W centrum Chorzowa, między ulicą Strzelców Bytomskich a ulicą Sienkiewicza, biegnie niewielka, równoległa do Wolności arteria. Przy niej stoją kamienice czynszowe z przełomu XIX i XX wieku, a gdzieniegdzie zachowały się jeszcze niskie, jednokondygnacyjne domy z dwuspadowymi dachami, pamiętające czasy, gdy ta okolica żyła rytmem pobliskich pieców hutniczych. Ulica nosi nazwisko człowieka, którego dziś mało kto pamięta, a który w swoim krótkim życiu zdążył pracować w młynie, cegielni i na torach kolejowych, wyemigrować do Francji, wrócić do kraju zrujnowanego wojną, a potem stać się jednym z najgłośniejszych hutników powojennego Śląska. Władysław Truchan zmarł mając czterdzieści sześć lat. Jego imieniem nazwano ulicę, szpital dziecięcy - pozostało też wspomnienie kogoś, kto traktował pracę przy piecach martenowskich z niezwykłą powagą.
Z Pogórza Karpackiego w świat
Władysław Truchan przyszedł na świat 12 maja 1904 roku w Gromnikach, w powiecie tarnowskim. To okolica, w której Pogórze Rożnowskie przechodzi w Pogórze Ciężkowickie, krajobraz jest łagodnie pofałdowany, a potoki spływające do Białej przecinają pola uprawne należące do niewielkich gospodarstw. Gromnik, którego etymologię lokalne źródła wiążą bądź z częstymi uderzeniami piorunów, bądź z „grzmiącym" nurtem okolicznych potoków, był wsią o średniowiecznym rodowodzie. W czasach, gdy rodził się Truchan, należała do powiatu tarnowskiego, a wieś liczyła nieco ponad tysiąc mieszkańców. Życie toczyło się tu wokół rolnictwa, drewnianego kościoła pod wezwaniem świętego Marcina i stacji kolei tarnowsko-leluchowskiej, która łączyła te strony ze światem.
Początek XX wieku w Galicji to czas, w którym chłopskie rodziny żyły na granicy samowystarczalności. Ziemi było za mało, perspektyw na miejscu niewiele, a praca sezonowa nie wystarczała na utrzymanie wielodzietnych gospodarstw. Młody Truchan od roku 1919, a więc w wieku piętnastu lat, zaczął podejmować różne prace dorywcze. Pracował w młynie, w cegielni, przy naprawie torów kolejowych. Były to zajęcia typowe dla ówczesnych chłopskich synów z Małopolski, którzy nie odziedziczyli wystarczającego kawałka gruntu i musieli szukać zarobku poza rodzinną wsią. Każde z tych zajęć uczyło czegoś innego. W młynie poznawał pracę maszyn i mechanikę koła wodnego. Cegielnia przyzwyczaiła go do żaru pieców, choć ten był jeszcze daleki od temperatur, z jakimi miał się zetknąć za kilkanaście lat w Lotaryngii.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Lotaryngia — na emigracji wśród pieców
W 1930 roku Truchan podjął decyzję, która zmieniła bieg jego życia. Wyjechał do Francji, do Lotaryngii, w rejon Nancy, by podjąć pracę w tamtejszej stalowni.
Nie był w tym odosobniony. W okresie międzywojennym Francja stała się jednym z głównych kierunków polskiej emigracji zarobkowej. Po pierwszej wojnie światowej ten zachodnioeuropejski kraj, wykrwawiony konfliktem (półtora miliona poległych, cztery miliony inwalidów), potrzebował rąk do pracy niemal we wszystkich sektorach gospodarki. Już 3 września 1919 roku Polska i Francja podpisały porozumienie regulujące warunki wyjazdów polskich robotników, a w Częstochowie, Poznaniu i Warszawie powstały biura Francuskiej Misji Robotniczej. Między rokiem 1920 a 1923 do Francji wyemigrowało pół miliona Polaków. Czterdzieści tysięcy z nich trafiło właśnie do Lotaryngii, gdzie rosło zapotrzebowanie na pracowników hut i kopalń. Polacy tworzyli tam odrębne wspólnoty, budowali kościoły, zakładali stowarzyszenia, wydawali prasę w ojczystym języku. W 1931 roku Polonia we Francji, licząca około pięciuset tysięcy osób, stanowiła drugą co do wielkości grupę etniczną w tym kraju, tuż za Włochami.
Truchan trafił w sam środek tego zjawiska. Lotaryngia od wieków była zagłębiem hutniczym Francji. Okolice Nancy, Metz i Thionville roiły się od wielkich pieców, stalowni, koksowni. Polacy pracowali tu ramię w ramię z Francuzami, Włochami, Hiszpanami. Warunki były ciężkie, ale zarobki lepsze niż cokolwiek, co oferowała ówczesna Polska. Dla młodego robotnika z Gromników, który znał już żar cegielnianych pieców, stalownia była naturalnym krokiem naprzód. To we Francji Truchan zetknął się po raz pierwszy z technologią, która miała zdominować jego późniejszą karierę: piecami martenowskimi.
Spędził w Lotaryngii siedemnaście lat. To niemal połowa jego dorosłego życia. Przez cały ten czas pracował w stalowni, poznając od podszewki proces wytapiania stali metodą Siemensa-Martina. Lotaryńskie stalownie były wówczas jednymi z najnowocześniejszych w Europie, wyposażone w piece martenowskie dużej pojemności, z rozwiniętymi systemami kontroli jakości. Polscy robotnicy, choć cenieni za pracowitość i wytrzymałość fizyczną, musieli się dopiero uczyć zaawansowanych technik metalurgicznych. Truchan przeszedł tę szkołę od podstaw.
Los polskich emigrantów we Francji nie był jednak usłany różami. Wielki kryzys gospodarczy lat trzydziestych uderzył w nich ze szczególną siłą. Francja, zmagając się z rosnącym bezrobociem, zaczęła wprowadzać obostrzenia wobec pracowników zagranicznych. Wielu Polaków straciło zatrudnienie i musiało wracać do kraju. Ci, którzy zostali, żyli w niepewności, rozdarci między obcością a nadzieją na stabilizację. Truchan przetrwał zarówno kryzys, jak i lata drugiej wojny światowej, spędzone na emigracji, z dala od okupowanej ojczyzny. Końca konfliktu doczekał się we Francji i to dopiero dwa lata po wyzwoleniu zdecydował się na powrót.
Kiedy w 1947 roku wracał do Polski, nie był już chłopskim chłopakiem podejmującym dorywcze prace. Był doświadczonym hutnikiem, który rozumiał każdy etap procesu stalowniczego. Znał zachodnioeuropejskie standardy organizacji pracy w stalowni. Ta wiedza, zdobyta w jednym z najlepszych zagłębi hutniczych kontynentu, okazała się bezcenna w kraju, który desperacko potrzebował fachowców.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Piec martenowski — serce stalowni
Żeby zrozumieć, kim był Władysław Truchan w kontekście zawodowym, trzeba choć w zarysie pojąć, jak działał piec martenowski. To urządzenie, które przez prawie sto lat stanowiło fundament światowego hutnictwa.
Piec martenowski, znany też jako piec Siemensa-Martina (w gwarze śląskiej po prostu „martin"), to ogromna konstrukcja hutnicza. Był wannowym piecem płomieniowym, w którym wytapiano stal z surówki żelaznej i złomu stalowego. Swoją nazwę zawdzięcza dwóm wynalazcom: braciom Friedrichowi i Wilhelmowi Siemensom, którzy w 1856 roku skonstruowali piec z regeneratorami ciepła, oraz francuskiemu metalurgowi Pierre’owi-Émilowi Martinowi, który w 1864 roku zastosował tę technologię do wytapiania stali.
Zasada działania pieca opierała się na genialnym pomyśle odzyskiwania ciepła ze spalin. Gorące gazy odlotowe, zamiast ulatywać bezużytecznie w komin, przechodziły przez komory wypełnione cegłą ogniotrwałą, nagrzewając je. Następnie przez te same komory przepuszczano powietrze i gaz zasilający piec, które ogrzewały się do bardzo wysokich temperatur. Dzięki temu w komorze roboczej pieca temperatura sięgała 1700–1750 stopni Celsjusza, wystarczająco dużo, by stopić złom stalowy dodawany do ciekłej surówki. To Martin zauważył, że proces bessmerowski traci ogromne ilości energii, i zaproponował eleganckie rozwiązanie tego problemu.
Proces martenowski trwał od pięciu do dwunastu godzin, znacznie dłużej niż konkurencyjny proces konwertorowy. Miał jednak zasadniczą zaletę: pozwalał na bieżąco kontrolować skład chemiczny wytapianej stali. Wytapiacz mógł pobierać próbki, analizować je i korygować przebieg procesu, dodając odpowiednie składniki. W efekcie stal martenowska była lepszej jakości niż konwertorowa, bo zawierała mniej fosforu i siarki. Pojemność pieców rosła z dekady na dekadę i w największych instalacjach sięgała nawet sześciuset ton wsadu.
W latach sześćdziesiątych XX wieku aż dziewięćdziesiąt procent światowej produkcji stali powstawało właśnie w piecach martenowskich. Dopiero później wyparły je nowsze technologie: konwertorowy proces tlenowy i elektryczne piece łukowe. Ale w czasach, gdy pracował Truchan, „marten" był królem stalowni. A wytapiacz, który potrafił precyzyjnie prowadzić wytop, skracając go bez utraty jakości, był na wagę złota.
Powrót do nowej Polski
Rok 1947. Truchan wraca do Polski po siedemnastu latach spędzonych we Francji. Kraj, który zostawił w 1930 roku, i kraj, do którego powrócił, to dwa zupełnie różne światy. Polska przeszła przez apokalipsę drugiej wojny światowej, straciła miliony obywateli, jej miasta leżały w gruzach. Teraz, pod nową władzą komunistyczną, zaczynała się odbudowa, a raczej budowa od nowa, całego aparatu przemysłowego.
Truchan podjął pracę w stalowni Huty „Kościuszko" w Chorzowie. Huta ta, nosząca wcześniej nazwę Królewska (po niemiecku Königshütte, od niej wzięło nazwę samo miasto), była jednym z najstarszych zakładów hutniczych w Polsce. Jej historia sięgała schyłku XVIII stulecia. W 1797 roku hrabia Friedrich Wilhelm von Reden podjął decyzję o budowie huty żelaza w pobliżu wsi Chorzów, a zaprojektował ją szkocki inżynier John Baildon. Hutę uruchomiono w 1802 roku. Przez cały XIX wiek rozrastała się, przechodząc kolejne modernizacje. W 1843 roku, jako jedna z pierwszych w Europie, została wpisana na listę producentów szyn kolejowych. W 1862 roku otwarto wydział walcowni szyn, a w 1865 roku stalownię bessemerowską. W połowie XIX stulecia zatrudniała już prawie sześciuset ludzi.
Po pierwszej wojnie światowej, gdy część Górnego Śląska przyłączono do odrodzonej Polski, huta znalazła się pod polską administracją. W 1935 roku przemianowano ją na Hutę „Piłsudski". Podczas okupacji hitlerowskiej pracowała na potrzeby III Rzeszy. Pod koniec stycznia 1945 roku do Chorzowa wkroczyła Armia Czerwona w ramach ofensywy wiślańsko-odrzańskiej. Wojna trwała jeszcze ponad trzy miesiące, ale produkcja ruszyła niemal natychmiast. Już 18 lutego 1945 roku huta wznowiła pracę pod nową nazwą: Huta „Kościuszko". Odtąd zakład szybko się rozrastał. Do 1955 roku zatrudnienie wzrosło do ponad dziewięciu i pół tysiąca pracowników. Stal z Chorzowa posłużyła do budowy mostów: średnicowego, Poniatowskiego i Śląsko-Dąbrowskiego w Warszawie, mostu fordońskiego w Bydgoszczy, a nawet trzystupięciometrowego masztu nadajnika w Raszynie i ponad dwukilometrowego mostu na Dunaju łączącego Rumunię z Bułgarią.
To w tej właśnie hucie, w jej stalowni martenowskiej, Truchan znalazł swoje miejsce. I to tutaj zaczął robić rzeczy, które zwróciły na niego uwagę.
Praca w stalowni martenowskiej należała do najcięższych zajęć w całym cyklu hutniczym. Dawni pracownicy, których wspomnienia zachowało Muzeum Hutnictwa w Chorzowie, mówią o „warunkach tropikalnych" panujących przy piecach. Temperatura na hali odlewniczej przekraczała wszelkie normy, jakie dziś dopuszczają przepisy BHP. Wytapiacze pracowali na zmianę, obsługując piece, których wanna robocza mogła pomieścić dziesiątki ton ciekłego metalu. Każdy wytop wymagał precyzji w dozowaniu wsadu, kontroli płomienia, regulowania zaworów rozrządczych kierujących przepływem gazu i powietrza, a wreszcie umiejętnego spustu gotowej stali do wlewnic. Pomyłka mogła kosztować nie tylko wadliwą partię stali, ale też życie. Stalownie martenowskie tamtej epoki używały rozlicznych formatów wlewnic, nierzadko kilkunastu rodzajów na jednym wydziale, co w ciasnych halach odlewniczych stwarzało dodatkowe trudności organizacyjne.
Mimo tego, załoga stalowni była na ogół uważana za elitę huty. Marteniarze szli na czele pochodów pierwszomajowych. Pierwszy talon na samochód w zakładzie dostawał wytapiacz. Między brygadami panowała rywalizacja, ale też solidarność wymuszona przez warunki pracy. Jak mówił jeden z dawnych hutników: pracownicy mogli się nawet nie lubić, ale musieli sobie ufać.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Mistrz szybkościowych wytopów
Jako wytapiacz pieców martenowskich Truchan wdrożył w Hucie „Kościuszko" zasady, które dziś nazwalibyśmy optymalizacją procesów produkcyjnych, a które w ówczesnej nomenklaturze określano mianem współzawodnictwa pracy i racjonalizacji. Stosując odpowiednią organizację pracy, potrafił skracać czas wytopów bez obniżania jakości produkowanej stali. Prasa branżowa nazwała go „mistrzem szybkościowych wytopów".
Trzeba tu zatrzymać się przy kontekście, bo określenie „przodownik pracy" obrosło w Polsce złą sławą i bywa używane z ironią. Zjawisko współzawodnictwa pracy, importowane z ZSRR po wzorcu stachanowskim, miało w polskich realiach niezwykle złożony charakter. Aleksiej Stachanow, radziecki górnik, który w 1935 roku podczas jednej zmiany wyrąbał czternaście razy więcej węgla niż wynosiła norma, stał się symbolem ruchu, który władze komunistyczne eksploatowały do bezwzględnego wyśrubowywania norm produkcyjnych. W Polsce ruch ten zapoczątkował Wincenty Pstrowski, górnik z kopalni „Jadwiga" w Zabrzu, który 27 lipca 1947 roku opublikował w „Trybunie Robotniczej" otwarty list do kolegów z hasłem „Kto da więcej niż ja?". Pstrowski, sam emigrant zarobkowy, który wcześniej pracował w belgijskich kopalniach, stał się ikoną ruchu, choć niedługo cieszył się sławą. Zmarł w kwietniu 1948 roku w wieku zaledwie czterdziestu czterech lat, i to jego śmierć stała się dla władzy poważnym kłopotem propagandowym. Po kraju krążyło gorzkie powiedzonko: „Jeśli chcesz iść na Sąd Boski, pracuj tak jak Wicek Pstrowski".
Współzawodnictwo pracy miało swoją ciemną stronę. Bicie rekordów produkcyjnych prowadziło do podwyższania norm dla wszystkich robotników, co w praktyce oznaczało więcej pracy za te same pieniądze. Rosła wypadkowość. Przodownicy stawali się przedmiotem niechęci kolegów, którzy trafnie dostrzegali, że indywidualne rekordy jednych przekładają się na zaostrzenie warunków dla reszty.
Ale w przypadku Truchana sytuacja wyglądała inaczej niż u górników śrubujących normy wydobycia czystą siłą fizyczną. Stal martenowska to nie węgiel. Nie da się jej wyprodukować „więcej" przez samo zwiększenie tempa pracy. Proces trwa godzinami, wymaga precyzyjnej kontroli temperatury, składu chemicznego stali, momentu dodawania poszczególnych składników. Skrócenie czasu wytopu bez pogorszenia jakości stali wymagało głębokiego zrozumienia metalurgii, doświadczenia i umiejętności organizacyjnych. To nie była kwestia wysiłku mięśni, lecz wiedzy i intuicji wypracowanej latami pracy przy piecach, w tym siedemnastoma latami we francuskich stalowniach.
Czym w praktyce mogła być „racjonalizacja" w wykonaniu Truchana? Na podstawie tego, co wiemy o ówczesnych stalowniach, można wskazać kilka obszarów, w których doświadczony wytapiacz mógł skrócić czas wytopu. Kluczowe było odpowiednie przygotowanie wsadu, właściwe dozowanie złomu i surówki, optymalny moment dodania wapnia do usunięcia fosforu, precyzyjne ustawienie zaworów rozrządczych regulujących przepływ gazu i powietrza. W stalowniach, gdzie piece opalano gazem generatorowym z węgla, sprawność cieplna regeneratorów miała bezpośredni wpływ na tempo procesu. Wytapiacz, który potrafił utrzymać stałą, właściwą temperaturę w komorze roboczej, eliminując niepotrzebne spadki i wahania, zyskiwał na czasie bez narażania jakości. Doświadczenie z lotaryńskich zakładów, gdzie standardy organizacyjne były wyższe niż w powojennej Polsce, dawało Truchanowi przewagę, której nie mieli jego koledzy wychowani wyłącznie w polskich hutach.
Truchan nie ograniczył się do jednej huty. Swoje metody wdrażał w innych śląskich stalowniach, a nawet za granicą. Odwiedził czechosłowacką hutę Vítkovice w Ostrawie, jedno z największych i najstarszych przedsiębiorstw hutniczych Europy Środkowej, założone w 1828 roku. Fakt, że polski hutnik z Chorzowa dzielił się doświadczeniem w zakładzie o takiej renomie, świadczy o poziomie kompetencji, jakie osiągnął. Vítkovice były wówczas sercem przemysłu ciężkiego Czechosłowacji, wyposażone w pełny cykl produkcyjny od wydobycia węgla po przetwarzanie stali. To nie była wizyta kurtuazyjna. To był transfer wiedzy praktycznej między hutnikami dwóch krajów bloku wschodniego, w których stalownictwo stanowiło kręgosłup gospodarki.
Nie tylko piec
Truchan nie był wyłącznie człowiekiem pieca. Poza pracą zawodową angażował się w działalność społeczną, która dotyczyła życia poza bramami huty. Uczestniczył w uruchamianiu zakładowych przedszkoli, co w powojennej Polsce było sprawą fundamentalną. Kobiety masowo wchodziły na rynek pracy, a infrastruktura opiekuńcza praktycznie nie istniała. Przyzakładowe przedszkola i żłobki były jedną z nielicznych dróg, by umożliwić rodzinom funkcjonowanie w nowej rzeczywistości.
Najtrwalszym śladem społecznej aktywności Truchana okazał się jednak jego udział przy budowie szpitala dziecięcego w Chorzowie. Szpital ten, otwarty ostatecznie 1 stycznia 1964 roku (a więc trzynaście lat po śmierci Truchana) pod nazwą Miejski Szpital Dziecięcy im. Wita Hankego, zlokalizowano przy ulicy, która już wówczas nosiła imię hutnika. Pierwszym dyrektorem został doktor Witold Pytloch, uznawany za prekursora pediatrii w Chorzowie. Z czasem placówka rozrosła się, modernizowała i zmieniała nazwy. Dziś funkcjonuje jako część Zespołu Szpitali Miejskich w Chorzowie, w lokalizacji przy ulicy Truchana 7, i specjalizuje się w pediatrii, hematologii, onkologii dziecięcej, neurologii. Posiada nowoczesną pracownię diagnostyki obrazowej z aparatem PET/CT, rezonansem magnetycznym i szpitalnym oddziałem ratunkowym. Droga od zaangażowania hutnika w zbieranie środków na budowę placówki do dzisiejszego centrum medycznego z kilkunastoma oddziałami i setkami łóżek jest odległa, ale jej początek wiąże się z inicjatywą ludzi takich jak Truchan.
Była jeszcze jedna pasja, odległa od żaru pieców. Truchan lubił polowanie. To z jego inicjatywy przy Hucie „Kościuszko" powstało zakładowe Koło Łowieckie „Przodownik". Nazwa koła, nomen omen nawiązująca do statusu przodownika pracy, pokazuje, jak dalece kategorie zawodowe przenikały w tamtych czasach do sfery prywatnej. Łowiectwo na powojennym Śląsku było zresztą popularne wśród robotników. Lasy otaczające górnośląski okręg przemysłowy, choć zdegradowane przez dekady emisji z hut i kopalni, wciąż stanowiły teren łowiecki, a polowanie było jednym z niewielu dostępnych sposobów spędzania wolnego czasu w kontakcie z naturą.
Śmierć i pamięć
Władysław Truchan zmarł 16 lutego 1951 roku w Chorzowie. Miał czterdzieści sześć lat. Przyczyny śmierci nie są publicznie udokumentowane, choć przedwczesne zgony wśród przodowników pracy zdarzały się często. Sam Pstrowski umarł w wieku czterdziestu czterech lat. Praca w warunkach ekstremalnych, jakie panowały w stalowni martenowskiej, przy temperaturach przekraczających tysiąc siedemset stopni Celsjusza w komorze roboczej i kilkudziesięciu stopniach na hali, stanowiła ogromne obciążenie dla organizmu. Truchan nie dożył momentu, gdy ulica nazwana jego imieniem stała się adresem szpitala dziecięcego. Rozkwit huty w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdy chorzowska stal szła na odbudowę kraju, rozegrał się już bez niego. Bez niego przyszedł też upadek, gdy w latach dziewięćdziesiątych wygaszono ostatnie wielkie piece, zamknięto stalownię martenowską (w 1993 roku, po ponad stu latach pracy) i ogłoszono upadłość.
Jego nazwisko zostało na tablicach ulic i w adresie szpitala. Pojawiło się też w tytule artykułu z „Chorzowianina" z 2007 roku, który wspominał o nim jako o „mistrzu szybkościowych wytopów". To niewiele, ale więcej niż przypadło w udziale większości przodowników pracy tamtej epoki. Andrzej Janikowski, historyk, który poświęcił im obszerną monografię „Trzysta procent socjalizmu", zauważa, że przodownicy byli przez lata na świeczniku, eksponowani i ważni, a potem nikt o nich nie pamiętał. Odznaki przodownika pracy zniesiono w 1982 roku. Idea umarła wcześniej.
Huta po Truchanie
Losy Huty „Kościuszko" po śmierci Truchana to osobna, wielowątkowa opowieść. W latach siedemdziesiątych rozpoczęto modernizację pieców martenowskich i walcowni, jednocześnie likwidując części surowcowe. Do lat dziewięćdziesiątych zamknięto stalownię górną, spiekalnię rur, baterię koksowniczą i trzy wielkie piece. W 1998 roku hutę przekształcono z przedsiębiorstwa państwowego w spółkę akcyjną. W 2000 roku na bazie jej majątku utworzono Hutę Królewską, która w 2007 roku trafiła pod skrzydła ArcelorMittal Poland. Sama Huta „Kościuszko" w 2012 roku ogłosiła upadłość. Z dawnego kompleksu ocalał budynek historycznej siłowni z 1895 roku, w którym dziś mieści się Muzeum Hutnictwa w Chorzowie. To miejsce, gdzie dawni pracownicy opowiadają przed kamerą o pracy przy piecach, o upale „w warunkach tropikalnych", o zaufaniu, bez którego nie dało się przeżyć w stalowni.
To muzeum jest w pewnym sensie odpowiedzią na pytanie, po co pamiętać o ludziach takich jak Truchan. Nie chodziło o propagandę ani o system, który instrumentalnie wykorzystywał ludzką pracowitość. Za fasadą współzawodnictwa pracy, za plakatami i odznaczeniami, stali prawdziwi ludzie, którzy naprawdę rozumieli swój fach. Truchan nie był abstrakcyjną figurą z pierwszomajowego pochodu. Był człowiekiem, który przez siedemnaście lat uczył się wytapiać stal we Francji, a potem przez cztery lata robił to w Polsce, wprowadzając innowacje, które doceniono nawet w Czechosłowacji. Umarł za młodo, w epoce, która ludzką energię potrafiła zarówno wyzwalać, jak i bezlitośnie zużywać.
Ilustracja poglądowa: AI / faleinspiracji.pl / CC BY 4.0.
Ulica Truchana — dziś
Kto dzisiaj spaceruje ulicą Truchana w Chorzowie, widzi kamienice z przełomu wieków, przebudowany chodnik (ulicę gruntownie wyremontowano w latach 2023–2024), przystanek autobusowy „Chorzów Truchana Szpital" i budynek szpitalny za ogrodzeniem. Samo miasto dawno zmieniło charakter. Huta, w której pracował Truchan, nie istnieje, a teren po niej zmienił się nie do poznania. Ale nazwa ulicy trwa. I trwa szpital, w którym od ponad sześćdziesięciu lat leczą się dzieci z Chorzowa i całego regionu.
Władysław Truchan nie zostawił po sobie ani pamiętnika, ani wywiadów. Znamy go jedynie z oficjalnych not biograficznych i ze śladów wtopionych w tkankę miasta. To mało. Ale czasem mało wystarczy, żeby zatrzymać się przy tabliczce z nazwą ulicy i pomyśleć o chłopaku z pogórzańskiej wsi, który wyrósł na jednego z najlepszych wytapiaczy stali w powojennej Polsce. I który gdzieś po drodze, między jednym wytopem a następnym, znalazł czas, żeby myśleć o dzieciach potrzebujących szpitala.
Redakcja Fal Inspiracji dziękuje Panu Jerzemu z Chorzowa za inspirację do powstania tego artykułu.
Literatura i źródła
- Truchana Władysława — ulica w Chorzowie — Urząd Miasta Chorzów — nota biograficzna i opis ulicy
- Huta „Kościuszko" — Wikipedia — artykuł encyklopedyczny o historii huty
- Huta Królewska — kalendarium — Muzeum Hutnictwa w Chorzowie — kalendarium historyczne huty
- Muzeum Hutnictwa w Chorzowie — Szlak Zabytków Techniki — opis placówki muzealnej
- Historia szpitala przy ul. Truchana — Zespół Szpitali Miejskich w Chorzowie — historia szpitala dziecięcego
- Hutnicze opowieści — Dziennik Zachodni — wspomnienia pracowników hut chorzowskich
- Huta Kościuszko w Chorzowie — fotoreportaż — Nasze Miasto — dokumentacja fotograficzna zamkniętych wydziałów
- Nasza historia — ArcelorMittal Poland — historia koncernu hutniczego
- Piec martenowski — Wikipedia — artykuł encyklopedyczny o technologii
- Martenowski proces — Encyklopedia PWN — hasło encyklopedyczne
- Stalownia martenowska — wspomnienia Tadeusza Pyciora — wspomnienia hutnika o pracy w stalowni
- Przodownik pracy — Wikipedia — artykuł encyklopedyczny o zjawisku
- Ze współzawodnictwem pracy przez dzieje Polski Ludowej — Przystanek Historia IPN — artykuł analityczny
- Historyk: przodownictwo pracy było w PRL sposobem zarządzania — dzieje.pl — wywiad z historykiem Andrzejem Janikowskim
- Wincenty Pstrowski — pierwszy polski stachanowiec — Polskie Radio — materiał historyczny
- Polonia we Francji — Wikipedia — artykuł encyklopedyczny o emigracji polskiej
- Emigracja zarobkowa z ziem polskich — Encyklopedia PWN — hasło encyklopedyczne
- Gromnik — historia miejscowości — Gmina Gromnik — źródło historyczne o wsi
- Przebudowa ul. Truchana — portal chorzowski.pl — artykuł o modernizacji ulicy
- Mistrz szybkościowych wytopów — Chorzowianin, 2007 — zapis bibliograficzny artykułu prasowego