W ciągu zaledwie czterech lat — między 1787 a 1791 rokiem — dwa narody po przeciwnych stronach Atlantyku napisały dokumenty, które czerpały z tych samych filozofów, odpowiadały na te same pytania i wyobrażały sobie podobny porządek świata. Jeden z tych dokumentów obowiązuje do dziś. Drugi przetrwał czternaście miesięcy. Różnica między nimi nie leżała w jakości myśli, lecz w glebie, na której ta myśl miała zakiełkować.
Jedno oświecenie, dwie kartki
Monteskiusz, Locke, Rousseau — te trzy nazwiska przewijały się zarówno w salach Filadelfii, jak i w gabinetach warszawskiego Zamku Królewskiego. Trójpodział władzy, suwerenność ludu, prawa naturalne jednostki — oświeceniowy pakiet idei był w drugiej połowie XVIII wieku walutą obowiązującą po obu stronach oceanu.
Ale warunki wyjściowe nie mogły być bardziej odmienne. Ameryka tworzyła państwo od zera. Trzynaście byłych kolonii, świeżo po wygranej wojnie o niepodległość, szukało formuły współistnienia. Stara struktura kolonialna legła w gruzach razem z władzą Korony Brytyjskiej. Delegaci zjechali do Filadelfii z mandatem jedynie do poprawienia obowiązujących Artykułów Konfederacji, ale już w pierwszych dniach obrad porzucili ten mandat i zaczęli pisać konstytucję od podstaw. Mieli przestrzeń na to — i dosłownie (ocean oddzielający ich od europejskich mocarstw), i politycznie (żadne ościenne imperium nie mogło najechać ich konwencji).
Polska była w sytuacji dokładnie odwrotnej. Rzeczpospolita Obojga Narodów nie potrzebowała nowego państwa — potrzebowała ratunku dla starego. Liberum veto paraliżowało sejmy od ponad stu lat. Wolna elekcja zapraszała obce dwory do kupowania polskich wyborów. Armia liczyła kilkanaście tysięcy żołnierzy w państwie zamieszkałym przez dziewięć milionów ludzi. Pierwszy rozbiór z 1772 roku odciął od Rzeczpospolitej niemal jedną trzecią terytorium. Reformatorzy nie mieli czystej kartki — mieli palimpsest pokryty warstwami przywilejów, pretensji i cudzych interesów.
Jak powstawały oba dokumenty
Konwencja w Filadelfii trwała blisko cztery miesiące, od maja do września 1787 roku. Obrady toczyły się w szczelnie zamkniętej sali, w tajemnicy — żeby delegaci mogli spierać się szczerze, bez presji opinii publicznej. James Madison, trzydziestosześcioletni polityk z Wirginii, przyjechał przygotowany: ze studiami nad republikami starożytności i gotowym zarysem planu, który stał się punktem wyjścia dyskusji. Waszyngton przewodniczył, nadając obradom powagę, ale rzadko zabierał głos.
Kompromisy były bolesne. Wielki Kompromis z Connecticut pogodził małe stany z dużymi, dzieląc kongres na dwie izby o różnych zasadach reprezentacji. Kompromis trzech piątych pozwolił utrzymać jedność konwencji, odrzucając pytanie moralne o niewolnictwo, które za kilkadziesiąt lat pochłonie kraj. Kolegium Elektorów było rozwiązaniem, z którego nikt nie był w pełni zadowolony — ale wszyscy mogli z nim żyć.
W Warszawie przygotowania były konspiracyjne z konieczności, nie z wyboru. Król Stanisław August Poniatowski, Ignacy Potocki i Hugo Kołłątaj pracowali nad projektem w tajemnicy, wiedząc, że posłowie opłacani przez Rosję i Prusy mogą zablokować każdą reformę. Szansą było okno czasowe, w którym Rosja prowadziła wojnę z Turcją i nie mogła interweniować. Reformatorzy wykorzystali wielkanocną przerwę sejmową: zwołali sesję na 3 maja 1791 roku, zanim oponenci wrócili do Warszawy. Konstytucję uchwalono przez aklamację w ciągu jednego dnia — pośród wołań i płaczu na galeriach.
Bliźniacze struktury, różne fundamenty
Oba dokumenty wprowadzały trójpodział władzy wzorowany na Monteskiuszu. Oba znosiły instytucje, które paraliżowały rządzenie — Ameryka pozbyła się bezsilnych Artykułów Konfederacji, Polska zlikwidowała liberum veto i wprowadziła głosowanie większością.
Fundamentalna różnica leżała w ustroju. Ameryka wybrała republikę z wybieralnym prezydentem. Polska zdecydowała się na monarchię konstytucyjną z tronem dziedzicznym, przeznaczonym po śmierci bezdzietnego Stanisława Augusta dla dynastii Wettynów. Brzmi to konserwatywnie, ale likwidacja wolnej elekcji zamykała główną furtkę, przez którą obce mocarstwa wpływały na polską politykę od pokoleń.
I jedno zastrzeżenie, o którym żaden z dokumentów nie mówił głośno. Konstytucja amerykańska milczała o niewolnictwie, pozwalając na trwanie instytucji, która zaprzeczała jej własnym zasadom. Konstytucja majowa rozszerzyła prawa mieszczan, ale nie ruszyła pańszczyzny — chłopi pozostali pod „opieką prawa", co w praktyce nie znaczyło prawie nic.
Dlaczego jedna przeżyła
Geopolityka to pierwszy i najbardziej oczywisty powód. Ameryka leżała za oceanem. Polska graniczyła z trzema imperiami, które miały motyw i środki, żeby ją zniszczyć.
Ale był też powód wewnętrzny, być może boleśniejszy. Ameryka miała antyfederalistów — krytyków nowej konstytucji — ale żaden z nich nie poprosił obcego mocarstwa o wojskową pomoc w obaleniu własnego państwa. W Polsce magnacka konfederacja targowicka zrobiła dokładnie to: jej przywódcy pojechali do Petersburga i zaprosili rosyjskie wojska, by „bronić dawnych wolności szlacheckich" zagrożonych przez reformy. Trudno budować nowoczesne państwo, gdy część elity politycznej uważa własny przywilej za ważniejszy niż przeżycie kraju.
Był też wymiar czasu. Konstytucja amerykańska miała lata na zakorzenienie się — Waszyngton i Adams budowali precedensy, Hamilton tworzył system finansowy, instytucje okrzepły, zanim przyszły poważne kryzysy. Konstytucja 3 Maja nie miała tego luksusu. Czternaście miesięcy w warunkach ciągłego oblężenia politycznego — to za mało, żeby nowe prawo wrosło w tkankę państwa.
To, co zostało
Los obu dokumentów opowiada jedną z najbardziej podstawowych historii o instytucjach: że same idee nie wystarczą. Potrzebują czasu, przestrzeni i minimum wewnętrznej zgody, żeby przejść od pergaminu do praktyki.
Konstytucja amerykańska wisi dziś w klimatyzowanej gablocie w Waszyngtonie — żywy dokument, reinterpretowany przez każde pokolenie. Konstytucja 3 Maja leży w Archiwum Głównym Akt Dawnych w Warszawie — dokument o czternastomiesięcznej historii obowiązywania i ponadczasowej historii jako symbol tego, czym Polska mogła się stać.
Że mogła — i że potrafiła to zapisać, zanim zabrakło czasu — okazało się ważniejsze niż czternaście miesięcy.