Rok 1966. Kościół katolicki obchodzi Milenium Chrztu Polski. Po parafiach ma ruszyć kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej — z miasta do miasta, z procesji w procesję.

Władza komunistyczna „aresztuje" obraz. Funkcjonariusze odwożą go na Jasną Górę, pod nadzór. Problem rozwiązany.

Kościół kontynuuje peregrynację z pustymi ramami.

Wierni modlą się przed nimi tak samo. Klękają, całują drewno, niosą je w procesjach przez wsie i małe miasteczka. Nieobecność obrazu działa silniej niż jego obecność.

To nie jest tylko anegdota o pomyślunku polskich biskupów. To jest wczesna diagnoza mechanizmu, który będzie towarzyszył całej trzeciej dekadzie PRL — dekadzie Marca ‘68, Praskiej Wiosny, Grudnia ‘70 i pierwszego Fiata 126p. Państwo ma cenzurę, drukarnie, telewizję, milicję, w końcu czołgi. Ale za każdym razem, kiedy próbuje zdusić jakiś symbol, ten wraca w formie, na którą aparat represji nie jest przygotowany: w pustych ramach, w oklaskach widowni, w pieśni śpiewanej po kryjomu, w nazwisku pisanym w drugim obiegu.

Władza posługuje się dosłownością. Ludzie odpowiadają metaforą.

Jak wygląda system, który wygrywa wszystkie bitwy o rzecz — i przegrywa wszystkie wojny o znaczenie?