejscu, czterech zmarło w szpitalu lub w drodze do niego. Najmłodszy z zabitych, Andrzej Pełka, miał dziewiętnaście lat. Najstarszy, Józef Czekalski, czterdzieści osiem. Rannych zostało dwudziestu trzech. Charakter ran postrzałowych, trafiających w brzuch, klatkę piersiową i głowę, wskazywał, że strzelano z zamiarem zabicia. Plan użycia siły, w którym przewidziano skierowanie przeciw górniczemu strajkowi 1471 milicjantów, 760 żołnierzy, 22 czołgi i 44 bojowe wozy piechoty, opracowano dzień wcześniej na naradzie Wojewódzkiego Komitetu Obrony.

Przywódcy PZPR, którzy podjęli decyzję o stanie wojennym, nie zostali nigdy pociągnięci do odpowiedzialności za masakrę w „Wujku". Czesław Kiszczak, ówczesny szef MSW, był sądzony kilkukrotnie od 1994 roku. W 2008 roku sąd uznał jego „nieumyślną winę", lecz rok później został uniewinniony.

Kopalnia Wujek podczas stanu wojennego, górnicy i oddziały ZOMO w grudniu 1981 roku
Grudzień 1981 – kopalnia Wujek i jedna z najtragiczniejszych pacyfikacji stanu wojennego w Polsce.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Po stanie wojennym: Polska w szarości

Podziemna Solidarność

Formalne zawieszenie stanu wojennego nastąpiło 31 grudnia 1982 roku, zniesienie 22 lipca 1983 roku. Nie oznaczało to jednak powrotu do stanu sprzed 13 grudnia. Surowe przepisy wymierzone w wolności obywatelskie przeniesiono do kodeksu karnego. Solidarność pozostawała zdelegalizowana, jej majątek skonfiskowany, a działacze ukrywali się lub siedzieli w więzieniach.

Ale związek nie umarł. Już w pierwszych tygodniach stanu wojennego zaczęły powstawać podziemne struktury. Zbigniew Bujak, szef mazowieckiej Solidarności, uniknął internowania i przez ponad cztery lata kierował podziemnym Regionem Mazowsze, ukrywając się w mieszkaniach sympatyków. Bogdan Borusewicz organizował podziemie na Wybrzeżu, Władysław Frasyniuk we Wrocławiu, Bogdan Lis w Gdańsku. W kwietniu 1982 roku powołano Tymczasową Komisję Koordynacyjną NSZZ „Solidarność", kierującą podziemną działalnością na szczeblu ogólnopolskim.

Podziemna prasa rozrosła się do rozmiarów niespotkanych w żadnym innym kraju bloku wschodniego. Do połowy lat osiemdziesiątych wychodziło ponad tysiąc pięćset niezależnych tytułów, od biuletynów zakładowych po profesjonalnie redagowane tygodniki. Drukowano książki, ulotki, plakaty. Kolportowano kasety magnetofonowe z przemówieniami Lecha Wałęsy i pieśniami zakazanymi w oficjalnym obiegu. Nadawało podziemne Radio Solidarność, którego emisji nie potrafił zlokalizować wywiad elektroniczny MSW. Ten gigantyczny podziemny obieg informacji sprawiał, że propaganda partyjna traciła resztki wiarygodności.

Życie pod „wojną"

Codzienność Polaków w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych sprowadzała się do wielogodzinnych kolejek, systemu kartkowego obejmującego praktycznie wszystkie artykuły pierwszej potrzeby i permanentnego poczucia tymczasowości. Na kartki kupowano mięso, cukier, masło, mąkę, kaszę, ryż, kawę, herbatę, mydło, proszek do prania, papierosy, alkohol, benzynę, a nawet buty i czekoladę. Każdy obywatel miał przypisany sklep, do którego mógł realizować swoje przydziały. Robotnicy otrzymywali kartki M-II, uprawniające do większych zakupów niż „inteligenckie" kartki M-I.

Puste półki sklepowe rodziły zjawisko polowania na towar. Wystarczyło zobaczyć grupkę ludzi stojącą przed sklepem, żeby automatycznie stanąć w kolejce, nawet nie wiedząc, na co się czeka. Popularne było powiedzenie: „Stoisz? Stoję. Za czym? Nie wiem, ale jak ktoś stoi, to na pewno coś rzucą". Na czarnym rynku ceny były trzykrotnie lub czterokrotnie wyższe od oficjalnych. Rozwinął się barter: za paczkę kawy można było dostać wizytę hydraulika, za butelkę whisky załatwić miejsce w szpitalu.

Jednocześnie lata stanu wojennego przyniosły specyficzną kulturę oporu. Wieczorem 13-go dnia każdego miesiąca Polacy ustawiali w oknach zapalone świece jako symbol pamięci o ofiarach. O godzinie dziewiętnastej, w czasie nadawania Dziennika Telewizyjnego, w wielu miastach ludzie wychodzili na spacery, demonstracyjnie opuszczając mieszkania w momencie, gdy propaganda chciała do nich dotrzeć. W kościołach organizowano „msze za ojczyznę", które gromadziły tysiące wiernych i były de facto zebraniami politycznymi pod osłoną liturgii. Księża Jerzy Popiełuszko w Warszawie i Kazimierz Jancarz w Krakowie-Nowej Hucie stali się symbolami tego ruchu.

Ciekawostki z czwartej dekady

Wielki długopis Wałęsy

Lech Wałęsa podpisał Porozumienia Gdańskie 31 sierpnia 1980 roku wielkim, nadwymiarowym długopisem-pamiątką z wizerunkiem papieża Jana Pawła II. Długopis ten stał się jednym z najsłynniejszych przedmiotów w polskiej historii współczesnej. Nie był przypadkowym gadżetem. Wałęsa wybrał go celowo, łącząc symbolikę robotniczego protestu z autorytetem Kościoła i papieża. Wicepremier Jagielski podpisał dokument zwykłym piórem rządowym.

Tablice, które przetrwały stan wojenny na strychu

Oryginalne drewniane tablice z 21 postulatami, po zakończeniu strajku przeniesione do siedziby Solidarności w Gdańsku Wrzeszczu, a potem wystawione w Centralnym Muzeum Morskim, przetrwały stan wojenny dzięki pomysłowości muzealników. Pracownicy muzeum wykonali kopie tablic i umieścili je na wystawie. Gdy po 13 grudnia funkcjonariusze SB wdarli się do muzeum i skonfiskowali tablice, zniszczyli kopie, przekonani, że niszczą oryginały. Prawdziwe tablice ukrył na strychu swojego domu we Wrzeszczu Wiesław Urbański, przewodniczący muzealnej Solidarności. Przeleżały tam ukryte w ściance działowej do 1996 roku. W 2003 roku trafiły na listę UNESCO „Pamięć Świata".

Sto tysięcy obwieszczeń wydrukowanych w ZSRR

Obwieszczenia o wprowadzeniu stanu wojennego, rozwieszone na murach i słupach ogłoszeniowych w całym kraju, nie zostały wydrukowane w Polsce. Całą edycję, w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy, przygotowano wcześniej w drukarniach Związku Radzieckiego. Ten szczegół, ujawniony po otwarciu archiwów, podważa narrację o „wewnętrznej" polskiej decyzji i potwierdza ścisłą koordynację operacji z Kremlem.

Radio Solidarność: emisje, których nie potrafili namierzyć

Podziemne Radio Solidarność nadawało pierwsze audycje już w kwietniu 1982 roku. Nadajniki budowano z części radiowych dostępnych w sklepach elektronicznych, emisje trwały zaledwie kilka minut i odbywały się z różnych lokalizacji, by uniknąć namierzenia przez służby specjalne. Mimo zaangażowania zaawansowanego sprzętu nasłuchowego MSW, radio nadawało nieprzerwanie do końca lat osiemdziesiątych. Operatorzy radia przemieszczali się samochodami po mieście z nadajnikiem ukrytym w bagażniku, zmieniając lokalizację po każdej kilkuminutowej emisji.

Jak kartki zmieniły polską kuchnię

System kartkowy na trwałe zmienił nawyki żywieniowe Polaków. Przy miesięcznym przydziale dwóch i pół do czterech kilogramów mięsa na osobę, rodziny musiały przeorganizować jadłospis. Rozpowszechniły się potrawy roślinne i mączne, racuchy, naleśniki z serem, leniwe pierogi. Popularna stała się kuchnia „z niczego": sojowa kiełbasa, kotlety ze słonecznika, pasztety z fasoli. Matki opracowywały potrawy, które udawały mięsne, choć mięsa w nich nie było. Te kulinarne wynalazki przetrwały w rodzinnych przepisach do dziś, choć ich twórczynie wolałyby o nich zapomnieć.

Dekada, która złamała system

Żadna inna dekada PRL nie przyniosła tak głębokich wstrząsów w tak krótkim czasie. W ciągu zaledwie dziesięciu lat Polacy przeszli drogę od złudnego dobrobytu ery Gierka, przez narodziny największego ruchu społecznego w dziejach bloku wschodniego, aż po czołgi na ulicach i podziemną konspirację w warunkach stanu wojennego.

Każde z kluczowych wydarzeń tej dekady wyrastało z poprzedniego. Czerwiec ‘76 i brutalne represje zrodziły KOR, pierwszy jawny ruch opozycyjny za żelazną kurtyną. Wybór Karola Wojtyły na papieża i jego pielgrzymka w 1979 roku dały milionom Polaków poczucie wspólnoty, którego władza nie potrafiła ani kontrolować, ani zrozumieć. Sierpień ‘80 przekuł to poczucie w konkretne żądania spisane na stoczniowej sklejce. A gdy generał Jaruzelski zdecydował się zdławić Solidarność siłą, okazało się, że można internować dziesięć tysięcy ludzi, ale nie da się internować dziesięciu milionów serc.

Stan wojenny rozbił struktury związku, ale nie zdołał zniszczyć tego, co Solidarność zbudowała w ludzkich głowach. Pod powierzchnią oficjalnej „normalizacji" wrzało podziemie, którego skala zaskoczyła nawet samych opozycjonistów. Ponad tysiąc pięćset niezależnych tytułów prasowych, Latający Uniwersytet, msze za ojczyznę, zapalone świece w oknach trzynastego dnia każdego miesiąca. System trwał, ale coraz wyraźniej tracił rację bytu.

W połowie lat osiemdziesiątych PRL przypominał budynek z podmytymi fundamentami. Z zewnątrz wyglądał solidnie, a wewnątrz zaczynały pękać ściany nośne. Gospodarka tonęła w długach, prasa podziemna docierała do milionów czytelników, a na Kremlu zasiadł nowy sekretarz generalny, którego reformatorskie zapędy miały zmienić reguły gry w całym bloku wschodnim.

W ostatniej części cyklu opowiemy o zmierzchu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki i jego skutki dla relacji państwo-Kościół. Strajki 1988 roku i droga do negocjacji, których jeszcze rok wcześniej nikt nie uważał za możliwe. Okrągły Stół i jego niezwykła mechanika kompromisu. Wybory 4 czerwca 1989 roku, w których Polacy zagłosowali tak jednoznacznie, że zaskoczyły obie strony. Rząd Tadeusza Mazowieckiego i pierwsze miesiące wolności po czterdziestu pięciu latach komunistycznego panowania. Wreszcie pytanie, które do dziś dzieli historyków i polityków: czy PRL naprawdę się skończył, czy tylko zmienił kostium? O tym wszystkim w piątej, ostatniej części: PRL – piąta dekada: ostatni akt.

Literatura i źródła