Władza, która wciąż miała czołgi
W 1989 roku Polska Rzeczpospolita Ludowa nie została obalona. Reżim, który przez czterdzieści pięć lat rządził za pomocą jednej partii, do samego końca dysponował wojskiem, milicją i rozbudowaną tajną policją. A jednak to właśnie w tym roku oddał władzę. Klucz do ostatniej dekady PRL nie leży w sile, której władzy zabrakło, lecz w rachunku, który przestał się jej zgadzać.
Przez dekady stan posiadania komunistów w Polsce gwarantowała groźba sowieckiej interwencji. Czołgi w Budapeszcie w 1956 roku i w Pradze w 1968 pokazywały, co czeka kraj wyłamujący się z bloku. Stan wojenny z 1981 roku usprawiedliwiano właśnie tą groźbą. Gdy w 1985 roku na czele partii w Moskwie stanął Michaił Gorbaczow, groźba zaczęła znikać. Jego reformy potrzebowały spokoju na obrzeżach imperium, a nie kolejnych interwencji. Polscy komuniści po raz pierwszy od dekad musieli założyć, że w razie kryzysu nie przyjadą obce czołgi.
To zmieniło arytmetykę rządzenia. Zadłużenie zagraniczne sięgało czterdziestu miliardów dolarów, półki sklepowe świeciły pustkami, a system kartkowy obejmował artykuły pierwszej potrzeby. Gdy w 1988 roku przez kraj przeszły dwie fale strajków, władza policzyła koszt ich stłumienia i uznała go za zbyt wysoki. Nie było już sojuszniczej osłony, a pacyfikacja groziła chaosem w państwie, które nie radziło sobie nawet z zaopatrzeniem sklepów. Generał Czesław Kiszczak wystąpił więc z propozycją rozmów. Nie było to nawrócenie, lecz kalkulacja: skoro nie da się rządzić wbrew społeczeństwu tanio, trzeba podzielić się odpowiedzialnością, zanim koszt stanie się nie do udźwignięcia.
Stół policzony z góry
Obrady Okrągłego Stołu, które ruszyły w lutym 1989 roku, władza pomyślała jako kontrolowany podział ryzyka, a nie oddanie steru. Okrągły kształt mebla sugerował równość rozmówców, brak wygranych i przegranych. Była to fikcja użyteczna dla obu stron. Opozycja zyskiwała legalizację i wejście na scenę, z której usunięto ją po wprowadzeniu stanu wojennego. Reżim chciał pozyskać ją jako współgwaranta bolesnych reform i rozłożyć na nią ciężar kryzysu.
Najważniejsze ustalenia zapisano w arytmetyce wyborczej. W Sejmie 65 procent mandatów zarezerwowano z góry dla PZPR i jej stronnictw, a o pozostałe 161 miejsc miała toczyć się wolna gra. Senat, w całości wybieralny, traktowano jako ustępstwo mniej istotne. Plan zakładał, że kontraktowy podział zapewni władzy spokojną większość, a opozycja wejdzie do parlamentu jako mniejszość legitymizująca system. Cały mechanizm opierał się na założeniu, że proces da się rozłożyć w czasie i obwarować gwarancjami dla odchodzących.
Arytmetyka, która się zbuntowała
Wybory 4 czerwca 1989 roku obróciły ten plan w gruzy. Ze 161 wolnych mandatów w Sejmie strona solidarnościowa zdobyła 160. W Senacie wzięła 92 miejsca na 100, podczas gdy obóz władzy nie zdobył ani jednego. Najdotkliwszy cios reżim zadał sobie sam. Na uprzywilejowanej liście krajowej umieszczono 35 czołowych działaczy, którzy mieli wejść do Sejmu bez realnej konkurencji. Wyborcy masowo skreślali ich nazwiska i próg przekroczyło zaledwie dwóch. Aby uniknąć paraliżu, władza musiała zmieniać ordynację w trakcie trwających wyborów.
Kontrakt zaczął pękać w miejscach, których nikt nie przewidział. Skoro lista krajowa upadła, obóz rządzący nie miał już pewnej większości nawet po to, by obsadzić przewidziany dla siebie urząd prezydenta. Rozwiązanie przyszło z nieoczekiwanej strony. Część opozycyjnych posłów świadomie nie wzięła udziału w głosowaniu lub oddała głosy nieważne, dzięki czemu generał Wojciech Jaruzelski został prezydentem większością jednego głosu. Autor stanu wojennego objął urząd po części głosami tych, których jeszcze niedawno więził, a zarazem dostał do zrozumienia, jak kruchy jest jego mandat.
Drugą część dawnego planu opozycja przejęła wprost. Gdy Kiszczak nie zdołał stworzyć rządu, dotychczasowi sojusznicy PZPR przeszli na stronę Solidarności. Premierem został Tadeusz Mazowiecki, pierwszy od czasów wojny szef rządu w bloku wschodnim niewywodzący się z partii komunistycznej. Proces, który władza zaprojektowała jako powolne dzielenie się odpowiedzialnością, w kilka miesięcy zamienił się w przekazanie steru.
Co zostało po kontrakcie
Pod koniec grudnia 1989 roku Sejm usunął z konstytucji zapisy o socjalistycznym charakterze państwa, sojuszu ze Związkiem Radzieckim i kierowniczej roli partii. Wróciła nazwa Rzeczpospolita Polska, a do godła orzeł w koronie. Zmianę przeprowadzono bez jednego wystrzału. W tym sensie kontrolowany demontaż się udał. Polska jako pierwsza w bloku wynegocjowała koniec dyktatury, zamiast wywalczyć go w powstaniu, i stała się punktem odniesienia dla sąsiadów, którzy ruszyli tą samą drogą jeszcze tej samej jesieni.
Ten sam negocjacyjny charakter przełomu zostawił jednak ślad, który ciąży do dziś. Jaruzelski został prezydentem, Kiszczak przez pewien czas pozostał w rządzie, a aparat partyjny nie odpowiedział za stan wojenny ani za wcześniejsze zbrodnie. Dawna nomenklatura, dysponująca kontaktami i dostępem do majątku państwowego, sprawnie zamieniła władzę polityczną w pieniądze. Pokój kupiono za cenę niepełnej sprawiedliwości, a spór o to, czy był to akt politycznej dojrzałości, czy ustępstwo zbyt daleko idące, towarzyszy polskiej polityce od trzech dekad.
Reżim dostał przy stole niemal wszystko, o co zabiegał: gwarantowane mandaty, urząd prezydenta i parasol dla odchodzących. Przegrał mimo to, bo potrafił narzucić reguły gry, ale nie potrafił zagłosować za obywateli. Tę granicę, między rządzeniem siłą a rządzeniem za przyzwoleniem, władza w 1989 roku przekroczyła ostatecznie i powrotu już nie było.