Za nami cztery dekady. Pierwsza część cyklu opisała narodziny systemu komunistycznego i mrok stalinizmu, kolejne przyniosły odwilż Gomułki, antysemicką czystkę Marca ‘68, krwawy Grudzień ‘70 i złudny dobrobyt Edwarda Gierka. Czwarta część zatrzymała się w połowie lat osiemdziesiątych. Po karnawale Solidarności, nocy stanu wojennego i krwi na „Wujku" kraj tkwił w szarości reglamentacji i kartek, a na Kremlu zasiadł nowy gospodarz, którego reformy miały zmienić reguły gry w całym bloku.

Teraz zamykamy klamrę. Lata 1984–1990 to ostatni akt Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Zaczyna się od zbrodni, która wstrząsnęła sumieniami, prowadzi przez strajki i negocjacje, a kończy w noc sylwestrową 1989 roku, gdy z konstytucji znika słowo „Ludowa", a do orła wraca korona. To także dekada, która do dziś dzieli historyków: czy PRL naprawdę się skończył, czy tylko zmienił kostium.

Krew na tamie: śmierć księdza Jerzego

Uprowadzenie pod Górskiem

Ksiądz Jerzy Popiełuszko był w połowie lat osiemdziesiątych jednym z najważniejszych głosów Kościoła związanego z Solidarnością. W warszawskim kościele świętego Stanisława Kostki na Żoliborzu odprawiał msze za ojczyznę, które gromadziły tysiące wiernych i były de facto manifestacjami pod osłoną liturgii. Reżim nie umiał go uciszyć. Rzecznik rządu Jerzy Urban, publikujący pod pseudonimem Jan Rem, nazwał jego kazania „seansami nienawiści". Departament IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, wyspecjalizowany w zwalczaniu Kościoła i podległy generałowi Czesławowi Kiszczakowi, prowadził przeciw kapłanowi działania operacyjne. Śledzono go i nachodzono, próbowano nawet upozorować wypadek.

Popiełuszko nie był trybunem ani politykiem. Był cichym, schorowanym księdzem, który od sierpnia 1980 roku, gdy poproszono go o odprawienie mszy dla strajkujących hutników, stał się duszpasterzem ludzi pracy. Jego siła brała się z prostoty przekazu i z odwagi mówienia prawdy w czasach kłamstwa. Hasło, które powtarzał za świętym Pawłem, „zło dobrem zwyciężaj", stało się jego znakiem rozpoznawczym. Im głośniejszy się stawał, tym bardziej drażnił władzę.

19 października 1984 roku Popiełuszko wracał z Bydgoszczy, gdzie odprawił nabożeństwo. Późnym wieczorem, w okolicy miejscowości Górsk pod Toruniem, jego samochód zatrzymali trzej funkcjonariusze Departamentu IV: kapitan Grzegorz Piotrowski oraz porucznicy Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski. Kierowcy księdza, Waldemarowi Chrostowskiemu, udało się wyskoczyć z auta i uciec, dzięki czemu cała zbrodnia miała świadka. Popiełuszkę skatowano, związano w taki sposób, by każdy ruch zaciskał pętlę na szyi, obciążono workiem z kamieniami i wrzucono do Wisły na tamie pod Włocławkiem. Ciało wyłowiono dopiero 30 października.

Pogrzeb, który stał się manifestacją

Wiadomość o morderstwie księdza wywołała wstrząs, jakiego władza się nie spodziewała. Pogrzeb 3 listopada 1984 roku przy kościele na Żoliborzu zgromadził setki tysięcy ludzi i przerodził się w wielką, milczącą manifestację. Grób Popiełuszki stał się miejscem pielgrzymek, a sam kapłan symbolem oporu silniejszym po śmierci niż za życia.

Reżim stanął przed kłopotliwą sytuacją. Zbrodni nie dało się ukryć ani zrzucić na opozycję, bo sprawcami byli funkcjonariusze państwa. Zdecydowano się więc na bezprecedensowy krok, proces własnych ludzi. W tak zwanym procesie toruńskim, toczącym się od 27 grudnia 1984 roku do 7 lutego 1985 roku, na ławie oskarżonych zasiedli trzej wykonawcy oraz ich przełożony, pułkownik Adam Pietruszka. Wszystkich skazano. Proces miał jednak drugie dno. Prokurator atakował podczas rozprawy samego zamordowanego, a pytanie, kto wydał rozkaz zabójstwa, nigdy nie doczekało się jednoznacznej odpowiedzi. Mocodawcy z wyższych pięter aparatu pozostali poza zasięgiem sądu. Mimo to sam fakt skazania esbeków pokazał, że system traci pewność siebie. Władza, która jeszcze trzy lata wcześniej wprowadzała czołgi na ulice, teraz musiała sądzić własną tajną policję, by ratować resztki wiarygodności.

Śmierć Popiełuszki na trwałe odbiła się na relacjach państwa z Kościołem. Reżim, który chciał zastraszyć duchownych wspierających opozycję, osiągnął skutek odwrotny. Kościół zyskał męczennika, a jego pozycja obrońcy społeczeństwa i pośrednika urosła. W kolejnych latach to właśnie hierarchowie odegrali rolę gwarantów i mediatorów w rozmowach między władzą a opozycją, aż po Okrągły Stół. Grób na Żoliborzu odwiedziły miliony ludzi, a w 2010 roku Kościół wyniósł zamordowanego kapłana na ołtarze jako błogosławionego.

Tama na Wiśle pod Włocławkiem o świcie jako symbol śmierci księdza Jerzego Popiełuszki
Śmierć księdza Jerzego Popiełuszki w 1984 roku stała się jednym z najważniejszych moralnych wstrząsów ostatniej dekady PRL.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Pusty skarbiec i nowy gospodarz Kremla

Pierestrojka zmienia reguły

W marcu 1985 roku na czele Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego stanął Michaił Gorbaczow. Jego hasła, pierestrojka i głasnost, czyli przebudowa i jawność, miały ratować gospodarkę i system sowiecki przed zapaścią. Dla państw bloku wschodniego najważniejsza była jednak cicha, lecz fundamentalna zmiana: Gorbaczow odsunął groźbę interwencji zbrojnej, która od 1956 roku w Budapeszcie i 1968 roku w Pradze trzymała w ryzach kraje satelickie. Doktryna ograniczonej suwerenności, pozwalająca Moskwie zbrojnie „bronić socjalizmu" u sąsiadów, odchodziła do lamusa. Polscy komuniści po raz pierwszy od dekad musieli liczyć się z tym, że w razie kryzysu nie przyjadą sowieckie czołgi.

To zmieniało wszystko. Stan wojenny z 1981 roku usprawiedliwiano groźbą radzieckiej inwazji. Teraz tej groźby już nie było, a problemy pozostały, w dodatku spotęgowane. Skarb państwa świecił pustkami, zadłużenie zagraniczne rosło, a gospodarka centralnie sterowana nie potrafiła zaspokoić podstawowych potrzeb. We wrześniu 1986 roku władze ogłosiły amnestię, wypuszczając z więzień pozostałych działaczy opozycji. Był to gest desperacji równie wymowny jak proces toruński. Reżim nie miał już siły ani pomysłu, by trzymać tysiące ludzi za kratami.

Skala zapaści gospodarczej była przy tym trudna do ukrycia. Zadłużenie zagraniczne sięgało czterdziestu miliardów dolarów, a jego obsługa pochłaniała środki, których brakowało na import i inwestycje. Półki sklepowe pozostawały puste, system kartkowy obejmował artykuły pierwszej potrzeby, a obok oficjalnej gospodarki kwitł czarny rynek i barter. Drugi obieg wydawniczy, mimo represji, docierał do milionów czytelników i odbierał propagandzie resztki wpływu. Reżim zachowywał kontrolę nad aparatem przemocy, ale tracił kontrolę nad rzeczywistością.

Referendum, którego władza nie wygrała

Jesienią 1987 roku ekipa Wojciecha Jaruzelskiego postanowiła zdobyć społeczny mandat dla reform. 29 listopada przeprowadzono referendum w sprawie „drugiego etapu reformy gospodarczej" i demokratyzacji życia politycznego. Był to ruch niezwykły, bo komuniści po raz pierwszy pytali obywateli o zgodę na własną politykę. Wynik okazał się druzgocący dla rządzących. Nawet przy oficjalnych, podejrzanie zaokrąglonych danych poparcie nie sięgnęło wymaganego progu połowy uprawnionych do głosowania. Rządzący przegrali własne referendum.

Był to sygnał, że społeczeństwo nie zamierza firmować polityki rządu nawet wtedy, gdy ten obiecuje reformy. Zaufanie do władzy spadło tak nisko, że obywatele woleli odmówić poparcia, niż zaryzykować, że ich głos posłuży do uzasadnienia kolejnych podwyżek.

Nie powstrzymało jej to od działania. 1 lutego 1988 roku rząd Zbigniewa Messnera wprowadził najwyższą od czasów stanu wojennego podwyżkę cen. Towary nadal były reglamentowane, kolejki nie znikały, a cierpliwość społeczeństwa dobiegała końca. Brakowało już tylko iskry.

Rok 1988: strajki, które wymusiły rozmowy

Wiosenna fala

Falę protestów rozpoczął 24 kwietnia 1988 roku strajk komunikacji miejskiej w Bydgoszczy, wywołany lutowymi podwyżkami. Dwa dni później stanęła Huta imienia Lenina w Krakowie, gdzie obok żądań płacowych pojawił się postulat przywrócenia do pracy zwolnionych działaczy Solidarności. 29 kwietnia dołączył kombinat w Stalowej Woli. 1 maja przez kraj przeszły niezależne demonstracje pierwszomajowe, zorganizowane na wezwanie podziemnej Solidarności w skali niewidzianej od zniesienia stanu wojennego. 2 maja zastrajkowała Stocznia Gdańska, a jej komitet strajkowy zażądał ponownej legalizacji związku. Do stoczni jako mediatorzy z ramienia Episkopatu przyjechali Tadeusz Mazowiecki i Andrzej Wielowieyski.

Wiosenna fala w większości wygasła. Władze nie podjęły rozmów, a strajk w Nowej Hucie spacyfikowano siłą. Jedno było jednak nowe i znaczące: znaczną część strajkujących stanowili bardzo młodzi ludzie, którzy w czasach pierwszej Solidarności byli dziećmi. Etos roku 1980 okazał się dziedziczny.

Sierpień i propozycja Kiszczaka

Latem nastąpiła druga, mocniejsza fala. 22 sierpnia 1988 roku stanęły gdańskie stocznie, port, zakłady na Śląsku i ponownie Stalowa Wola. Tym razem władza zrozumiała, że gra siłowa już się nie opłaca. Spacyfikowanie strajków groziło chaosem, a sowiecka odsiecz nie wchodziła w grę. 26 sierpnia generał Czesław Kiszczak wystąpił w telewizji z propozycją „okrągłego stołu", rozmów z przedstawicielami różnych środowisk. 31 sierpnia doszło do pierwszego spotkania Lecha Wałęsy z Kiszczakiem.

Same strajki nie obaliły systemu. Były słabsze niż w 1980 roku i nie sparaliżowały kraju. Ich znaczenie było inne. Pokazały, że rządzenie wbrew społeczeństwu kosztuje coraz więcej, a władza nie ma już ani siły, ani sojuszniczej osłony, by płacić tę cenę bez końca. To kalkulacja kosztów, a nie nagłe nawrócenie rządzących, popchnęła obie strony do stołu.

Rozmowy ruszyły z trudem, w atmosferze wzajemnej nieufności, prowadzone najpierw w zaciszu rządowego ośrodka w Magdalence pod Warszawą. 18 grudnia 1988 roku przy Wałęsie powstał Komitet Obywatelski, gromadzący opozycyjnych intelektualistów i działaczy. Stał się on zapleczem politycznym strony solidarnościowej, dowodem na to, że etos Solidarności wciąż żyje i ma kim obsadzić ewentualne negocjacje.

Robotnicy przy bramie zakładu przemysłowego podczas strajku w końcu lat osiemdziesiątych
Strajki 1988 roku nie były powtórką z sierpnia 1980, ale pokazały, że władza nie potrafi już rządzić wyłącznie siłą i propagandą.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Okrągły Stół: mechanika kompromisu

Mebel, który stał się symbolem

6 lutego 1989 roku w Pałacu Namiestnikowskim w Warszawie rozpoczęły się plenarne obrady Okrągłego Stołu. Negocjacje, transmitowane przez telewizję, trwały do 5 kwietnia. Wzięło w nich udział ponad siedemset osób, reprezentujących władze PRL, opozycję solidarnościową, organizacje społeczne i Kościół. Stronie rządowej przewodził Kiszczak, opozycyjnej Wałęsa. Rozmowy podzielono na trzy główne zespoły robocze: do spraw pluralizmu związkowego, gospodarki i polityki społecznej oraz reform politycznych.

Sam mebel, wielki okrągły stół wykonany specjalnie na tę okazję, miał wymiar symboliczny. Okrągły kształt oznaczał, że nikt nie zasiada u szczytu, że nie ma zwycięzcy ani pokonanego, tylko równi rozmówcy. Była to fikcja użyteczna dla obu stron. Władza chciała w ten sposób podzielić się odpowiedzialnością za kryzys i pozyskać opozycję jako współgwaranta reform. Opozycja zyskiwała legalizację i wejście na scenę polityczną, z której przez osiem lat była rugowana.

Po stronie opozycji przy stole zasiedli najważniejsi doradcy Solidarności: Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Adam Michnik, Andrzej Stelmachowski. Mediacją między stronami zajmowali się duchowni, między innymi ksiądz Alojzy Orszulik. Nie wszyscy w obozie solidarnościowym wierzyli w sens rozmów. Środowiska radykalne, takie jak Solidarność Walcząca czy Konfederacja Polski Niepodległej, oskarżały negocjatorów o zdradę i wejście w układ z komunistami. Spór o to, czy Okrągły Stół był aktem politycznej mądrości, czy kapitulacją, zaczął się więc, zanim jeszcze złożono podpisy pod porozumieniem.

Co ustalono

Porozumienie podpisane 5 kwietnia 1989 roku otwierało drogę do przebudowy państwa. Solidarność miała zostać ponownie zalegalizowana, co nastąpiło formalnie 17 kwietnia. Zgodzono się na pierwsze od wojny częściowo wolne wybory do Sejmu, powołano nową izbę, w pełni wybieralny Senat, oraz urząd prezydenta, znoszący dotychczasową kolegialną Radę Państwa. Opozycja uzyskała też prawo do wydawania własnej gazety codziennej.

Klucz tkwił w arytmetyce wyborczej. W Sejmie aż 65 procent z 460 mandatów zarezerwowano z góry dla PZPR i jej stronnictw sojuszniczych, ZSL i SD. Pozostałe 35 procent, czyli 161 miejsc, oddano wolnej grze wyborczej. Senat, liczący 100 miejsc, miał być wybierany całkowicie swobodnie. Obóz rządzący zakładał, że kontraktowy podział zapewni mu spokojną większość, a opozycja wejdzie do parlamentu jako mniejszość legitymizująca system. Rachuby te miały się okazać katastrofalnie błędne.

Mechanika kompromisu opierała się na założeniu, że obie strony potrzebują siebie nawzajem. Władza nie potrafiła już rządzić sama, a opozycja nie chciała przejmować odpowiedzialności za zapaść drogą rewolucji, która mogła skończyć się rozlewem krwi. Okrągły Stół był więc próbą kontrolowanego demontażu dyktatury, rozłożonego w czasie i obwarowanego gwarancjami dla odchodzących. Dawało to pokój, ale za cenę niepełnej sprawiedliwości.

4 czerwca 1989: wybory, które wszystko przesądziły

Kampania w biało-czerwonych barwach

Kampania pokazała przepaść między dwiema stronami. Komitet Obywatelski prowadził ją z rozmachem i wyczuciem. Kraj oblepiono plakatami, na których kandydaci Solidarności pozowali u boku Lecha Wałęsy, co czyniło z każdego z nich rozpoznawalną twarz wspólnej sprawy. 8 maja 1989 roku ukazał się pierwszy numer „Gazety Wyborczej" pod redakcją Adama Michnika, z dewizą „Nie ma wolności bez Solidarności" w winiecie. Strona rządowa, przyzwyczajona do monopolu i propagandy, nie potrafiła odnaleźć się w realiach kampanii, w której trzeba przekonywać, a nie nakazywać.

Solidarność dysponowała czymś, czego władzy brakowało. Miała autentyczność i zaufanie. Po latach propagandowego kłamstwa ludzie wierzyli ludziom z opozycji, nie aparatowi partyjnemu. Plakat z Wałęsą działał jak pieczęć wiarygodności, a „Gazeta Wyborcza" dawała kampanii własny głos, niezależny od reżimowych mediów. Strona rządowa przekonywała, że tylko ona gwarantuje stabilność i spokój, ale argument ten trafiał w próżnię w kraju, w którym spokój kojarzył się z kartkami i kolejkami.

Lokal wyborczy z urną i kartami do głosowania w czerwcu 1989 roku
Wybory 4 czerwca 1989 roku pokazały skalę społecznego odrzucenia systemu i przesądziły o dalszym tempie przemian.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Miażdżący wynik

4 czerwca 1989 roku Polacy ruszyli do urn. Frekwencja w pierwszej turze wyniosła nieco ponad 62 procent. Wynik był polityczną katastrofą obozu władzy. W wyborach do Sejmu Komitet Obywatelski zdobył 160 ze 161 możliwych do uzyskania mandatów. W wyborach do Senatu kandydaci Solidarności wzięli 92 ze 100 miejsc, podczas gdy strona koalicyjna nie zdobyła ani jednego. Na posiedzeniu kierownictwa PZPR padło gorzkie zdanie, że dla partii był to dzień jak Grunwald, tyle że przegrany.

Tego samego dnia, 4 czerwca 1989 roku, na drugim końcu świata działo się coś przeciwnego. W Pekinie wojsko krwawo stłumiło protesty na placu Tiananmen. Zbieżność dat należy do najbardziej wymownych obrazów epoki. W Pekinie dyktatura odpowiedziała na bunt czołgami, w Warszawie przegrała przy urnie.

Lista krajowa i dramat drugiej tury

Najboleśniejszy cios władza zadała sobie sama. Obok mandatów okręgowych istniała tak zwana lista krajowa, na której znalazło się 35 czołowych postaci obozu rządzącego, między innymi premier i ministrowie. Mieli oni wejść do Sejmu bez realnej konkurencji, jeśli tylko zbiorą ponad połowę ważnych głosów. Wyborcy skreślali jednak ich nazwiska masowo. Z 35 kandydatów listy krajowej próg przekroczyło zaledwie dwóch. Czołówka partii została politycznie wymazana przez ołówek w rękach milionów obywateli.

Sytuacja groziła paraliżem. Aby ratować kontrakt i zapełnić puste fotele, 12 czerwca Rada Państwa zmieniła w trakcie wyborów ordynację, przenosząc 33 nieobsadzone mandaty listy krajowej do okręgów. Druga tura, 18 czerwca, odbyła się przy frekwencji ledwie 25 procent. Solidarność zdobyła w niej brakujący mandat poselski oraz siedem z ośmiu pozostałych miejsc w Senacie. Ostatecznie opozycja objęła wszystkie 161 wolnych mandatów w Sejmie i 99 ze 100 w Senacie. Co znamienne, ani władza, ani opozycja nie były gotowe na taki rezultat. Działacze Solidarności obawiali się, że komuniści unieważnią wybory i sięgną po rozwiązanie siłowe, bo partia wciąż dysponowała wojskiem i policją polityczną.

Władza miała więc fizyczne środki, by przekreślić wynik, ale po nie nie sięgnęła. Zadecydowała postawa Gorbaczowa, który nie zamierzał ratować polskich towarzyszy siłą, oraz świadomość, że społeczeństwa nie da się już zastraszyć. Komuniści wybrali honorowanie kontraktu, licząc, że zachowają kluczowe stanowiska i wpływ na bieg spraw. Opozycja, choć zwyciężyła, również trzymała się umowy, by nie sprowokować zwrotu. Obie strony poruszały się po cienkim lodzie, świadome, że jeden fałszywy krok może wszystko przekreślić.

Wasz prezydent, nasz premier

Jaruzelski większością jednego głosu

Wynik wyborów wykraczał poza ramy kontraktu i groził jego zerwaniem. Zgodnie z ustaleniami Okrągłego Stołu prezydentem miał zostać przedstawiciel władzy, gwarant ciągłości i spokoju sojuszników. Problem w tym, że po klęsce listy krajowej obóz rządzący nie miał pewnej większości nawet w tej sprawie. 3 lipca 1989 roku na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej" Adam Michnik ogłosił słynną formułę „Wasz prezydent, nasz premier". Proponował układ, w którym fotel prezydenta obejmie kandydat PZPR, a misję tworzenia rządu powierzy się Solidarności. Był to pomysł na pokojowe przejęcie władzy bez łamania zawartych porozumień.

19 lipca 1989 roku Zgromadzenie Narodowe wybrało generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta. Przeszedł on większością zaledwie jednego głosu. Ten wynik był efektem zakulisowej gry. Część opozycyjnych parlamentarzystów świadomie nie wzięła udziału w głosowaniu lub oddała głosy nieważne, by autor stanu wojennego mógł objąć urząd i utrzymać kontrakt, a jednocześnie odczuł, jak kruchy jest jego mandat. Polityczną reżyserią tego majstersztyku zajął się Bronisław Geremek.

Pierwszy niekomunistyczny premier

Jaruzelski powierzył tworzenie rządu generałowi Kiszczakowi, ale ten nie zdołał zbudować większości. 14 sierpnia Kiszczak zrezygnował. 17 sierpnia Lech Wałęsa zawiązał formalną koalicję z dotychczasowymi sojusznikami PZPR, ZSL i SD, którzy odwrócili się od partii i przeszli na stronę opozycji. Wałęsa przedstawił trzech kandydatów na premiera: Tadeusza Mazowieckiego, Bronisława Geremka i Jacka Kuronia. Wybór padł na Mazowieckiego, prawnika, publicystę, redaktora „Tygodnika Solidarność", człowieka opanowanego i ostrożnego, zwolennika przejmowania władzy drogą negocjacji.

Zadanie, które przed nim stało, było ogromne. Mazowiecki obejmował rząd w kraju zrujnowanym gospodarczo, z hiperinflacją, pustymi sklepami i administracją wciąż obsadzoną przez ludzi dawnego systemu. W resortach siłowych, wojsku i policji, przez pewien czas pozostawali ministrowie z PZPR, w tym Kiszczak. Nowy premier musiał budować demokrację i wolny rynek, nie mając nad nimi pełnej kontroli, w warunkach, w których każdy poważny błąd groził cofnięciem całego procesu.

12 września 1989 roku Mazowiecki przedstawił Sejmowi skład gabinetu i wygłosił exposé. Stał się pierwszym od czasów wojny niekomunistycznym premierem w bloku wschodnim. Podczas wystąpienia zasłabł na mównicy. Gdy wrócił po przerwie, rzucił zdanie, które przeszło do historii: powiedział, że czuje się tak jak polska gospodarka. W tym samym przemówieniu padła inna głośna formuła. Mazowiecki zapowiedział, że jego rząd odpowiada wyłącznie za to, co zrobi sam, i że przeszłość odkreśla „grubą linią". Chciał w ten sposób uniknąć rozliczania nowego gabinetu za grzechy poprzedników. Z czasem „gruba kreska" zaczęła jednak żyć własnym życiem i stała się symbolem zaniechania, oskarżeniem o to, że zbrodnie i nadużycia minionego systemu uszły bezkarnie.

Koniec Polski Ludowej

Orzeł odzyskuje koronę

Rząd Mazowieckiego rozpoczął demontaż instytucji Polski Ludowej w tempie, które jeszcze rok wcześniej wydawało się niewyobrażalne. 29 grudnia 1989 roku Sejm uchwalił nowelizację konstytucji, nazywaną nowelą grudniową. Usunięto z ustawy zasadniczej zapisy o socjalistycznym charakterze państwa, sojuszu ze Związkiem Radzieckim i kierowniczej roli PZPR. Polskę określono jako demokratyczne państwo prawne. Zmieniono nazwę kraju z Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej na Rzeczpospolitą Polską, a do godła wrócił orzeł w koronie, zdjętej przez komunistów po wojnie. Zmiany weszły w życie 31 grudnia 1989 roku. W noc sylwestrową Polacy kładli się spać w PRL, a budzili w Rzeczypospolitej.

Wkrótce demontaż objął sam fundament dawnego systemu. Pod koniec stycznia 1990 roku PZPR rozwiązała się na własnym zjeździe, a jej działacze utworzyli nową partię. Zlikwidowano znienawidzoną Służbę Bezpieczeństwa, choć nie obyło się to bez niszczenia archiwów. Zniesiono cenzurę prewencyjną. Instytucje, które przez czterdzieści pięć lat definiowały Polskę Ludową, jedna po drugiej przestawały istnieć.

Polska nie była w tym osamotniona, lecz szła na czele. Latem i jesienią 1989 roku zmiana, którą zapoczątkowały czerwcowe wybory nad Wisłą, objęła cały blok wschodni. 9 listopada padł mur berliński, symbol podziału Europy. Trzy dni później, 12 listopada, w dolnośląskiej Krzyżowej premier Mazowiecki i kanclerz Niemiec Helmut Kohl wymienili gest pojednania podczas mszy świętej, otwierając nowy rozdział w relacjach obu narodów. Rok 1989 przeszedł do historii jako jesień ludów, a Polska była tą kostką domina, która pchnęła pozostałe.

Symboliczne przedstawienie końca PRL z dokumentami państwowymi i orłem w koronie
Nowela grudniowa z 1989 roku usunęła z konstytucji zapisy o socjalistycznym państwie, przywróciła nazwę Rzeczpospolita Polska i orła w koronie.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.

Plan Balcerowicza i cena wolności

Niepodległość polityczna spotkała się z gospodarczą katastrofą. Ustępujący rząd Mieczysława Rakowskiego uwolnił 1 sierpnia 1989 roku ceny żywności, co uruchomiło gwałtowny wzrost cen i hiperinflację. Pod koniec roku inflacja sięgała setek procent, a pieniądz tracił wartość z dnia na dzień. Nowy rząd musiał ugasić ten pożar.

Zadania podjął się wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz. 17 grudnia 1989 roku przedstawił Sejmowi pakiet ustaw, który od 1 stycznia 1990 roku wprowadzał gospodarkę rynkową metodą szokową. Uwolniono większość cen, urealniono kurs złotego, ograniczono dotacje i wydatki państwa, otwarto rynek na konkurencję. Plan Balcerowicza zahamował hiperinflację i położył podwaliny pod kapitalizm, ale jego cena była dotkliwa. Upadały nierentowne zakłady, rosło bezrobocie, dotąd w PRL nieznane, a oszczędności wielu rodzin stopniały. Wolność miała smak, którego część Polaków długo nie mogła przełknąć: smak zamkniętej fabryki i pustego portfela w nowym, rynkowym świecie.

Symboliczną klamrę domknął rok 1990. W grudniu Lech Wałęsa, elektryk ze Stoczni Gdańskiej, który dekadę wcześniej przeskakiwał przez stoczniowy mur, został wybrany w powszechnych wyborach na prezydenta Rzeczypospolitej. Wojciech Jaruzelski, prezydent z nadania Okrągłego Stołu, ustąpił przed końcem kadencji. Władzę w wolnej Polsce objął człowiek, od którego protestu dziesięć lat wcześniej wszystko się zaczęło.

Ciekawostki z piątej dekady

Stół, który jeździ po Warszawie

Tytułowy mebel Okrągłego Stołu nie był wyrafinowanym projektem. Wykonano go w fabryce mebli w Henrykowie, która zdążyła na czas głównie dlatego, że miała już niemal gotowy, prosty w formie egzemplarz. Choć negocjatorzy zasiedli przy nim zaledwie dwa razy, na rozpoczęcie i zakończenie obrad, ten zwyczajny kawałek drewna stał się jednym z najważniejszych symboli polskiej transformacji. Przez ponad dwie dekady stół stał w Pałacu Prezydenckim, w specjalnie urządzonej Sali Okrągłego Stołu. W grudniu 2025 roku mebel opuścił pałac i decyzją prezydenta Karola Nawrockiego trafił do Muzeum Historii Polski, gdzie od 2027 roku ma znaleźć się na wystawie stałej.

Gazeta z hasłem zamiast tytułu

„Gazeta Wyborcza", która ukazała się 8 maja 1989 roku, powstała jako organ kampanii Komitetu Obywatelskiego przed czerwcowymi wyborami. W winiecie umieszczono zdjęcie Lecha Wałęsy i hasło „Nie ma wolności bez Solidarności". Pismo planowano początkowo jako efemerydę na czas kampanii. Stało się jednym z najważniejszych dzienników w historii Polski i wychodzi do dziś.

Jeden głos, który zrobił prezydenta

Wybór Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta 19 lipca 1989 roku przeszedł większością dokładnie jednego głosu. Paradoks polega na tym, że to częściowo opozycja umożliwiła ten wynik. Część jej parlamentarzystów celowo nie głosowała lub unieważniła karty, by dotrzymać kontraktu i nie sprowokować twardogłowych, a zarazem dać autorowi stanu wojennego odczuć, jak nikłe jest jego poparcie. Politykę liczenia głosów co do jednego zaprojektował Bronisław Geremek.

Lista, która pogrążyła władzę

Lista krajowa miała być wygodnym wjazdem do Sejmu dla partyjnej elity, bez realnej rywalizacji. Wyborcy zamienili ją w pułapkę. Wystarczyło skreślić nazwisko, by odebrać kandydatowi mandat, i tak właśnie postąpiły miliony Polaków. Z 35 prominentnych nazwisk listę przekroczyło zaledwie dwóch kandydatów. Aby uniknąć paraliżu, władza musiała w trakcie trwających wyborów zmieniać ordynację, co samo w sobie pokazało skalę klęski.

Sylwester między dwoma ustrojami

Noc z 31 grudnia 1989 roku na 1 stycznia 1990 roku była jedyną w polskiej historii, podczas której zmienił się ustrój i nazwa państwa. Tego samego wieczoru, gdy jedni witali Nowy Rok, w mocy znajdowały się już zapisy noweli grudniowej. Formalnie Polacy zasypiali w państwie zwanym Polską Rzecząpospolitą Ludową, a budzili się w Rzeczypospolitej Polskiej, z orłem w koronie w godle.

Czy PRL naprawdę się skończył?

Pytanie postawione na początku wraca na koniec, bo do dziś nie ma na nie zgodnej odpowiedzi. Spór o ocenę roku 1989 dzieli historyków, polityków i zwykłych Polaków od trzech dekad.

Optymistyczne odczytanie tamtych wydarzeń widzi w nich sukces, jakiego nikt wcześniej nie osiągnął. Polska jako pierwsza w bloku wschodnim wynegocjowała demontaż dyktatury, i to bez rozlewu krwi. Okrągły Stół stał się wzorem pokojowej zmiany dla całego regionu, a jesień 1989 roku, z upadkiem muru berlińskiego w listopadzie, potoczyła się jako lawina zapoczątkowana nad Wisłą. Samoograniczająca się rewolucja Solidarności wygrała, a jej dowodem jest demokratyczna i wolnorynkowa Polska, w której żyjemy.

Krytycy patrzą na to inaczej. Przełom był układem zawartym między częścią elity opozycyjnej a kierownictwem słabnącego reżimu. Generał Jaruzelski został prezydentem, a Kiszczak przez jakiś czas pozostawał w rządzie. Aparat partyjny nie poniósł odpowiedzialności za zbrodnie, od stanu wojennego po „Wujka" i Popiełuszkę, a archiwa bezpieki częściowo zniszczono. Dawna nomenklatura, dzięki wiedzy, kontaktom i dostępowi do majątku państwowego, sprawnie przekształciła władzę polityczną w kapitał. „Gruba kreska" Mazowieckiego, choć pomyślana inaczej, stała się w tym ujęciu parasolem ochronnym nad ludźmi minionego systemu. III Rzeczpospolita odziedziczyła po PRL nie tylko instytucje, ale i część kadr oraz nawyków, a ciągnące się przez lata spory o lustrację i dekomunizację są echem tej niezamkniętej sprawy.

Obie oceny mają mocne argumenty i obie należą do polskiej pamięci. Wiele zależy od przyjętej miary. Z perspektywy braku ofiar i trwałości demokracji rok 1989 był zwycięstwem; z perspektywy sprawiedliwości wobec krzywd zostawił niedosyt.

Ten spór nie pozostał akademicki. Przez kolejne dekady dzielił polską scenę polityczną, wracał w debatach o lustracji, o teczkach służb i o ocenie generała Jaruzelskiego, który zmarł w 2014 roku, nie usłyszawszy prawomocnego wyroku. Część Polaków widziała w nim człowieka, który uchronił kraj od najgorszego. Inni pamiętali przede wszystkim autora stanu wojennego, broniącego systemu do samego końca. Wokół roku 1989 narosła polityka pamięci, a pytanie, czy przełom był rewolucją, czy umową, do dziś organizuje podziały.

Jedno jest pewne. Polska Rzeczpospolita Ludowa, która narodziła się w cieniu sowieckich czołgów i przez czterdzieści pięć lat trzymała obywateli pod kontrolą jednej partii, zniknęła bez przegranej wojny i bez krwawego powstania. Rozłożyły ją strajki i negocjacje, a dobiły wolne wybory. System, który zaczynał od fałszowania referendów i strzelania do robotników, skończył, przegrywając uczciwe głosowanie z własnym społeczeństwem. Na tym zamyka się pięcioodcinkowa opowieść o państwie, którego już nie ma, choć jego cień wciąż kładzie się na polskiej teraźniejszości.

Literatura i źródła