Stary scenariusz przestaje działać
Wiosną 1950 roku Francja tkwiła w pułapce, którą po części sama zbudowała. Po dwóch wojnach z Niemcami w ciągu jednego pokolenia Paryż odruchowo sięgał po znany środek bezpieczeństwa: kontrolę nad niemieckim węglem i stalą, surowcami, z których odlewa się armaty. Kłopot polegał na tym, że Amerykanie naciskali na szybką odbudowę Republiki Federalnej — państwa istniejącego od niespełna roku — a dotychczasowy mechanizm nadzoru nad Zagłębiem Ruhry rozpadał się na oczach francuskich dyplomatów. Powtarzanie „nie" prowadziło donikąd i groziło izolacją.
Problem był głębszy niż jeden spór graniczny. Chodziło o to, jak trwale odebrać dwóm sąsiadom samą zdolność prowadzenia ze sobą wojny, nie skazując przy tym jednego z nich na wieczne upokorzenie. Odpowiedź, która się pojawiła, była tyleż prosta, co wywrotowa.
Węgiel zamiast konstytucji
Pomysł podsunął Jean Monnet, szef urzędu programującego francuską odbudowę — człowiek bez partii, który nigdy nie wygrał żadnych wyborów i wolał pracować zza kulis. Jego zespół w kilka tygodni napisał krótki tekst, którego sedno mieściło się w jednym zdaniu: całą francuską i niemiecką produkcję węgla i stali należy poddać wspólnej, ponadnarodowej Wysokiej Władzy, niezależnej od rządów. Skoro z tych surowców powstaje broń, ich wspólne zarządzanie miało fizycznie uniemożliwić kolejną wojnę.
9 maja 1950 roku minister spraw zagranicznych Robert Schuman odczytał tę propozycję publicznie. Deklaracja zawierała zdanie, które stało się dewizą całego przedsięwzięcia: Europa nie powstanie od razu ani w całości, lecz przez konkretne dokonania budujące najpierw rzeczywistą solidarność interesów. Zamiast wielkiej konstytucji proponowano jeden wąski sektor gospodarki. Wielka Brytania, niechętna oddawaniu czegokolwiek pod obcą władzę, odmówiła. Zgodziły się Włochy i kraje Beneluksu.
Rok później sześć państw — Francja, Republika Federalna Niemiec, Włochy, Belgia, Holandia i Luksemburg — podpisało traktat powołujący Europejską Wspólnotę Węgla i Stali. Był to pierwszy powojenny stół, przy którym Niemcy zasiadły jako równy partner dawnych zwycięzców. Nowa Wysoka Władza dostała realne narzędzia: mogła zakazywać karteli i subwencji, a w kryzysie wyznaczać kwoty produkcji. Gospodarczo eksperyment okazał się skromniejszy, niż zapowiadano. Jego waga leżała gdzie indziej: francuscy i niemieccy urzędnicy zaczęli codziennie pracować w tych samych korytarzach, a spory o Ruhrę przeniosły się z not dyplomatycznych do sal posiedzeń.
Armia, która zatrzymała proces
Sukces natychmiast rozbudził apetyt na skok znacznie dalej. Wybuch wojny w Korei sprawił, że Waszyngton zażądał niemieckich żołnierzy do obrony Zachodu — pięć lat po okupacji brzmiało to we Francji jak prowokacja. By oswoić tę myśl, zaproponowano armię europejską: niemieckie oddziały miały istnieć wyłącznie w ponadnarodowych strukturach, bez własnego sztabu. Za traktatem o wspólnej obronie ruszyły prace nad quasi-federalną wspólnotą polityczną z europejskim parlamentem. Przez chwilę wydawało się, że integracja przeskoczy od węgla wprost do konstytucji.
I właśnie tu cała konstrukcja runęła. Wojsko dotyka rdzenia suwerenności, budzi emocje i dzieli parlamenty. We Francji przeciw traktatowi stanęli naraz gaulliści i komuniści, słabło poczucie zagrożenia po śmierci Stalina, a rządy Czwartej Republiki zmieniały się zbyt szybko, by którykolwiek chciał ryzykować karierę dla cudzego dzieła. 30 sierpnia 1954 roku francuskie Zgromadzenie Narodowe zdjęło sprawę z porządku obrad, grzebiąc ją bez merytorycznej debaty. Razem z armią umarła wspólnota polityczna.
Klęska okazała się pouczająca. Wyciągnięto z niej jasny wniosek: ambitna polityka wprost budzi weta, natomiast cła, kontyngenty i taryfy nudzą opinię publiczną na tyle, że da się na nich budować bez oporu.
Powrót przez gospodarkę
Inicjatywę przejęły państwa małe. Wiosną 1955 roku Beneluks rozesłał partnerom memorandum łączące dwa pomysły: wspólny rynek obejmujący całą gospodarkę oraz współpracę przy pokojowym wykorzystaniu atomu. Ministrowie Szóstki spotkali się w sycylijskiej Messynie — pierwszy raz od sierpniowej katastrofy — i powołali komitet ekspertów pod kierunkiem belgijskiego socjalisty Paula-Henriego Spaaka. Jego raport przesądził kierunek: unia celna prowadząca do wspólnego rynku oraz odrębna wspólnota atomowa.
Interesy się nie pokrywały. Francja, rozwijająca własny program jądrowy, chętnie widziała Euratom, lecz bała się otwarcia rynku dla silniejszej niemieckiej konkurencji; Niemcy liczyły dokładnie odwrotnie. Rozwiązaniem był twardy warunek: oba traktaty albo żaden. Ostatnie francuskie opory stopniały późną jesienią 1956 roku, gdy upokorzenie w kryzysie sueskim uświadomiło Paryżowi granice samodzielnej gry mocarstwowej.
25 marca 1957 roku sześć państw podpisało w Rzymie dwa traktaty: o Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej i o Euratomie. Pierwszy zakładał zniesienie ceł wewnętrznych i wspólną taryfę zewnętrzną, swobodny przepływ pracowników, usług i kapitału oraz wspólne polityki w rolnictwie i transporcie. Tym razem, inaczej niż przy węglu i stali, umowę zawarto na czas nieokreślony i bez procedury wyjścia. Francuski parlament, który trzy lata wcześniej pogrzebał armię europejską, tym razem powiedział „tak" wyraźną większością. Traktaty weszły w życie z początkiem 1958 roku.
Co z tego zostało
W ciągu jednej dekady kontynent wypróbował trzy drogi do jedności. Wielki kongres z uroczystymi rezolucjami dał instytucję pożyteczną, lecz pozbawioną realnej władzy. Próba skoku wprost do armii i konstytucji zakończyła się katastrofą. Zadziałało dopiero podejście trzecie: wąski sektor, konkretne instytucje o konkretnych kompetencjach i cierpliwość, która nie żądała od nikogo wiary w federację, a jedynie tego, by każdy kolejny krok pozostawał opłacalny.
Cena tej metody była wpisana w nią od początku. Europa zbudowana przez urzędników dla urzędników działała latami bez udziału i entuzjazmu zwykłych obywateli — rachunek za tę wygodę miał nadejść znacznie później. W 1957 roku liczyło się jednak co innego. Wojna między Francją a Niemcami, oś europejskiej historii od pokoleń, po raz pierwszy przestała być scenariuszem, który ktokolwiek traktował poważnie. Kontynentu nie zjednoczyło wielkie słowo, lecz seria umów zbyt technicznych, by ktokolwiek chciał o nie walczyć.